Archiwum dla Czerwiec, 2003

iść poprzez noc

Powrót do przeszłości: Budka Suflera: „Tyle z tego masz” . Znów tego słucham. Znów w odniesieniu do siebie. To znaczy, że jest ze mną źle. Bardzo źle. Wielkie nic, wielkie nic, wielkie nic.

I jak zawsze ciemna strona rocka. Czyli nic nowego.

Po kilka godzin dziennie w Internecie. Tysiące przeczytanych ofert.Rodzice zwątpią przy rachunku tel. Ale koniec z tym. Nie ma sensu. Nigdzie nie potrzebują absolwentki bez doświadczenia.

Powoli oswajam się z perspektywą pozostania w mieście rodzinnym. Dziś doprowadziłam do stanu używalności swój pokój. Przez pięć lat moich studiów była tu graciarnia :-) No bo bardzo rzadko tam bywałam. Ale wróciłam. Mam gdzie mieszkać zatem.

Na szczęście rodziców często nie ma w domu. Można pić. Tyle że oczywiście mniej niż się organizm przyzwyczaił. Jest ciężko.

Trzy zdjęcia na biurku:
– po lewej stronie – Arietta przy konsolecie, szeroko uśmiechnięta…
– w środku – Arietta i W., najładniejsze zdjęcie znad morza…
– po prawej – toruńskie mieszkanko, jedna z wielu imprez, moje kochane współlokatorki – przyjaciółki…

Chyba jednak gdzieś głęboko schowam zdjęcie z radia. Zbyt mocno boli…

Tęsknię za W. jak diabli. Kocham mocniej niż kiedykolwiek.

Zdrowie siada całkowicie. „Sprawy kobiece” – no comment. A moja pani ginekolog na urlopie…

Nie mam siły. I ochoty.

Oddech. Czego to się jeszcze słuchało w czasach nastoletnich depresji???

DAJ MI KSIĘŻYCOWY KROK
WIARĘ W ŚLEPE OCZY
NABRAĆ ODDECH BY ZNÓW IŚĆ
POZWÓL
DOBRA NOCY
DAJ MI KSIĘŻYCOWY KROK
WEŹ MÓJ SEN PROROCZY
KLUCZ DO CISZY W KTÓREJ TRWASZ
DAJ MI
DOBRA NOCY
…i gdybym tylko mogła zasnąć…

Lucretia, my reflection, dance the ghost with me…

…bo namiętnie słucham The Sisters Of Mercy (to przez audycję w Merkurym… ech, jaka szkoda, że jestem już poza zasięgiem tego radia!).

To będzie smętna notka, ostrzegam lojalnie. Ostatnie dni… Sześć nocy w towarzystwie W. – sześć nocy kłótni. Podła jestem, inaczej nie potrafię tego nazwać. Uderzam świadomie w Jego czułe punkty. I żebym chociaż miała z tego radochę… A cierpię razem z Nim, co nie przeszkadza mi mieszać Go z błotem. W. jest naprawdę wspaniałym człowiekiem, a ja… szkoda słów. Dlaczego to robię? Tak bardzo kocham i tak bardzo ranię…

Dziś nareszcie zarejestrowałam się w urzedzie pracy. Nie spieszyło mi się. W sumie i tak nie chcę tu pracować. Cholera jasna – najgorsze jest to, że NADAL absolutnie nie wiem, jak zabrać się do szukania pracy. Moja chorobliwa wręcz nieśmiałość i permanentny brak wiary w siebie nie pozwalają mi na rozwinięcie skrzydeł. Faktem jest, że praktycznie nie mam doświadczenia zawodowego (radia nie licząc), że nie miałam zbyt wielu piątek na studiach, że języków obcych znam sporo, ale po łebkach, że-że-że… Ale gdy się jest przebojowym można dostać pracę nawet gdy się nie ma kwalifikacji. A ja?… Kurde, przecież głupia nie jestem, studia skończyłam, jestem ambitna (za bardzo?) i pracowita… ech, gdzie te radiowe czasy… Ale…

Dom rodzinny… wróciłam. Na stałe? Oby nie. Trudno jest mi się przyzwyczaić. Jeszcze nie rozpakowałam wszystkich walizek. Wierzę w to, że niedługo wyjadę… że będę pracować, zamieszkam z W. „i jakoś to będzie”. Nadzieja matką głupich?

Alkohol… taaak… Wczoraj piłam Stocka. A przecież nienawidzę koniaków i innych tego typu trunków. Co się ze mną dzieje???

Mam ochotę zatrzymać świat. Albo chociaż sprawić, żeby kręcił się w inną stronę…

Wracam do Sisters of Mercy… Rodzinka ma już dośc. Chodzę i śpiewam (wyję raczej!). In the land of the blind…

„Some day, some day, some day – Dominion”…

usta i oczy, skóra i krew



(czyli nieco przydługa i z lekka nudnawa notka wspomnieniowa dla koneserów)



Wracam myślą do ostatniego studenckiego piwka w Toruniu. Nigdy nie należałam do miauczącego gatunku, ale poryczałam się nad szklanką. To naprawdę już koniec!
Przyszłam tu sama…
Pamiętam jak dziś siebie przemykającą nieśmiało korytarzami „Harmonijki” w październiku 1998 roku. Wściekłą na samą siebie, że zbyt pochopnie jednak zrezygnowała ze studiów w Warszawie. Bez cienia wiary, nadziei, miłości. Wzdychającą do kogoś, kto miał ją głęboko gdzieś, kto właśnie w Warszawie został. Nie mającą do kogo ust otworzyć. Odbywającą samotnie długie spacery po Toruniu, wydającym się niemal metropolią. Zakuwającą (co jej się dotychczas nie zdarzało), święcie przekonaną, że i tak wyleci ze studiów po pierwszym semestrze. Taki to był rok… Udało mi się jednak przełamać nieśmiałość i zasilić szeregi radiowców. Wizyta Papieża – mój dziennikarski chrzest bojowy, naprawdę dumna z siebie byłam. Egzaminy zaliczyłam bez najmniejszych problemów, na przykład obie historie państwa i prawa na czwórki (a to podobno najgorsze było do przejścia). Decyzja, że ciągnę dalej te studia. Samotne wakacje w domu rodzinnym…
Pamiętam jak dziś siebie. na drugim roku studiów. Pamiętam, chociaż wydaje mi się ten rok jedna wielką popijawą. Nie spodziewałam się, że mogę tyle pić praktycznie bez szkody dla organizmu, bez „urywania filmu” i tak dalej. Pierwszy papieros…
Tak… Totalna metamorfoza. Znaleźli się LUDZIE, którzy chcieli mnie znać. Przyjaźnie – tak, chyba tak! Całe dnie spędzane w radiu. Całe noce spędzane w klubach. Zadymki na żyżlowych stadionach. Na naukę czasu nie starczało, co oczywiście odbiło się na ocenach. Na jedzenie nie starczało pieniędzy, co zaowocowało spadkiem wagi o dobre dziesięć kilogramów. Ale jeszcze przed schudnięciem okazało się, że jednak istnieją faceci, którym podoba się mogą hiperzaokrąglona sylwetka… Tyle że byli mi oni potrzebni właściwie tylko do stawiania alkoholu. Znajomości kończyłam najpóźniej na drugiej randce. Z jednym wyjątkiem – z niejakim Darkiem wytrzymałam cały miesiąc i to był przez długi czas rekord świata ;-) Wyjątkowy maj roku 2000… Dwie poprawki w letniej sesji, którymi się nie przejęłam i które zaliczyłam śpiewająco. Fuksiarska praca w wakacje – ech, nieźle się namęczyłam za marne 1000 złotych.
Pamiętam jak dziś siebie urządzającą się we „własnym” mieszkanku na Jakubskim w październiku 2000r. Jakże miałam już dość stancji! Nareszcie pełny luz. Piłam dalej. W nieco innym towarzystwie… Dalej łamałam serca – no, to może za dużo powiedziane, ale niejeden pan dostał ode mnie kosza. Byli i tacy, którzy kosza nie dostali, z jakichś dziwnych powodów zresztą. Zbliżyłam się jakoś do pewnego Daniela, który nieraz pojawił się w moich notatkach. Pierwsze doświadczenia seksualne – ale nie z nim. Z dzisiejszej perspektywy widzę swoją totalną głupotę. Czasami byłam za łatwa, czego bardzo żałuję… Ale chyba nie przekroczyłam „magicznej granicy”. Obsesyjne myślenie o Danielu, który pojawiał się i znikał… Radio nadal prawie całym moim życiem. Ciężko pracowałam na swoją pozycję. Coraz więcej sukcesów, zwłaszcza jako DJ. Na uczelni jednak też się pojawiałam. Starałam się polubić to, czego się uczę… Nawet się udawało. Wakacje z dala od Daniela.
Pamiętam jak dziś siebie na festiwalu w T. we wrześniu 2001 roku. Aku-hara, kraj jakby ze snu… Najdziwniejsze cztery doby jej życia. Zapewne w życiu czeka mnie jeszcze wiele rozmaitych różności ,ale czegoś takiego już nie przeżyję. Czwarty rok na studiach rozpoczął się mniej więcej tak, jak zakończył się trzeci, w orbicie tej samej osoby… Jak ja mogłam dać się tak zwodzić! Chociaż z drugiej strony… to nie do końca tylko jego wina. Na domiar złego odeszłam z radia, musiałam… Odchorowałam to ciężko. Akurat wtedy Daniel był przy mnie, za co mu jestem winna wdzięczność do grobowej deski. Początek pisania pracy magisterskiej, niezliczone wizyty w bibliotekach… Picie, picie, picie. Nawet przy rodzicach. Nawet w Sylwestra. Zwłaszcza w Sylwestra – dwie kompletnie pijane z rozpaczy samotne duszyczki, połączone świętym węzłem Internetu. Tak się zaczęło COŚ, co jakoś trwa po dziś dzień. Cztery miesiące razem w Toruniu, później warszawska epopeja… Coraz większe kłopoty ze zdrowiem, co zmusiło mnie do ograniczenia picia. Coraz większe problemy z dogadaniem się z rodzicami. Zaangażowanie w studia – a jednak! Wakacje po prostu koszmarne. Pisałam tu wiele o tym…
Pamiętam jak dziś ostatnie toruńskie miesiące swoje. Bardzo ciężkie. Ciągłe choroby, pożegnanie z kilkorgiem pseudoprzyjaciół, awantury w domu, cotygodniowe wyjazdy do Warszawy i nieskończone godziny w bibliotekach. Alkohol lekiem na całe zło. Bezskuteczne poszukiwanie pracy. Problemy z zaliczeniem ostatniego egzaminu. Obrona pracy magisterskiej – jak ze złego snu. I te kilka osób, które trwały przy mnie i trwają do dziś…
…słowo ”koniec” i gaśnie film…
…i odchodzę sama…
…ale gdzieś na mnie czekacie, wiem…