Chyba dawno nie pisałam. No nie?

Po trzech miesiącach sine linea na razie w skrócie:

- tata dochodzi do siebie po operacji, za dwa tygodnie kolejna kontrola, na szczęście nie ma przerzutów

- teść od stycznia u nas w kiepskim stanie fizycznym i psychicznym

- z wojska mężowskiego nici ostateczne

- na początku lutego rozważałam odejście z pracy, ale po kilku telefonicznych interview z Mordoru (wrrrr) na razie zostaję

- tuż przed wielkanocą dopadła mnie grypa gigant

- na początku stycznia wybrałam się w końcu do lekarza, okazało się że mam chorobę celebrytów, zwaną pięknie „chorobą autoimmunologiczną”, a to tylko głupie hashimoto, z którym nie zamierzam się cackać, wciąż jestem na etapie doboru odpowiedniej dawki leków, czuję się raz lepiej raz gorzej, ale powtarzam – cackać się nie będę

- w minioną niedzielę ukończyłam półmaraton warszawski z całkiem niezłym wynikiem (zabrakło 9 sekund do życiówki), biorąc pod uwagę pochorobowe osłabienie

- mam chrapkę na koronę półmaratonów, opłaciłam już wszystkie starty, oby się udało

- jutro z samego rana lecimy na tygodniowe wywczasy do Egiptu, należy się nam obojgu odpoczynek

- zapowiada się mega towarzyskie wiosna i lato – praktycznie co weekend jakiś wyjazd

- obcięłam włosy na dość krótko

- o wadze litościwie nie wspomnę

- przedkładam aktywność fizyczną nad czytanie (!!!!!!!!!) wyobraźcie sobie, że ubolewam wielce że w Egipcie sobie przez tydzień nie pobiegam :-)

- wkręciłam się w kręcenie ;-) nabyłam drogą kupna hula-hop i tak sobie hulam oglądając mecze w tv

- uczestniczę w demonstracjach KOD, zobaczymy co dalej z tą Polską

- last but not least: kolejne urodziny za mną, jestem już przed czterdziestką i wcale nie jest mi z tym źle ;-)

To już jest koniec.

Roku 2015, znaczy się.

Nie bloga – tylko go zaniedbuję tradycyjnie.

Mam audyt w robocie (oczywiście się nie wyrobili i jeszcze w styczniu przyjdą) i szpital w domu.

Tata miał przedwczoraj operację, czeka go długa rekonwalescencja i dalsze leczenie. To jest TO.

Mama psychicznie wrak.

Mąż uznany za niezdolnego do służby z powodów bodajże siedmiu czy ośmiu (łuszczyca i kręgosłup oczywiście, ale poza tym wyszły inne rzeczy wielce nieciekawe). Będziemy się odwoływać, jasne,, ale szans nie ma żadnych, a o zdrowie musi w końcu zadbać.

Ja, no cóż… po przytyciu 5 kg w niespełna miesiąc zrobiłam zrezygnowana badania na tarczycę, sądząc że jak zwykle będzie wszystko oki, a tu jednak nie do końca dobrze – tragedii nie ma, ale do endokrynologa trzeba się zapisać, pewnie z funduszu to będzie w okolicach roku 2020.

Rok zatem się kończy podobnie jak się zaczął, czyli koszmarnie. No cóż. Żyjemy dalej.

Oby lato było równie udane jak to minione.

I żeby z kasą się poprawiło, bo dwa ostatnie miesiące mąż po lekarzach i komisjach latał zamiast pracować :-(

I spokój. W domu i zagrodzie.

Optymistycznie mimo wszystko zostawiam Was z moją piosenką roku 2015. Nawet dzwonek w telefonie sobie z niej zrobiłam. Reakcje otoczenia bezcenne :-) No bo tak trochę w klimacie lat ’80…

wychodzone wybiegane piękne dno

Mam wrażenie, że tak źle to nie było nigdy w żadnym listopadzie jeszcze.
Nie mam siły na nic. Praca, praca, praca, po pracy ćwiczenia (męczę się strasznie i pocę jak ruda mysz, ale chyba one mnie najbardziej przy życiu trzymają), radio i książka żeby nie zidiocieć totalnie. Co najwyżej pięć godzin snu.
Wolne tylko niedziele. Ta ostatnia sprzed dni paru odpoczynkiem nie była w ogóle. Kryzys małżeński też wydaje mi się, że największy w naszych dziejach, ale nie jestem w stanie teraz podjąć żadnej racjonalnej decyzji.
W Biegu Niepodległości pobiłam rekord życiowy.
Na meczu Polska-Islandia obrzygał mnie kibic siedzący za mną, ale i tak było super.
Wydarzenia paryskie jakoś poza mną. Radykalnych poglądów w kwestii uchodźców nigdy nie miałam (w żadną stronę radykalnych).
Pochłaniam ogromne ilości jedzenia.
Cienie pod oczami do kolan.
Szwagier stracił pracę, pewnie teraz się z teściem zapiją na śmierć.
Tata w szpitalu, według słów lekarza „módlcie się państwo, żeby to była tylko gruźlica”.

images