Pięć miesięcy? Tak jakby.

Wracam, ja-córa-marnotrawna.

Resztki czytelników uleciały hen. Może powrócą :-)

Na dobry początek cytat z wielbiciela (festiwal, początek lipca, wylewnie się witamy): „Oj, my to się zawsze mieliśmy ku sobie” :D

Był Egipt, był rzeczony festiwal, były weekendy w górach i nad morzem, było kilka startów w biegach (Korona Półmaratonów jest moja!).

Jest odwyk od słodyczy od końca sierpnia (aż do wyjazdu wakacyjnego, hihi, tam sobie nie będę niczego odmawiać), jest ta sama praca, ta sama chałupa, ten sam mąż, te same dwie przewlekłe choroby i nadwaga też jest.

Będzie w najbliższym czasie jeszcze jeden start w półmaratonie, tydzień na Cyprze, wesele w rodzinie, poszukiwanie nowego auta.

I tak dalej, i tak dalej.

Chcę pisać, bo dzieje. Się.

Chyba dawno nie pisałam. No nie?

Po trzech miesiącach sine linea na razie w skrócie:

- tata dochodzi do siebie po operacji, za dwa tygodnie kolejna kontrola, na szczęście nie ma przerzutów

- teść od stycznia u nas w kiepskim stanie fizycznym i psychicznym

- z wojska mężowskiego nici ostateczne

- na początku lutego rozważałam odejście z pracy, ale po kilku telefonicznych interview z Mordoru (wrrrr) na razie zostaję

- tuż przed wielkanocą dopadła mnie grypa gigant

- na początku stycznia wybrałam się w końcu do lekarza, okazało się że mam chorobę celebrytów, zwaną pięknie „chorobą autoimmunologiczną”, a to tylko głupie hashimoto, z którym nie zamierzam się cackać, wciąż jestem na etapie doboru odpowiedniej dawki leków, czuję się raz lepiej raz gorzej, ale powtarzam – cackać się nie będę

- w minioną niedzielę ukończyłam półmaraton warszawski z całkiem niezłym wynikiem (zabrakło 9 sekund do życiówki), biorąc pod uwagę pochorobowe osłabienie

- mam chrapkę na koronę półmaratonów, opłaciłam już wszystkie starty, oby się udało

- jutro z samego rana lecimy na tygodniowe wywczasy do Egiptu, należy się nam obojgu odpoczynek

- zapowiada się mega towarzyskie wiosna i lato – praktycznie co weekend jakiś wyjazd

- obcięłam włosy na dość krótko

- o wadze litościwie nie wspomnę

- przedkładam aktywność fizyczną nad czytanie (!!!!!!!!!) wyobraźcie sobie, że ubolewam wielce że w Egipcie sobie przez tydzień nie pobiegam :-)

- wkręciłam się w kręcenie ;-) nabyłam drogą kupna hula-hop i tak sobie hulam oglądając mecze w tv

- uczestniczę w demonstracjach KOD, zobaczymy co dalej z tą Polską

- last but not least: kolejne urodziny za mną, jestem już przed czterdziestką i wcale nie jest mi z tym źle ;-)

To już jest koniec.

Roku 2015, znaczy się.

Nie bloga – tylko go zaniedbuję tradycyjnie.

Mam audyt w robocie (oczywiście się nie wyrobili i jeszcze w styczniu przyjdą) i szpital w domu.

Tata miał przedwczoraj operację, czeka go długa rekonwalescencja i dalsze leczenie. To jest TO.

Mama psychicznie wrak.

Mąż uznany za niezdolnego do służby z powodów bodajże siedmiu czy ośmiu (łuszczyca i kręgosłup oczywiście, ale poza tym wyszły inne rzeczy wielce nieciekawe). Będziemy się odwoływać, jasne,, ale szans nie ma żadnych, a o zdrowie musi w końcu zadbać.

Ja, no cóż… po przytyciu 5 kg w niespełna miesiąc zrobiłam zrezygnowana badania na tarczycę, sądząc że jak zwykle będzie wszystko oki, a tu jednak nie do końca dobrze – tragedii nie ma, ale do endokrynologa trzeba się zapisać, pewnie z funduszu to będzie w okolicach roku 2020.

Rok zatem się kończy podobnie jak się zaczął, czyli koszmarnie. No cóż. Żyjemy dalej.

Oby lato było równie udane jak to minione.

I żeby z kasą się poprawiło, bo dwa ostatnie miesiące mąż po lekarzach i komisjach latał zamiast pracować :-(

I spokój. W domu i zagrodzie.

Optymistycznie mimo wszystko zostawiam Was z moją piosenką roku 2015. Nawet dzwonek w telefonie sobie z niej zrobiłam. Reakcje otoczenia bezcenne :-) No bo tak trochę w klimacie lat ’80…