Ja wiedziałam że tak będzie. Ja wiedziałam.
"A więc" prosiłam o podwyżkę pierwszy raz w życiu i dziękuję bardzo,
dużo wody w Wiśle upłynie zanim ponownie się na taki krok zdecyduję.
Odpowiedź: dużo, dużo mniej niż proponowałam. Kilka dni zastanawiałam
się jak by tu w miarę spokojnie odpowiedzieć, w końcu nie
odpowiedziałam nic, bo wróbelki ćwierkają że jednak coś się może
zmienić w tej kwestii, zatem czekam, no tak.
W każdym razie poczucie własnej wartości - mniej niż zero.
Internet przez tydzień nie odpalał. Zaniosłam dziś złoma do pracy,
chłopcy zajrzeli i stwierdzili że to nie wina modemu tylko kompa samego
w sobie, coś tam mu się popierniczyło i raz widzi modem, a sto razy go
nie widzi. Na chwilę obecną korzystam z daru łaskawcy (po raz pierwszy
od zeszłek środy!), ale trzeba serwisu szukać.
Weekend w rodzinnych stronach, skarbówka załatwiona, biblioteka odwiedzona (kilka nowych książek, mlask), dwa wieczory nad "Chatą" Williama P.Younga - mama zachwycona tą książką, ja wręcz przeciwnie, zgadzam się całkowicie z tą recenzją. Niemniej jednak polecam przeczytać :-)
Arktyczne mrozy czy śnieżyce? wybór niczym między dżumą a cholerą.
Duperelek odpala bez problemu, a jakże, ale miała być to inwestycja na
lat parę, natomiast obawiam się że tegoroczna zima tak daje fordzikowi
w kość, że długo bidusia nie pociągnie. Jak brakuje garażu!!! no nie
zdążyło się go wykończyć, podobnie nie udało się zrobić kominka, a tak
by się na te mrozy przydał! ech, tak to jest jak się mieszka na
prowizorce, ale własna jest ta prowizorka i to najważniejsze.
Moja Cholera wyjeżdża już w niedzielę. Nadal nie wyobrażam sobie, jak
to będzie bez NIEGO. Wieś, zima, stare auto, nowy dom, obcy dookoła.
Wcale się nie boję, nic a nic :/ Zaproszę rodziców chociaż na kilka
dni...
Zmęczenie motywem przewodnim stycznia.
Ale własne łóżko - wreszcie własne! - wiele wynagradza :-)
2010-01-27 20:58:41 skomentuj (7)
fatalne dni :-(
Roboty od groma.
Nawet w nocy nie odpoczęłam od niej ostatnio, albowiem śniło mi się że miałam romans z kolegą z pracy.
Dziś na sam koniec dniówki megadylemat, czy przyłączyć się do współpracowniczek wnioskujących o podwyżkę. Nie miałam na to ochoty, bo nigdy w życiu nie prosiłam o podwyżkę z racji niewiary w siebie, zresztą skoro przez prawie 2 lata pracy tu podniesiono mi wynagrodzenie jedynie symbolicznie, znaczy że na więcej nie zasłużyłam najwidoczniej :/ Z drugiej strony bycie łamistrajkiem to chyba jeszcze gorsze. Zresztą i tak przecież planuję zmianę pracy, więc jak się wkurzą i mnie wyrzucą to płakać aż tak rzewnymi łzami nie będę. Co ma być to będzie.
W domu ponuro. Kwestia wyjazdu lutowego wisi nad nami niczym damoklesowy miecz. Kompletne niezrozumienie siebie nawzajem. I koncert DM w Łodzi na który tak się cieszyłam i na ktory obiecał ze mną pojechać. I co? zostaję z dwoma wolnymi biletami (bo miał jechać z nami jeszcze ktoś z kim w międzyczasie Mąż ostro się pokłócił) oraz prawdopodobnie stresem związanym z jazdą autem - zwłaszcza powrót będzie cholernie ciężki, tak bardzo męczy mnie prowadzenie samochodu w nocy, a odpukać jeśli pogoda będzie ... Nie mam pomysłu co robić, jak wiadomo jestem samotnikiem i nawet nie mam komu zaproponować towarzyszenia mi na koncercie. Pomyślę w weekend o tym - a weekend przedłużony będzie, bo w końcu udało mi się wysępić pita ze starej pracy ("zapomnieli wysłać" - no jakże mi miło!), więc w poniedziałek wolne na skarbówkę.
Coś pozytywnego by się przydało. Jakieś propozycje? ;-)
2010-01-20 21:51:41 skomentuj (4)
hossa bessa koza nosstra
Taki czas nastał, że najciekawsza jest droga do pracy. Ot, z feralnym PKS Żyrardów z poprzedniej notki spotkałam się we środę prawie w tym samym miejscu i już nie dałam się zepchnąć (hurra!) Za to w piątek na zakręcie w lesie oślepił mnie tir, i to oślepił tak doszczętnie że musiałam zahamować do zera bo kompletnie nie wiedziałam co się dzieje, a dość gwałtowne zahamowanie z pięćdziesięciu do zera w lesie = drobny poślizg = co dzień ryzykujesz życiem. Kończąc temat dojazdowy powiem tylko, że i w czwartek, i w piątek po pracy wyjechałam z parkingu bez świateł, przejechałam tak rondo (!) i kapnęłam się dopiero na głównym skrzyżowaniu że coś jest nie tak. I żaden kierowca mi uwagi nie zwrócił, hmmm... W każdym razie dobrze nie jest, po tylu godzinach przy kompie ciężko mi się w nocy jeździ, samochody z naprzeciwka oślepiają :-(
Praca. Dużo jej. Jak co roku o tej porze. Staję się specjalistką do spraw dziwnych zestawień. Ot na przykład sprzedaży sprzętu za rok 2009, prawie 1500 pozycji, ze wszystkimi detalami. I nawet nie wiem czy do czegokolwiek się ono przydało ;-) Wracam do domu kompletnie wykończona, bez sił na tak zwane "domowe życie", co gorzej bez sił też na szukanie roboty nowej - pewnie dopiero na przyszły weekend zacznę się rozglądać. Internet nieco lepiej działa odkąd wymieniliśmy kartę SIM, ale nadal to jest loteria będzie zasięg czy nie, no ale na przeglądanie ofert pracy musi wystarczyć. Chciałabym cokolwiek dorobić, ale jak? tylko tak zwana "praca z domu" pozostaje, a ja już naprawdę nie wyrabiam wieczorami, nawet czytać nie mogę co mnie przeraża i przygnębia :-(
Mąż wraca do pracy od poniedziałku. I wyjeżdża za dwa tygodnie na miesiąc cały nad morze... Boję się przeogromnie. Bo zima (a jak znów nas zasypie??? jak ja do roboty się dostanę???), bo jeszcze nikogo tu nie znam, bo samochód niepewny, bo-bo-bo... Z jednej strony rozumiem, że po prawie pół roku przerwy trzeba się łapać każdej pracy, z drugiej uważam za nieco... hm jakby to powiedzieć... nieodpowiedzialne? słowa mi brakuje... zostawienie mnie
zimą na wsi samą. Ale każda moja uwaga na ten temat kończy się awanturą - "będę jeździł wszędzie gdzie będę miał pracę i nic ci do tego". Pozostaje mi wierzyć że wszystko będzie dobrze. I tyle.
Z cyklu "cudownych rodziców mam":
Teściowie zadzwonili w czwartek w stanie wskazującym na spożycie wielce zaaferowani, bo po ich wiosce fama poszła, że dom się nam spalił.
Jak dorwę tego zazdrośnika który puścił tę plotę, to uduszę gołymi rękami.
2010-01-17 14:59:16 skomentuj (1)
zima zima zima
Antypozdrowienia dla kierowcy autobusu PKS Żyrardów, który to autobus dziś około 18:15 wymusił na mnie załapanie pobocza, czyli zaspy. Trzy kilometry przed domem! Jakoś się wykaraskałam. Ale takie chamidła na mojej wsi kochanej? A kysz a kysz a kysz!!! Zresztą na zakręcie przed samą naszą
posesją też zaryłam w białym puchu. No cóż, nie nadążamy z odśnieżaniem. Ale mój fordzik duperelek i tak radzi sobie w śniegu i lodzie lepiej niż citroen kombi Męża. Fakt że dziś rano pół godziny walczyłam z zamarzniętymi na amen lusterkami bocznymi - efekt sobotnich opadów marznącego deszczu. I Mąż musiał popchnąć żebym się wydostała z zaspy pod domem ;-) W każdym razie ustaliliśmy z Moją Cholerą, że następne auto MUSOWO terenówka :-)))
Weekend bardzo udany. Wreszcie opiłam urodziny (dziękuję za życzenia!) - wytrąbiłam butlę wina, wieczór skończył się o
czwartej nad ranem i to wesoło, a nie depresyjnie jak w piosence SDM. Tylko kota obrażona bo spędziła go zamknięta w naszej sypialni - odwiedzili nas goście z psem wyjątkowo ciętym na koty ;-) W sumie nie powinna być zła, jeszcze kilkanaście dni temu miała do dyspozycji niewiele większą powierzchnię niż te prawie 17 mkw sypialni. Pufy dotarły, dziś Mąż przywiózł ławę do salonu - na razie szlus z meblami, urządzenie gabinetu na górze poczeka na dużo lepsze czasy... "Patriotyczna" (bo kremowo-czerwona) łazienka górna już prawie gotowa. Aha, i barek zapełniony - uśmiałam się w sobotę jak norka, kiedy to w hipermarkecie Mąż sobie przypomniał że marzył o barku z zapasem alkoholu dla gości, no i wprowadził marzenie w czyn zakupując trunków wszelakich.
A ja tradycyjnie zmęczona jestem jak nie wiem co. Rano pobudka wcześnie, bo taniec z łopatą odstawić trzeba, droga do pracy dziś półtorej godziny, w pracy osiem godzin
sucks, powrót z pracy godzina z ogonkiem (ogonek to wydostawanie się z zaspy na poboczu), w domu pół godzinki na orbitreku... i piwko teraz popijam. Kurcze jak ja nie lubię jazdy samochodem wrrrrrrrrrrrrrrrrrrr. Ale moja wieś kochana wiele wynagradza. Okolica malownicza - wczoraj długi spacer do lasu, cisza, spokój, zające i sarny hasają, jak ja się cieszę że nie mieszkam już w Warszawie!!!!!!!
2010-01-11 21:21:02 skomentuj (4)
trzydziestolatka
Pogoda obdarzyła mnie wczoraj przepięknym prezentem urodzinowym, a mianowicie popołudniową śnieżycą. Wracałam z pracy ponad dwie godziny z prędkością co najwyżej 30 (nomen omen) km/h. Pierwszy raz od dwunastu lat (kiedy to zimą zdawałam egzaminy na prawo jazdy) prowadziłam samochód w tak trudnych warunkach i poradziłam sobie świetnie, nie chwaląc się. Tylko na rondzie w Nadarzynie lekko auto mi zarzuciło. Nawet nie czułam strachu, chciałam po prostu dojechać szczęśliwie do domu, w końcu głupio by było mieć wypadek w dzień urodzin ;-) Za to jak dojechałam to dopiero zaczęłam się trząść, napięcie opadało ze mnie cały wieczór, więc o świętowaniu nie mogło być mowy. Ale odebrałam mnóstwo życzeń zarówno z realnego, jak i wirtualnego świata (miło mi niezmiernie!), Mąż sprezentował stylowe radio do kuchni i świecidełka (znów mnie obsypuje biżuterią, nie powiem bardzo mi się to podoba), późnym wieczorem seans w saunie, lampka wina i odjechali Trzej Królowie ;-) A za rok może to już będzie dzień wolny od pracy!
Tak miałam dość auta że dziś poprosiłam Męża żeby zawiózł mnie na pociąg do Grodziska (12 km). W efekcie mam dość pociągu ;-) tłok niesamowity, opóźnienia, to że od stacji do pracy mam 20 minut piechotą to akurat fajny spacer, ale z Grodziska do nas autobusy co 2 godziny, spóźnisz się = masakra. Mówi się trudno i przeprasza z czerwonym fordzikiem duperelkiem ;-) Oby przetrwał tę zimę!
W sobotę urodzinowi goście się zapowiadają - rzecz jasna nie ja odludek zaprosiłam tylko Mąż. Po Sylwestrze jestem dobrej myśli, będzie miło mam nadzieję :-)
W pracy łojojoj.Ale tak to już jest w mojej branży na przełomie roku,więc nie narzekam tylko zapieprzam :-)))
2010-01-07 19:27:00 skomentuj (3)
pisać o czym jest, ale warunków brak
Konkretnie zasięgu.
Masakra jakaś!!!
Przed momentem złapałam zasięg po raz pierwszy w tym roku.
iPlus najlepszy mobilny internet... buahahahaha! Fakt że inne sieci też nie działają nie jest pocieszeniem. Do diaska, mieszkamy ledwie 35 km od centrum Warszawy, a tu taka buba :-(
Co się działo zatem przez miniony tydzień? Wiele się działo.
Przede wszystkim
sypialnia. Działa bez pudła :-) Meble złożone (mało ich! żałuję że nie zamówiliśmy komody, dokupimy kiedyś), materac kupiony, tylko pufy jeszcze idą via Allegro, no i lustro toaletkowe tymczasowe (ale solidne - a wymarzone trzyczęściowe zwierciadło mieć będę prędzej czy później). Śpi się znakomicie, dzień w dzień do dziesiątej, dlatego dzisiejsza pobudka o szóstej bolesna wielce była, ale służba (praca znaczy) nie drużba. Salon też poskładany, tylko ławy brak, trzeba ją z rodzinnego miasteczka odebrać tylko kiedy? Korytarz pomalowany, kota kręciła się przy wałku co skończyło się zielonym uchem :D Z większych robót wewnątrz została łazienka na górze, no i tyle na razie, urządzenie gabinetu poczeka na lepsze finansowe czasy. A na wiosnę koniecznie trzeba zająć się terenem, podjazd do garażu nie zrobiony, więc oba autka stoją pod płotem, a garaż służy jako piwnica i graciarnia ;-)
Mieszka mi się wspaniale. Bez końca łażę po pokojach i uwierzyć wciąż nie mogę że to nasze jest.
Powrót do pracy nie tak straszny jak się obawiałam. Fakt, czekało 50 zamówień do zafakturowania i kilkanaście banków do obrobienia (nie mylić z obrabowaniem, hehe), faktury wystawiłam, banki się mielą, jakoś tam będzie.
A powrót do pracy związany jest z czymś co mnie dumą napawa, "a więc" faktem że pojechałam do niej samochodem dziś!!! Byłam wczoraj w Grodzisku, połączenia stamtąd do Warszawy wspaniałe, pociąg co pół godziny, ale do Grodziska od nas autobusy wielce rzadko. I droga ta kombinowana trasa! Rada nierada odśnieżyłam i zatankowałam auto i za piętnaście siódma wyruszyłam w dziewiczy rejs. Bałam się i owszem, ale poszło całkiem nieźle - 70 minut, droga powrotna 50 minut. Dokładnie 32 kilometry. Fordzikowi mróz jak na razie niestraszny, na śliskich drogach raczej się słucha (zresztą ja jako kierowca wielce niedoświadczony nie szarżuję). I pomyśleć że jeszcze 4 miesiące temu nie wyobrażałam sobie prowadzenia samochodu, a teraz mam swojego duperelka i dobrze mi z nim, i w nim ;-)
Pożegnanie starego roku wypadło okazale. Nie byłam przekonana do domowej nasiadówy, a jednak udała się!
O północy pocałunek i spojrzenie w oczy. I wspomnienie tego czego sprzed ośmiu już lat nie pamiętamy ;-)
Jaki był ten miniony rok?
Chyba najcięższy w moim życiu.
(czy ja aby nie co roku tak twierdzę???)
Pięć pierwszych miesięcy to staranie o kredyt, siedem następnych zapierdziel na budowie.
Ale udało się. Jest dom, jesteśmy w nim razem - co wcale takie pewne nie było ,mieliśmy wiele kryzysów po drodze.
POSTANOWIENIA NOWOROCZNE, bez nich ani rusz:
1) Zmienię pracę: są dwie opcje - albo w Warszawie za sporo większe pieniądze niż mam teraz, albo gdzieś blisko domu za stawkę godziwą.
2) Schudnę - to nie powinno być trudne zważywszy na to że nie będzie za co się objadać ;-)
3) Od jesieni szkoła - albo Mąż drugie podejście do polibudy, albo ja kolejny krok w kierunku usamodzielnienia się w zawodzie.
4) Uśmiechać się jeszcze więcej, co wiąże się z punktem poniższym
5) Nie dołować się pojutrzejszą trójką z przodu!!! Nie jest najgorzej: mam w miarę dobre zdrowie, kochającego Męża, dom własny i fach w ręku. Gdybym tylko w siebie uwierzyła, byłoby o wiele lepiej.
2010-01-04 20:55:10 skomentuj (3)
U siebie. Święty Zarkwonie, U SIEBIE!!!
I to by było na tyle właściwie ;-)
W totalnej prowizorce te Święta, meble do sypialni i salonu pozostały w paczkach (dopiero dziś je składamy), okna nie umyte więc firanki nie powieszone, w górnej łazience tylko dwie ściany w płytkach a wanna itepe w garażu, okap kuchenny dotarł w kawałkach więc czekamy na nowy, materaca kupić nie zdążyliśmy, korytarz nie pomalowany (jedyne białe a raczej brudne ściany w domu)...
I całe szczęście goście już pojechali dzisiaj. Nie powiem, miło było, sześć osób a pustki w domu bo dom duuuuży ;-) ale już dość miałam wtrącania się rodziców we wszystko, tata to w ogóle obrażony był całe święta bo usłyszał od Mojej Cholery że rządzić to on się w swoim domu może a nie u nas ;-)
Jutro przedstawienie zaczyna się od nowa. Muszę w końcu zmienić opony w autku ;-) później do Grodziska zorganizować sobie zimowe dojazdy do pracy, podzwonić za materacem, poszukać ciuchów które przywiozłam na budowę miesiąc temu i za cholerę znaleźć teraz nie mogę (zresztą niczego znaleźć nie mogę).
U siebie. To brzmi dumnie. Lecz...
2009-12-27 20:20:09 skomentuj (4)