Archiwum dla Styczeń, 2004

wolno słowami się upić?

(czymś innym nie mogę, wciąż antybiotyki biorę)

Słowa, słowa, słowa… Jakże inne od tych, którymi ON „obdarował” mnie tydzień temu. Kilka godzin rozłąki wystarczyło, żeby przysłał ładnego esemeska; wiele takich otrzymałam przez ostatnie dni, wiele ciepłych słów usłyszałam w słuchawce :-) Cholerna Cholera uświadomiła sobie po raz kolejny, że życ już beze mnie nie może… i znów jest dla mnie bardzo dobry – dopóki znów mu palma nie odbije! (oto mój optymizm, hyhyhy) ech, dlaczego faceci są tak bezdennie głupi??? Chociaż akurat JA nie powinnam nazywac innych głupimi. Sama-m nie mądrzejsza. Podobnie jak Adrian Mole (jeden z moich ulubionych bohaterów literackich) „jestem intelektualistką, lecz równocześnie nie grzeszę inteligencją” (genialnie powiedziane!).
Z Adrianem łączą mnie od kilku dni także pryszcze na brodzie, wrrrrr…

A propos mojego skrajnego pesymizmu – cytat z czytanych przeze mnie któryś tam już raz „Dzienników” Marii Dąbrowskiej:
„(…)pesymiści są zawsze raczej łagodni, dobrzy i miękcy; optymiści natomiast są w życiu czy osobistym, czy społecznym okrutni i posępni. Owładnięci wiarą w idealną szczęśliwą przyszłość ludzkości, gotowi są dla tej optymistycznej przyszłości zabijać, mordować, dręczyć nieszczęsnych, teraz żyjących ludzi, bo cóż to znaczy wobec optymistycznej wiary w doskonałą przyszłość, dla której warto ponosić najsroższe męki albo skazywać na nie (…)”
Powiem tak: „coś” w tym jest. Ileż to osób mi już mówiło, że jestem za dobra dla bliźnich, że daję sie łatwo wykorzystać; poświęcam swój czas, energię i często pieniądze (których jak wiadomo nie mam wiele) dla ludzi tego niegodnych, którzy najczęściej nawet nie miaukną słowa „dziękuję”, nie mówiąc o podobnej pomocy, gdy ja jestem w potrzebie…
Może to i prawda. Ale to jest mój sposób na życie! taka już jestem (tu dziękuje rodzicom, po których tę cechę odziedziczyłam) i się nie zmienię, chociaż może i powinnam, bo faktycznie źle na tym wychodzę. No cóż… krąg moich znajomych kurczy się w zastraszającym tempie, więc niedługo nie będę miała już dla kogo się poświęcać.

O właśnie, jeśli o poświęcaniu mowa, to zniesmaczona ostatnimi wydarzeniami politycznymi postanowiłam (w żartach oczywiscie) poświęcić się dla kraju. To znaczy na przykład objąć tekę ministra skarbu (w końcu tego ministra nowego wybrali, ale jakoś długo szukali), a może nawet kandydować w wyborach prezydenckich? (tyle że wymagany wiek osiągnę dopiero za lat 11). Wydaje mi się, że moja kandydatura jest równie poważna jak Tomasza Lisa, nie przymierzając. Kompetencje do sprawowania urzędów państwowych mam nie gorsze niż wielu tych, którzy je sprawują, przynajmniej moje wyższe wykształcenie zastrzeżeń nie budzi ;-) Skarb Państwa też by skorzystał, a chyba bardziej nawet podatnicy: nie życzę sobie pensji z sufitu, gotowa jestem pełnić obowiązki za 2000 zł miesięcznie.
Szukam sponsora, który zgodzi się wyłożyć pewną sumę na moją kampanię wyborczą!!!

Żarty żartami… a najpoważniej w świecie wracam jutro do Warszawy i koniec, i kropka.

Wracam do Ciebie…

„you’ll be there in my hour of need
you won’t turn me away
help me out of the life I lead
remember the promise you made”

gdybym wiedziała to, co wiem…

Ból i piach.
I na tym powinnam tę notkę zakończyć.

Dzień wczorajszy (no wiem, że to niepoprawnie, ale tak gwoli podkreślenia daty) zapamiętam chyba do końca życia, ON też, jak sądzę. Czegoś takiego to jeszcze między nami nie było. Owszem, ostatnio nie układa się najlepiej, głównie z mojej winy (cholery dostaję przez bycie bezrobotną), ale to były drobne sprzeczki, które właściwie tylko umacniały nasz związek. Wiadomo, że życie to nie je-bajka.

Ale JEGO wczorajszego zachowania nic nie usprawiedliwia. Nic. Potraktował mnie jak… kurcze, nawet mi ciężko to określić. Już wiem – jak worek treningowy. Znaczy powyżywał się. Znaczy bardzo nieładnie do mnie mówił. Znaczy kazał mi sie wynosić (delikatnie powiedziane). Zaczęłam sie pakować, ale mam tylko dwie walizki, a klamotów o wiele więcej… W każdym razie wzięłam te nieszczęsne walizki i juz stałam w drzwiach, chciałam iść zanocować u koleżanki. Wygladało to komicznie, ja w tych drzwiach, ON oczywiście przy mnie, pada mi do stóp, przeprasza, zapewnia o dozgonnej miłości… jak zawsze zresztą.
Ale tym razem wcale mnie to nie poruszyło. Nic a nic.
Uratował nas tylko mój zdrowy rozum. W porę uświadomiłam sobie, co mnie czeka po rozstaniu z NIM. Ni mniej,ni wiecej, tylko powrót do rodziców. Nie stać by mnie było na samodzielne mieszkanie w Warszawie czy gdziekolwiek indziej zresztą. Nie mam pracy, oszczędności sie kurczą.

I zostałam z NIM. Co nie znaczy, że zapomniałam. Co nie znaczy, że wybaczyłam.

Nocą rozmawialiśmy już całkiem spokojnie… zresztą ja cały czas byłam spokojna, co znaczy że naprawdę byłam zła (ci, którzy mnie znają wiedzą, że dopóki wrzeszczę, jest OK). Poprosiłam GO, żeby wskazał moje wady, powiedział jak mam sie zmienić, żeby nie dochodziło do takich sytuacji. Nastała cisza. Długa cisza. Zapytałam „Teraz nie masz mi nic do powiedzenia?”. Cisza. W końcu szept: „nie zmieniaj się… jesteś kochana… najwspanialsza osoba jaką znam… to ze mną jest coś nie tak…”
Do cholery, to nie jest odpowiedź! Ja sama wiem, że „coś jest nie tak”!. Do kurwy-nędzy-wędrowniczki, jak można tak się zachowywać w stosunku do osoby, z którą „jest się” od ponad dwóch lat, którą PODOBNO kocha się nad życie i z którą PLANUJE SIĘ ślub za półtora roku???
Powiedziałam MU tylko jedno: że tak nie zachowuje się prawdziwy mężczyzna. Dało MU to troche do myslenia, na szczęście…

Idiocieję kompletnie. I zastanawiam sie tylko, czy byłam aż tak zaślepiona na początku naszej znajomości, że nie widziałam, jaki ON jest naprawdę – nie, to na pewno nie tak, przecież przez pierwsze pół roku traktowałam GO bardzo chłodno i z dystansem, nie czułam nic poza zdziwieniem, że ON chce być ze mną ;-) i gdyby wtedy wyskakiwał mi z czyms takim, pożegnałabym GO bez żalu. Więc… zmienił się na gorsze? chyba tak. Przeze mnie???

Nie myślę już o wspólnej przyszłości, widocznie nie było nam pisane razem „żyć długo i szczęśliwie”…

Wyjechałam na kilka dni. Leczę kolejne zapalenie oskrzeli. Zastanawiam sie, czy to wszystko ma sens. Czy kiedykolwiek miało.
Nigdy dotąd nie cierpiałam tak przez faceta. A myślałam, że nie może mnie juz spotkać nic gorszego niż związek mojego byłego z moją współlokatorką… no ale przetrwałam to dzięki NIEMU właśnie (a swoją drogą jestem ciekawa, czy Daniel nadal jest z Aśką… jeszcze pamiętam jego numer telefonu, może wyślę esemesa z takim pytaniem, hehehe).
Łatwiej zniosłabym zdradę. To wiem na pewno.

Coś jeszcze? Może piosenka ze starych radiowych czasów…
„Nowy dzień
Papierosy
Inne ściany
Inne głosy
Wszystkie spóźnione informacje
Jej trzydniowe fascynacje
Deklaracje bez znaczenia
Ona nie ma nic do powiedzenia
Powitania
Pożegnania
Tyle planów
Tyle minut

Mija nowy dzień sama pije znów
Boi sie zasnąć bo się boi snów
Nad głową czarny plakat
Napis nie ma jutra
Wszystko sie odbija tu w krzywych lustrach
Podobno jest stuknięta ale to jest alibi
Wszystko tu dzieje się na niby
Umowność sytuacji umowność scen
Ta sama ceremonia rozpoczyna dzień
I ustala kolejność zdarzeń

Kolejny dzień
Papierosy
Inne ściany
I te same głosy
Wszystkie spóźnione informacje
Jej trzydniowe fascynacje
Deklaracje bez znaczenia
Ona nie ma nic do powiedzenia
Jedni tu inni tam
Stoją i czekają co się zdarzyć ma

Telefon sprawdza system alarmowy
W nocy w słuchawce monotonny głos
Odbieranie telefonu to odruch warunkowy
Na jej przescieradle lodowata noc
Drzwi przez które można wejść i wyjść
Dzisiaj tutaj nie przyjdzie nikt
Rozmowa sie urywa
Cicho wchodzi w sen
Widzi duże nic
Nagle traci sens

Ona znika
Znika bez słowa

Juz więcej nic
Ona znika”

(Gardenia – Papierosy i zapałki)

właściwie to powinnam znów zawiesić bloga na kołku…

…bo NIC, NIC, NIC!!! takiego się nie dzieje w moim zyciu, co mogłoby zainteresować czytelników.

Że pracy szukam i znaleźć nie mogę? Nic oryginalnego. Własnie przed chwilą dzwoniła do mnie pewna pani: mam jutro rozmowę kwalifikacyjną, jest to już jakiś krok naprzód ;-) tyle że o 9 rano na Tarchominie, a ja w tych okolicach w życiu nie byłam!!! ludzie, ratujcie mnie!!! i trzymajcie kciuki…

Że wczoraj płakałam jak bobrzyca podczas słuchania Trójkowego „Minimaxu”, w całości poświęconego życiu i twórczości Czesława Niemena? Odszedł Wielki Człowiek… uważam „Bema pamięci żałobny rapsod” za najgenialniejszy utwór z szeroko pojętej dziedziny polskiej muzyki rozrywkowej.
Inną sprawą jest to, że Niemen zmarł w wieku niespełna 65 lat… a tyle właśnie lat kończy dziś mój tata…

Że kocham i jestem kochana? Oby tak jak najdłużej! Wiem, że jestem coraz trudniejsza we współżyciu… Ale Moja Kochana Cholera wykazuje się anielska wręcz cierpliwością. Chociaż ostatnio zaczyna mnie lekko wkurzać – podrywa (niby „dla jaj”, ale…) naszą gospodynię, znaczy babkę u której wynajmujemy pokój. Kobietę dość atrakcyjną, zaznaczam ;-), ledwie 3 miesiące od NIEGO starszą, samotnie wychowującą trzylatka… No comment. A niech sobie chłopak przypomni, jak się o kobietę zabiega, może dla mnie będzie lepszy, hehehe!

Że Pewna Bardzo Bliska Mi Osoba od dawna nie daje znaku życia? Widocznie nie jestem już Jej potrzebna. Szkoda… Ale nie poddaje się. po raz kolejny zrobię pierwszy krok. Nie chcę Jej stracić…

Nio sami widzicie – nudy na pudy, a nawet na megatony!