Archiwum dla Wrzesień, 2003

mam dość

Widzisz, miły, myślę sobie nieraz…

Kolejny obiad wylądował w koszu na śmieci. Jeść nie mogę. Obym chociaż schudła przez to, jakaś korzyść będzie… Kolejna bezsenna noc. Bałam się snów – to raz; ostatnio co noc śni mi się radio… budziłam się ze ściśniętym gardłem, płakać też już nie bardzo umiem… W. mocno mnie wtedy przytulał i mogłam żyć dalej… ale wczoraj nic by to nie dało. No właśnie, dwa: znowu, aż do znudzenia tudzież wyrzygania zastanawiałam się, czy „to wszystko” ma sens. I niestety skłaniam się coraz bardziej ku stwierdzeniu, że nie ma. Życie z NIM ostatnio przypomina przebywanie na stoku drzemiącego wylkanu, który bardzo często wybucha… (wybaczcie ten wulkan – grafomańskie porównanie, ale pisanie przychodzi mi z coraz większym trudem). Starałam się być dobrą… no, żoną in spe, tak to należy określić ;-) wychodziłam z siebie i stawałam obok… i co? i co z tego mam? tylko nieustanne pretensje! co z tego, że po pięciu sekundach przeprasza, płacze, pada na kolana i całuje moje stopy??? ileż można tak żyć? Ileż?? ILEŻ??? Do cholery, je suis comme je suis, żadna piękna, bogata ani mądra, ale nie znaczy to, ze nie mam prawa do szczęścia z facetem!!! Czyż nie? (pytanie retoryczne…) Faktem jest, że nikt nie dał mi tyle miłości, co ON, że ON właśnie odkrył we mnie najpierw przyjaciela… później kobietę… czułam się przy NIM piękna, pożądana, inna, lepsza! I właściwie nadal tak jest. Tyle że to wspólne mieszkanie na dobre nam nie wychodzi. Jednak zbyt różni jesteśmy – począwszy od całkowicie odmiennych domów rodzinnych, przez szkoły, znajomych, zainteresowania, gusta… Nic wspólnego, nic, nic, nic! Oprócz tego, że się kochamy. Ale – powiem być może obrazoburczo – na samej miłości i wszystkim, co się z nią wiąże nie można trwałego związku zbudować! Okej, inaczej. Może i można. Ale ja nie potrafię. My nie potrafimy.
Ostatni tydzień razem? Możliwe. Jeszcze walczę. Porozmawiam z piątek z Paulą. Biedna dziewczyna… znów będzie musiała wysłuchiwać moich żalów (a ja jej… i o to chodzi! że umiemy siebie słuchać i zawsze coś sobie doradzimy).W sobotę mamy z W. zaproszenie na imprezę do innej mojej przyjaciółki. Czy pójdziemy razem??? Nie wiem, nie wiem, nie wiem…

…że uwierzyć warto by – lecz teraz…


POMOŻECIE???

…imiona…

Kolejna osoba zwróciła mi uwagę, że gdy mówię o swojej Drugiej Połówce, to praktycznie nie wymieniam JEGO imienia. Zastanowiłam sie chwilkę nad tą kwestią (uwaga, Arietta myśli! to warte jest odnotowania) i faktycznie jest to prawda. Do tego stopnia, że gdy mama dziś zapytała, czy W. uczy się juz do matury, to przez moment nie wiedziałam, o kogo chodzi ;-) Nie przepadam za JEGO imieniem po prostu. Może z pięć razy w ciągu naszego związku zwróciłam się do NIEGO po imieniu. Zwykle mówię: „Moja Cholero” (a ON do mnie „moja gadzino”, hehehe), albo jakoś jeszcze ładniej GO nazywam… a imię? jest w dowodzie osobistym… Tak sobie nawet nasz ślub wyobraziłam – przecież bym musiała powiedzieć „biorę Ciebie…” i imię… łeeee… nie wyjdę za NIEGO, chociażby z tego powodu ;-)

Moja mama wręcz swojego pierwszego imienia nienawidzi. %Tak bardzo, że skróciła je sobie do formy bardziej konwencjonalnej ( i o wiele bardziej popularnej), i tak sie teraz wszędzie podpisuje (na co dzień i tak wszyscy ją nazywają drugim imieniem). Dla mnie to byłoby zbyt skomplikowane, w końcu sama bym nie wiedziała, jak się naprawdę nazywam :-) A mnie się bardzo podoba imię chrzcielne mamy. Jest takie… ładne po prostu i wydaje mi sie, że do niej pasuje…

A swoje imię bardzo lubię. Kiedyś było inaczej; to dlatego, że moim największym wrogiem w podstawówce była dziewczyna o tym samym imieniu… ( w podstawówce to ja miałam samych wrogów zresztą, ale to temat na inną notkę). Imieniu dość popularnym, ale nie aż tak, że na co drugą kobietę tak wołają ;-) W formie podstawowej jest mocne i twarde, a ja przecież zazwyczaj taka jestem… Gdy myslę czy mówię o sobie, używam własnie takiej formy, bez zdrobnień – chociaż imię to daje się spieszczać na różniaste sposoby, w czym zwłaszcza W. celuje :-))) Tutaj ukłon w stronę mojej siostrzyczki, która zasugerowała rodzicom, żeby mnie tak właśnie nazwać. Dziękuję!

Ale nie jestem AŻ tak twarda… Oczywiście W. został w domu – i chyba dobrze, dzwonił wczoraj do mnie, jakaś grypa GO bierze, mam nadzieję, że gdy dziś wieczorkiem przytulę się do NIEGO, od razu poczuje sie lepiej :-) Jestem zatem sama u rodziców, odpowiadam na ich niezliczone pytania i brnę w kłamstwa coraz bardziej… i jest mi z tym coraz gorzej… Ale nie potrafię powiedzieć wprost: mamo, tato, mieszkam z W., jest nam dobrze razem, kochamy się, zaręczyny to kwestia niedalekiej przyszłości, wiem że ON nie za bardzo wam sie podoba, ale to jest moje życia i chcę sobie właśnie z NIM je układać, nie mówię, że na zawsze, ale teraz to jest dla mnie najlepsze…

…jak to dobrze, że już za osiem godzin GO zobaczę…
…duszę się tutaj…

DOPISANE PÓŹNIEJ:
Rozpisało się dziewczę o imionach… i zapomniało przy tym o pewnym imieniu bardzo dla niej ważnym – oj, nieładnie!
Dokładnie rok temu roniłam łzy na ślubie i zdzierałam obcasy na weselu Pewnej Osoby.
Która znaczy dla mnie bardzo wiele.
Dzięki której wydobyłam słowo „przyjaźń” z otchłani zapomnienia i nadałam mu nowe znaczenie.
Która przy mnie i z mojej namowy wypaliła swojego pierwszego papierosa w życiu (ale ciiii…)
Z którą regularnie przepijałam nasze comiesięczne „pensje” od rodziców (ale jakby co, to nic o tym nie wiecie…)
Gdyby nie Ona, nie byłabym teraz z W. – we właściwym czasie powiedziała „daj mu szansę, czy nie masz już dość związków na jedną noc? to dobry chłopak i naprawdę mu na tobie zależy”.
Gdyby nie Ona, nie skończyłabym studiów w terminie – ech, te nasze całonocne zakuwania na trzy dni przed egzaminem (bo komu by się chciało wcześniej uczyć???)
Gdyby nie Ona, pewnie nie byłoby mnie tutaj – ileż razy podawała mi dłoń, wyciągała z dołka…
Paulinko – kocham Cię i niech tak zostanie! Bądź nadal tak szczęśliwa ze swoim Mężem, jak byłaś przez pierwszy rok… z całego serducha wierzę, że tak się stanie!
Z góry wpraszam się na srebrne wesele :-)))

złość

Nie radzę nikomu mnie denerwować ! Wyłażą z Arietty wtedy wszystkie demony świata. Kiedyś dusiłam wszystko w sobie, co doprowadziło mnie na skraj choroby psychicznej. Teraz uzewnętrzniam się – na szczęście nie wyżywam się na bliźnich; co najwyżej kopnę jakąś puszkę albo cisnę talerzem o podłogę, ewentualnie rzucę własną torebką o stojący na parkingu samochód (nie własny ofkors) – ale wolę już tego nie robić; włączył się alarm, torebka się otwarła i cała jej zawartość się rozsypała, wszystkiego nie udało mi się odnaleźć ;-)

A dlaczego jestem zdenerwowana? Otóż przez Moją Cholerę, jak łatwo się domyśleć. Co za człowiek!!! Naprawdę nie wiem, jak ja z nim wytrzymuję już prawie 22 miesiące…

Sprawa pozornie jest prosta. Postanowiłam nie wracać do Puław i koniec, i kropka. Finito. Rodzice jeszcze o tym nie wiedzą ;-) wyjechali na kilka dni w góry, niech sobie odpoczną, nie będę ich denerwować. Jadę teraz do domu na weekend, mam ważną sprawę do załatwienia jutro, tyle że jeszcze nie wiem czy szef mi wolne na jutro da (niech się decyduje, cholera jasna! na niego też zła jestem…), w każdym razie wcześniej czy później z rodzicami się spotkam i będę musiała powiedzieć „wszystko”. No właśnie – czy wszystko???

Powinnam nareszcie postawić sprawę jasno. Powiedzieć, że mieszkam razem z W., że się kochamy, że ON ma względem mnie poważne plany (czy ja mam podobne względem NIEGO? tego nie wiem!), że-że-że… Tyle że jak na mój gust, to przy takiej rozmowie także ON powinien być obecny. Nawet pytałam moją kochaną Paulę o to. Odpowiedziała, że nie widzi innego wyjścia niż właśnie wspólne udanie się do moich rodziców i powiedzenie, co i jak, że W. już dawno powinien stanąć na wysokości zadania. Kartkę z wydrukiem maila od Pauli podsunęłam wczoraj W. pod nos. Mnie się w tej sprawie posłuchać nie chce, więc liczyłam na to, że jej zdanie (z którym ON się bardzo dotychczas liczył) weźmie pod uwagę. Otóż nie. Nie pojedzie teraz ze mną, bo musi w sobotę pracować, a na jeden dzień to mu się nie opłaca. Nie pojedzie teraz ze mną,bo nie ma pieniędzy na bilet (raptem 30 zł w obie strony!). Nie pojedzie teraz ze mną, bo i tak nie potrafi z moimi rodzicami rozmawiać. I tym podobne pseudoargumenty, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji!

Wcale nie jest tak, że nie potrafi rozmawiać – moi rodzice są dla niego bardzo mili i JEGO (nieliczne!!!) wizyty u nich upływały w przyjemnej atmosferze (dopiero gdy się za NIM drzwi zamykały, to rodzinka dawała mi do zrozumienia, co o NIM sądzi). A udawania, że GO wcale nie ma, a tak naprawdę to ON w ogóle nie istnieje, mam serdecznie DOŚĆ!!! W takim układzie to ON nigdy ich do siebie nie przekona. I co, nadal mam żyć w kłamstwie (czego się brzydzę i co przychodzi mi coraz trudniej)? Rodzice chcieli już nie raz odwiedzić mnie w Otwocku, zawsze jakoś się wykręcałam – ileż można? Na pewno podejrzewają, co się święci… Wracając do W. – powiedziałam MU wczoraj w miarę spokojnie, co o tym myślę – że wcale nie chcę GO na siłę do ołtarza zaciągnąć, że nie żądam od NIEGO, żeby teraz jechał się oświadczać – ale żebyśmy po prostu razem powiedzieli, co i jak.

Czy ja zbyt wiele żądam???

Okazuje się, że tak. Niestety tak. A zatem muszę sobie sama radzić. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Przykro mi, że W. tak olewa sprawę. Do cholery, przecież sam wie, jacy są moi rodzice!!!

Zła byłam wczoraj bardzo. Specjalnie włączyłam mecz, wiem że W. tego nie lubi… Ale sama w przerwie przełączyłam na „Rodzinę Adamsów”, chciałam się pośmiać, chociaż do śmiechu mi nie było wcale! I wcale niewesoło mi było, gdy W. zaczął się do mnie dobierać jak gdyby nigdy nic… Powinnam założyć sobie pas cnoty!!! Ale po raz kolejny okazało się, że mam w sobie dużo pierwiastka męskiego… to, że bardzo GO w tym momencie nie lubiłam, nie oznaczało, że nie mogę uprawiać z NIM wspaniałego seksu… wszystko trwało kilka minut, akurat w przerwie na reklamy ;-) Czasem tak lubię: szybko i intensywnie – chociaż najczęściej kochamy się bardzo długo, smakujemy każdy milimetr naszych ciał, tak dobrze już znanych… ale za każdym razem odkrywamy w sobie coś nowego…

…później długo nie mogłam zasnąć… wtulona w JEGO ramiona, zasłuchana w JEGO oddech myślałam tylko o jednym: czy nie lepiej byłoby odejść?