Archiwum dla Listopad, 2002

Monty Python Latino Power, część pierwsza

No i pogadałam z Paulą przy piwie. Od razu domyśliła się, że coś jest nie tak… my się znamy już jak łyse konie!!! Oto skrót rozmowy.
A zatem wyżaliłam się porządnie…
Komentarz Pauli: „ale o co Ci właściwie chodzi???”
OOOpps… Moja odpowiedź: sama nie wiem.
Paula: „Aha, to znaczy ze nie jest źle. A kochasz go?”
OOOpps… Wierzbicka, nie zadawaj takich trudnych pytań!!! Hm… I tak, i nie.
Paula:”No tak właśnie myślałam. Mam dla ciebie jedną radę. Wyjdź za niego”.
OOOpps…
Paula: „Wtedy wiele problemów się rozwiązuje. Nie musisz się już zastanawiać, czy to ten właściwy, bo jest już po ptokach. Za tydzień W. będzie u Twoich rodziców, prawda? To niech się oświadczy. Niedługo święta, wszyscy są uprzejmi, pogodni… Rodzice się ucieszą”.
OOOpps…
Zaczęłam się nad tym zastanawiać… :)))
A to byłaby heca!!!

poczatek-srodka-konca

echchchch… siedze sobie w kafei i oczywiscie polskich liter nie ma! masakra!!! a co do tytulu notki, to mowa jest o moim-naszym znaczy sie zwiazku… bo poczatek konca mamy juz za soba… w kazdym razie ja tak uwazam, ON prawdopodobnie niczego sie nie domysla… wszystko byloby OK, gdybysmy mieli po 12 lat, na przyklad (nie obrazajac nastolatkow) – kiedy to sie „chodzi” z kims dla samego „chodzenia”. Ale niestety podobno jestesmy dorosli (ja tylko na papierze) i oczekuje sie od nas Bog wie czego, jakichs deklaracji, itepe… Im bardziej sie nad tym zastanawiam, tym bardziej widze, ze to nie jest facet dla mnie, albo to ja nie jestem baba dla Niego, albo cos w tym stylu. W kazdym razie przyszlosc rysuje sie w ciemnych barwach, o ile w ogole sie rysuje. Moj Ukochany wkurzyl mnie koncertowo w ostatni weekend, na parapetowie u Wierzbickich (znaczy sie Pauli i jej Mezulka), zachowywal sie jak totalny prostak, juz sama nie wiem, czy jest naprawde tak glupi, czy tylko udaje glupszego niz jest, co zreszta prawie na jedno wychodzi. Normalnie wstyd mi za Niego bylo! nie po raz pierwszy zreszta. A tu za duzo rzeczy sie wydarzylo, za duzo slow padlo, zeby tak po prostu odejsc… A czy ja chce odejsc? No wlasnie! Pomimo wszystko jak na razie nie wyobrazam sobie zycia bez Niego… ON naprawde mnie kocha, to niesamowite uczucie BYC KOCHANA, ja rowniez cos czuje… ale czy to wystarczy? Cholera jasna, psiakrew, slowo honoru, co ja mam robic??? Czy poczekac cierpliwie, a noz-widelec cos sie zmieni??? Na lepsze??? Nie wiem, nie wiem, nie wiem… wyciagne dzis Paule na piwo, jest starsza i madrzejsza, niech doradzi biednej mnie… Kurde, a juz myslalam, ze chociaz jednej sprawy nie uda mi sie spieprzyc…

próba uśmiechu

Agnieszka ma rację… za dużo tu smuteczków ostatnio… takie to jest moje życie, no ale po co zadręczać czytelników… Blogów w stylu „nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, mam dość, chcę skończyć z tym pieprzonym życiem” jest pełno, nie chciałabym dołączyć do tych nudziarzy! Toteż zamiast opisywać szczegóły i detaliki środowej awantury, postaram się znaleźć coś pozytywnego w najbliższym otoczeniu… Uff, łatwo nie będzie.
- Rodzina? Kocha, bo musi… No, może niekoniecznie, ale nie jest dobrze… Pomyłka. Szukamy dalej.
- Paulina – szczęśliwa młoda mężatka, podziwiam Ją, że ma dla mnie czas i dużo anielskiej cierpliwości… Autentycznie cieszy się z naszych spotkań, w końcu (po ponad czterech latach znajomości) zaczynam wierzyć, że jestem dla Niej kimś ważnym.
- ON? Kocha, chociaż nie musi… Zaczynam wierzyć. Jak wyżej.
- Istotki, które znam (tylko? aż?) wirtualnie, które tak pięknie piszą… Cieszę się, że mnie lubicie :) z wzajemnością :)
- I drobiażdżek na koniec… Głupotka po prostu. Daniel zauważa mnie, więcej: uśmiecha się, z daleka krzyczy „cześć, kochanie!” I tak powinno być.
Dlaczego inni nie…? Oj, przepraszam, miało byc optymistycznie ;-) ech, sama ze sobą dojśc do ładu nie mogę.


„…i mocno w to wierzyłam
Że można wszystko mieć
By życie bajką było
wystarczy tylko chcieć…”