Archiwum dla Grudzień, 2003

może być już tylko lepiej!

I po świętach… Najgorsze w moim życiu. Ale chyba przy każdych to mówię ;-) W każdym razie koszmarnie przeżywam rozstanie z NIM. Jutro wracam do Warszawy (mimo ostrch sprzeciwów rodzinki), dłużej nie wytrzymamy bez siebie, po prostu!!! Dostałam przed chwilą SMSa „leżę w zimnym lóżku i myślę o Tobie… tak bardzo chciałbym Cię przytulić i szepnąć do uszka że Cię kocham… wracaj szybko…”
No dobra, to nic szczególnego, od dwóch lat mi „takie cosie” wysyła, nie mam się czym chwalic, wiem. Ale… mała rzecz, a cieszy. Zwłaszcza że nawet nie marzyłam, że mnie ktos pokochać może… ech…

(no dobra, dość tych pseudoromantycznych grafomanii)

Pewnie już się w starym roku na blogach nie pojawię, więc jakieś podsumowanie mogłabym zrobić, choćby i muzyczne, jak w latach ubiegłych… Tyle że nie mogę uzbierać nawet dziesięciu utworów, które mi się podobały w 2003 roku. Może „Kremowa rewolucja” Smolika? (jakies chwytliwe), może coś Osbourne’a? Nie bardzo.

Ogólnie rok był do dupy. Ale nie byłabym sobą, gdybym jakichś pozytywów nie znalazła. Jedno dobre: skończyłam studia, drugie dobre: zdałam egzamin z angola, trzecie dobre: nadal kocham z wzajemnością, zamieszkaliśmy razem…
Złego nie pamiętam, bo nie chcę pamiętać!!!

Nie byłabym sobą również, gdybym „na okoliczność” nie zacytowała piosenki z płyty „Zimowe graffiti” Lady Pank. W zeszłym roku były to „Gwiazdkowe dzieci” (są tutaj, wraz ze stosowną dedykacją). A dziś…

DLA WSZYSTKICH KOCHANYCH CZYTELNIKÓW:
„Czy widzisz jak niebo ubiera swój nocny płaszcz?
Jak naszą nadzieję zapina w guziki z gwiazd?
Nie mówisz mi jeszcze dobranoc
Za oknem przechadza się chłód
Zaśniemy dopiero nad ranem
Czekając na cud
Czy widzisz jak ziemia otula się w biały szal?
Daleko jej przecież do nieba
I drogi nie wskaże jej nikt
Nadziei jej trochę potrzeba
By uniósł ja świt
Czy widzisz jak w dłoniach powoli topnieje śnieg?
Więc nie mów mi teraz dobranoc
Rozpalmy ognisko ze snów
I przytul mnie mocniej, kochany
Nie trzeba już słów
Przez tyle lat nasz stary świat
Czeka z nadzieją na znak
Kochamy wciąż
Czekamy wciąż
Odchodzi za rokiem rok”

… i oby ten następny był lepszy…

nic na to nie poradzę, że Bożego Narodzenia NIENAWIDZĘ!!!

Praktycznie od zawsze, nawet gdy nie miałam jeszcze rozeznania o co w tym wszystkim chodzi. Teraz mam ;-) Nawet ubieranie choinki było dzisiaj koszmarem. Chyba jestem już na to za stara. Za rok wynajmę jakiegoś dzieciaka do tej paskudnej roboty ;-) swojego to się na pewno jeszcze długo nie „dorobię”… A swoją drogą to jednak chyba trochę romantyczna jestem. Wieszałam te bombki i marzyłam, jak to by było fajnie spędzać święta razem z NIM, w naszym domu, z naszymi dziećmi…W każdym razie choinka wygląda okazale, moja Bonieczka uwielbia się pod nią wylegiwać.
Co jeszcze miałam dziś na głowie? O, czytanie Ewangelii na przykład. Jest u nas zwyczaj, że przed wieczerzą najmłodszy z obecnych czyta fragment z Ewangelii św. Łukasza o narodzeniu Jezusa. No i znów byłam to ja. Moja kuzyneczka Dorotka (od której rok temu zaraziłam sie ospą – patrz tutaj) ma już osiem lat, czyta doskonale, ale znów się wymigała…
A propos kuzyneczki i rodzinki mojej w ogóle. Siedzimy sobie przy stole wigilijnym, picie i jeście na całego – telefon mój dzwoni. Oczywiście Mój Ukochany. Gadaliśmy chyba z piętnaście minut, popłakaliśmy oboje (a nie należymy do miauczącego gatunku), wyznania miłości i obietnica, że w następne święta na pewno nie będziemy oddaleni od siebie o 600 km… Koniec rozmowy. Wracam lekko skołowana do stołu. Mama pyta „kto dzwonił”. Odpowiadam „wiesz dobrze, kto”. Mama „aha… to wy jeszcze razem jesteście?”. Zacisnęłam zęby. W tym momencie odzywa się wyżej wspomniana kuzyneczka (lat osiem, przypominam). Zaczyna w stylu „a, to pewnie dzwonił ten chłopek, co się w tobie zakochał, ciocia (czyli moja mama – przyp. mój) dużo o nim opowiadała, że jest głupi i ona go nie lubi”. W tym momencie przerywa jej inna kuzynka „przestań pleść, Dorota”. A dziecko dalej swoje „ale ciocia naprawdę tak mówiła”. Moja mama zrobiła sie czerwona jak burak i zmieniła temat. Ja wolałam schronić się w ubikacji. Nic nie mówiłam. Byłoby o każde słowo za dużo.
Powiem tak: za Dorotką nie przepadam, ale wiem, że kłamie bardzo rzadko. Wierzę jej. Zresztą moja mama nagadała podobnych rzeczy o W. wszystkim „krewnym i znajomym”. A przy opłatku życzyła mi, abym sobie ułożyła życie SAMA i tutaj, w Puławach. No comment…

Tęsknię jak nigdy dotąd. Do JEGO oczu, ust, głosu, zapachu, silnych ramion, w które mogłabym się wtulić i zapomnieć o całym świecie…

Czego Wam życzę? Znów posłużę się esemesem od radiowej Trójki…
„W ŚWIĘTA LUDZKICH ŻYCZLIWOŚCI, ZAŁAGODZEŃ I PRZYBLIŻEŃ. PO PIERWSZE: ZDROWIA, PO DRUGIE: ZDROWIA, PO TRZECIE: JAK WYŻEJ”.
Powiem tylko tyle, że jeśli by mi się to spełniło, trafiłabym do raju za życia :-)

A ode mnie prywatnie i tak z całego serducha fragment mojej ulubionej kolędy…
„Bóg się rodzi, moc truchleje
Pan niebiosów obnażony
Ogień krzepnie, blask ciemnieje
Ma granice nieskończony
Wzgardzony – okryty chwałą
Śmiertelny król nad wiekami
A słowo ciałem się stało
I mieszkało między nami
Podnieś rękę, Boże dziecię
Błogosław ojczyznę miłą
W dobrych radach, w dobrym bycie
Wspieraj jej siłę swą siłą
Dom nasz i majętność całą
I wszystkie wioski z miastami
A słowo ciałem się stało
I mieszkało między nami”

Zaśpiewam to już niedługo na Pasterce… i ON też zaśpiewa, tak daleko ode mnie, a jednak tak blisko…

stęskniło się dziecko…

… wiedziałam, że długo nie wytrzymam!!!

Połaziłam sobie po znajomych blogach… cieszę się, że sobie jakoś wszyscy radzą – szkoda, że nie ja, chciałoby się powiedzieć. Od ubiegłej notki praktycznie nic się nie zmieniło.

Co u mnie? Chaos…

O zdrowiu to nawet nie wspominam, jak zwykle fatalnie, do podstawowego zestawu moich dolegliwości doszło zapalenie oskrzeli, nio ale od tego się nie umiera :-) Przeprowadzka – nadal Wola, taniej i przyjemniej, i na pewno na dłużej niż miesiąc (pewnie dwa…) Wciąż pracuję za darmo. W poniedziałek szef ma mi wypłacić co najmniej trzy zaległe pensje, ale tyle razy to obiecywał, że już nie za bardzo w to wierzę. Jeśli nie dostanę (grubej!) kasy do świąt, to mam zamiar spędzić je u szefa właśnie. No bo jak tu jechać z pustymi rękami na święta do domu? Jeśli by mi zapłacił chociaż te trzy tysiące, to dłużej niż do końca grudnia u niego nie pracuję. I tak wszyscy wtajemniczeni (czyli nieliczni) dziwią się, że tak długo wytrzymałam. Z czego żyję zatem, skoro nie z pensji? Otóż z pieniędzy, które miałam odłożone na studia podyplomowe (wpisowe i pierwszą ratę). Już wiem, że na nie nie pójdę… Oszczędzam maksymalnie na wszystkim co się da, zwłaszcza na dojazdach (przez co na przykład powrót z pracy zajmuje mi ponad dwie godziny), na jedzeniu też – jeden porządny posiłek dziennie, którego i tak bym nie miała, gdyby nie ON… Kiedyś to ja bardzo MU pomagałam finansowo, teraz role się odwróciły. Na szczęście jakoś razem trwamy – właściwie to problemy tylko umacniają nasz związek. Jakiś czas temu rozważałam wariant powrotu do rodziców, to miała być ostateczność, ale niestety zostałam doprowadzona niemalże do ostateczności! Rozmawiałam z NIM – i już wiem, że zostanę. Wiem, że pojechałby za mną wszędzie, nawet do moich nieakceptujących GO rodziców. Ale… po co? Musimy sobie jakoś dać radę. I damy na pewno! Znów szukam pracy. Może ktoś mi ją da. Mam nadzieję. Mam Boga. Mam przyjaciół. Mam Mężczyznę być może na całe życie. Mam jakąś tam inteligencję, której na pierwszy rzut oka nie widać, co ma swoje dobre i złe strony. Mam wrodzone poczucie humoru i duże pokłady (auto)ironii, co pomoże mi przetrwać wszystko. Mam książki i muzykę. Mam ciągle jeszcze 23 lata. Wszystko przede mną.

A już na szczęście prawie za mną nie za dobry rok 2003…

Do zobaczenia w święta!