Archiwum dla Luty, 2004

zakrętka, czyli Monty Python Latino Power, część druga po przerwie

Ostatnie dni… I ja śmiałam narzekać na nudę??? Okazuje się, że nie jest mi dane byc zapomnianą. Dziękuję wszystkim, którzy jeszcze znać mnie chcą!

Miałam zacząć tę notkę od próby przekonania Was, że nie jestem aż taką idiotką, jakby wynikało z mojego ostatniego wpisu tutaj… ale nie da się ukryć, JESTEM IDIOTKĄ. Cieszy mnie to niezmiernie.

Mam podwójnego kaca. „Normalny” plus „moralny”. I to jest mój dzisiejszy punkt odniesienia.

Interview wczoraj. Masakra. Przybyłam aż pięć minut wcześniej. Zaprowadzono mnie do tzw. sali konferencyjnej i kazano czekać na panie szefowe. Czekałam więc. Nerwy mnie zżerały. Dla odprężenia ni z gruszki, ni z pietruszki, ni z kalarepy zaczęłam nucić (dość głośno) piosenkę z mojego ulubionego serialu „Daria”, wykonując przy tym dość nieskoordynowane ruchy głową, rękami i całym ciałem. Po mniej wiecej minucie zorientowałam się, że pod sufitem wisi kamera i w najlepsze rejestruje moje popisy wokalno-taneczne. Wybuchnęłam śmiechem… i tak mnie zastały panie szefowe. Zostałam więc z tym debilnym usmiechem na twarzy. Rozmowa byłą krótka i treściwa. Gdy dowiedziałam się, jakie stanowisko miałabym ewentualnie objąć, wyciągnęła mi się mina. Pewnie i tak robiłabym wiele innych rzeczy, ale pieniążki… marne. W każdym razie jestem dość zdesperowana, więc dobre i to. Szanse podobno są. Za kilka dni wszystko będzie jasne.

Po interview miałam sie spotkać z panem lekarzem (tym z poprzedniej notki). Stchórzyłam. Zamiast tego wydzwoniłam z pracy koleżankę, a druga wydzwoniła mnie ;-) Picie (na pusty żołądek), kino („Nigdy w życiu” – nawet śmieszny film) i rozmowy.

Powiem tylko tyle: osoba, która dwa lata temu pobłogosławiła mój związek z W., która zawsze brała JEGO stronę, która uważała wszystkie moje wątpliwości za dziecinadę – wczoraj oficjalnie stwierdziła, że to nie ma sensu.
Zgadzam się z nią w stu iluś tam procentach. Tylko że mam problem: kocham, kocham, kocham…

Jest mi źle. Jakież to banalne.
To dlatego, że wszystko się pieprzy, soli i chrzani, a ja nie mam się czym pocieszyć. Do tej pory zawsze jakoś sobie radziłam.
Nie byłam lubiana w szkole – ale miałam przyjaciół w szkole muzycznej.
Nie umiałam rysować – ale miałam talent literacki (MIAŁAM!!!).
Potykałam się o klawisze w gamach – ale świetnie interpretowalam Bacha.
Język rosyjski był dla mnie magią – nadrabiałam angielskim, niemieckim, francuskim.
Nerwy mnie zjadają przy mikrofonie – ale świetnie radzę sobie po drugiej stronie szybki.
Dwadziescia kilogramów nadwagi – ale ślicznie wykrojone usta, niezłe włosy, dobra cera, jędrny biust.
Brak szczęścia w miłości – ale grono dobrych znajomych.
Przyjaciele zawodzą – ale jest ON.
Pieniędzy nie ma – ale na alkohol zawsze wystarcza ;-)
I tak dalej, i tak dalej.
Teraz nie mam nic.

Znów noc bez NIEGO. Tylko jedna. Ale wiem, że nie będę mogła zasnąć. Dziwna sprawa: tęsknię jak cholera, dżuma i żółta febra razem wzięte, ale gdy w końcu jesteśmy razem… wcale nie jest dobrze. Próbowałam rozmawiać, sugerowałam, żebyśmy oboje spróbowali coś zmienić (się zmienić), aby było między nami lepiej. JEGO odpowiedź: „aha… jesli uważasz, że jest źle, to rozstańmy się jak najszybciej”.
Zabolało mnie to bardzo.
I znów przepraszał, znów zaklinał się, że kocha bardzo, że bardzo chce być ze mną, że, że, że… Wierze MU. Jestem świadoma tego, że być może nikt już nigdy nie pokocha mnie tak jak ON. Mocno. Bezwarunkowo. Słodko i cudownie. I tulipany mi ostatnio podarował…
Ale… „coś” jest nie tak. Jestem gotowa na zmiany. Jeśli ON nie… no cóż.
Przypomina mi się piosenka… Wanda i Banda bodajże:
„Życie układa się w ramionach
Para do granic nasycona
spogląda on i ona w stronę drzwi
A tam klucz gruby tkwi”

wciąż tylko śliskie słowa, spojrzenia mgliste w oczy…

(ucieczka)
Taka perfidna ucieczka. Myślałam, że już tak nie potrafię.

Doigrałam się, można tak powiedzieć.
I mam za swoje.
Chciałam czegoś (czytaj: KOGOŚ) nowego… Jak dobrze, że mój zdrowy rozsądek, który na co dzień przynosi mi więcej szkody niż pożytku, tym razem ujawnił sie we właściwim miejscu i czasie.

Trochę się próbuję rozgrzeszyć. Głupota z biedą doprowadziły mnie na skraj „wszystkiego”. Zdołowałam się maksymalnie. Co z tego, że W. mnie bardzo kocha, jesli nie potrafi mi zapewnić praktycznie NICZEGO, co potrzebne jest do tak zwanego „godnego życia”??? Nie pytajcie, co rozumiem przez to pojęcie. To samo, co pan, pani… społeczeństwo. W kazdym razie cholera mnie brać zaczęła (podobnie jak kolejna angina). Czytam sobie różne blogi, gadam z ludziskami różniastymi… nikt nie żyje tak jak ja, nawet gdy bieda aż piszczy! Do kurwy-nędzy-wędrowniczki, mam dopiero 24 lata, a czuję się jak staruszka! Nie mówie o imprezowaniu non stop (to nie studia… to nie Toruń…), ale chociaż raz w tygodniu można gdzies z domu wyjść! No nie? A ja nie wychodzę. Poprawka: my nie wychodzimy. Bo to, bo tamto, a przede wszystkim brak pieniędzy. Gotowa jestem oszczędzać maksymalnie na czym się da (dla mnie to nie nowość), po to żeby ten nieszczęsny raz w tygodniu mów wydać jakąś sumę na przyjemności. Brakuje mi jak nie wiem co (czego?) łażenia po knajpach, zawierania nowych znajomości, szaleństw na parkiecie… Kiedyś było inaczej. I nie mogę się przyzwyczaić do drętwoty tudzież martwoty mojego teraźniejszego życia.

Poznałam kogoś… już jakiś czas temu, ale teraz dopiero mogło cos z tego wyniknąć. Starszy ode mnie o lat dwanaście, lekarz, nieżle sytuowany (no dobra, w porównaniu ze mną to bogaty, hehehe) i najwyraźniej bardzo mną zainteresowany. Nie w sensie stałego związku, o nie! Głównie o seks by tu chodziło, ale jakaś „otoczka” typu imprezy właśnie jak najbardziej by mu (nam?) odpowiadała. Myślę, że delikatny sponsoring również. Jak najbardziej.

Nie, wcale mi nie odbiło. Rozważałam taką możliwość całowicie serio i na trzeźwo. Zresztą zazwyczaj tak do spraw damsko-męskich podchodzę (zajrzyjcie do archiwum sprzed dwóch lat, tak a propos…). Pewnie udało by mi się kombinować (jak koń pod górę, fakt), nie zrywając z W., ale to nie w moim stylu. Zwyczajnie i najprościej powiedziałabym MU, że to koniec, nie tłumacząc się zbytnio (bo i po co?). Nie żałowałabym niczego z tych już prawie dwudziestu siedmiu miesięcy razem spędzonych, ON byłby „always on my mind”, zrobił dla mnie tyle, co nikt przedtem przecież… I rzuciłabym się w wir szaleństw. Pewnie nie na długo. Ale… może warto?

Przestraszyłam się takich myśli. Zamiast spędzić weekend z NIM – żeby było śmieszniej, na kilku imprezach ;-) – pojechałam na Śląsk odwiedzić siostrę. Przeczytałam przez dziesięć godzin nowego Harry’ego Pottera, przetłumaczyłam szwagrowi na angielski tekst z biologistyki bodajże (wrrrr), no i podsłuchałam rozmowę siostry z mamą. Ofkors mama jak zwykle przedstawiła mnie w najgorszym swietle. No comment.

Miałam dużo czasu „na myślenie”. I wymyśliłam jedno: nie chcę zrywać z W., nie chcę mieć nikogo innego! Nie chcę i już, i koniec, i kropka!
Wracam dziś do Warszawy. Nasza będzie noc… i poranek… i oby takich jak najwięcej, jak najdłuzej…

„To nasza miłość
Słodka, szalona
Diabelska miłość
Grzeszna
To nasza miłość
Wskroś potępiona
Przegrana
Co tu kryć
To nasza miłość
Trochę wstydliwa
W dodatku
Niebezpieczna
Ta karczma, miła
Rzym się nazywa
I będzie, co ma być
Co ma być”

To Michał Bajor śpiewa, oczywiście…
A ja jestem diabłem na dnie szklanki. Wiesz o tym dobrze, kochanie. I pijesz do dna…

śmierć pułkownika, czyli co mnie ostatnio poruszyło

Zacznę jednak przekornie od Walentynek. Niniejszym przepraszam wszystkich, na których wpadłam dnia trzynastego w piątek. Działo się tak dlatego, że nie miałam na nosie okularów. Wiem, że spotkanie z osóbką mającą około 180 cm wzrostu (to przez buty na koturnie) i około 80 kg wagi mogło być dla niektórych bolesne. Ale niestety tak być musiało. NIE MOGŁAM ŚCIERPIEĆ widoku tych czerwonych serduszek dookoła, więc ich nie widziałam, a że przy okazji nie widziałam też wielu innych rzeczy… Walentynki nie bardzo mnie obchodzą – to komercyjne pseudoświęto, jedna z wielu dźwigni handlu (a ja z handlem nie chcę mieć za wiele wspólnego, co zmniejsza moje szanse na podjęcie pracy, jako że większość ofert dotyczy szeroko pojętego handlu właśnie). Od czasów licealnych moim sprawdzonym sposobem na przetrwanie szału 14 lutego jest upicie się – kiedyś w samotności, teraz z W. (już po raz trzeci z NIM spędzam ten dzień…). Poszliśmy zatem na dłuuuugi spacer daleko od cywilizacji, kupiliśmy sporo dobrego wina i zgodnie opróżniliśmy butelki. „Święto zakochanych” nie jest nam do szczęścia potrzebne.
„If we belong to each other, we belong anyplace – anywhere – anytime”

Teraz o pułkowniku tytułowym. Czyli śp. Ryszardzie Kuklińskim. Oczywiście media wszelakie produkują hiperpeany na jego cześć. Ktoś związany z Radiem Wolna Europa wygłosił w Trójce taką laudację, że aż mnie zemdliło, nazywając go „postacią po trzykroć tragiczną”. A już szczytem szczytów jest nekrolog zamieszczony w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej”. Przytaczam w całości:
„Śp. Płk Ryszard Kukliński.
W czasach niewoli i niedoli narodu wybrał drogę sumienia, przeciwstawiając się Imperium zła, które odebrało niepodległość naszej Ojczyźnie.
Oddając cześć pamięci płk. Kuklińskiemu, polecamy Bogu Jego duszę.
Prawo i Sprawiedliwość
Mam pytanie: czy ten tekst został napisany w języku polskim? Niestety autorzy, tak nienawidzący ancien regime’u, posługują się retoryką podobną do towarzyszy z Komitetu Centralnego PZPR!!! Czy w tym kraju nigdy już nie będzie normalnie??? To ma być WOLNOŚĆ?! Dziękuję, postoję!
Jak nietrudno się domyśleć, uważam że śp. płk dopuścił się zdrady. I tyle.

Miałam napisać jeszcze cos więcej o „sprawach światowych”, ale wybaczcie, pułkownik wystarczy.

Walka o przyjaźń… Jednak walczę. Spotkałam się w ubiegły wtorek z Tą Osobą, rozmawiałyśmy kilka godzin. Wiem jedno: nigdy już nie będzie tak, jak dawniej. Ale chcę ją nadal „znać”, choćby przez wzgląd na to, co kiedyś nas łączyło i przez to także, że niewiele wokół mnie przyjaznych dusz. Być może będziemy nawet pracować w tej samej firmie, chociaż prawdę mówiąc nie mam na to szczególnej ochoty. A jeśli już o pracy mowa, to nareszcie coś się dzieje, mam nadzieję że idzie ku lepszemu. Zgodnie z wcześniejszą obietnicą, nic więcej nie mówię, żeby nie zapeszyć! Aha, przez trzy dni harowania po 12 godzin w POWAŻNEJ firmie zarobiłam 200 zł brutto. Jak kapitalizm, to kapitalizm!!!