Archiwum dla Maj, 2003

„wiosna nam dziś wypaliła pełnią swoich dział, serca z lodu roztopiła, wzięła się do ciał”…

…i spłynęły wszystkie lody – lecz rajem nie jest maj…

Chodzę sobie po życiu, słucham staroci – takich jak tytułowy Klincz na przykład, korzystam z ładnej pogody (nareszcie słonko na Pomorzu!) opalając się na balkonie… i już tęsknię za W. Matma zaliczona, na szczęście! Zdał… i pojechał do tej pieprzonej Warszawki (dziś przeprowadzka do Otwocka), a ja zostałam sobie sama. Nie zobaczymy się przez prawie miesiąc. Jakoś przeżyjemy… Będzie czas na przemyślenia. Co dalej… i czy w ogóle „coś”…

Monty Python Latino Power, czesc sama juz nie wiem ktora…

Kto z kim przestaje, takim się staje… Mając do czynienia już siedemnasty miesiąc z permanentnym zazdrośnikiem, jakim niestety jest Mój Ktoś, sama odkrywam w sobie coraz większe pokłady tego pierwiastka. I to w odniesieniu do mojego (słynnego już) byłego Daniela! Taak… wczoraj po raz kolejny „dałam ciała”. Spał u nas, na sąsiednim łóżku, z Asią oczywiście… a ja przez pół nocy szlochałam w futerko misia-przytulanki. Zresztą dołowałam się cały Boży dzień. Wcześniej pokłóciłam się z W. o Daniela właśnie – uważa, że wciąż „coś” do niego czuję, i w pewnym sensie chyba ma rację… Jak to dobrze, że to już ostatnie dni mieszkania tutaj; na dwa tygodnie wynoszę się do ciotki mieszkającej pod Toruniem, wcale mi się do rodziców nie spieszy. Dziś przyjeżdża W. – jutro ustna matura z matmy. Mam nadzieję, ze będzie OK. Stęskniłam się za Nim przez te kilka dni… brakuje mi Go bardzo, zwłaszcza w takie noce jak miniona…
Moje hormony znów szaleją. Są we mnie trzy raczej sprzeczne ze sobą uczucia.
- Kocham W. mocniej niż kiedykolwiek, wydaje mi się, że to TEN JEDYNY, z którym chciałabym spędzić resztę życia, który byłby najlepszym mężem…
- Jestem zazdrosna o Daniela mocniej niż kiedykolwiek, nie mogę znieść jego widoku z moją współlokatorką, zachowuję się przy nim jak idiotka, wspominam dawne dni i myślę „co by było, gdyby…”
- Chcę spróbować z kimś całkiem innym mocniej niz kiedykolwiek… gdybym była w takim nastroju w pamiętną sobotę juwenaliową, pewnie nie broniłabym tak zaciekle swojej „cnoty”. Pozwoliłabym na jakieś całuski… a potem, kto wie…
Oj, niedobrze!!!
A dziś rano obudziła mnie własna wewnętrzna energia… (patrz dwie notki wcześniej). Chyba warto spędzić dzień w głębokim dole, by następnego dnia wstać skoro świt w doskonałym nastroju. Wstałam z łóżka, popatrzyłam na Daniela – „kto to jest”??? Oby nikt i nic nie zepsuło mi humoru!!!

rąbanka-mielonka-flaki

Tydzień kolejny minął… Jakoś tak zbyt szybko. Jak zwykle czas przeciekł przez palce, czy jak to się mówi… W weekend odwiedziłam teściów in spe. Było OK, jak zwykle… chociaż mam niejakie problemy z „zachowaniem się” (patrz notka poprzednia). Zresztą prawie cały czas byliśmy poza domem. Wczoraj ustna matura z polskiego… Moje Kochanie ma pecha, trafił na jedyny zestaw pytań, który nie zdążyliśmy opracować :-) jakoś na szczęście wybrnął; za tydzień matma. A ja? no cóż… obijam się bezczelnie… zajęcia z angola mam do połowy przyszłego miesiąca, a mieszkanie w Toruniu do końca maja. Nic, tylko faktycznie iść pod most… Poza tym z kondycją u mnie na bakier – w weekend pograłam trochę w kosza i nie dość, że przegrałam osiem piw (oj, boli!), to naciągnęłam mięsień w łydce (oj, boli!).
Aha. Od Ukochanego dostałam zjeby za to, że znajomy odprowadził mnie do domu po imprezie. Jak tu z takim żyć???
Nie wiem JAK – ale na pewno CHCĘ…