Archiwum dla Marzec, 2004

jedna jedyna w swym rodzaju

Podolec ze mnie. Odbyłam rano poważną rozmowę z W. Do pracy się przez to spóźniłam – no cóż, zdarza się. A skąd moja podłość? Stąd, że do Mojej Cholery „po dobroci” nie da się dotrzeć. A zatem powiedziałam kilka słów niezbyt pewnie przyjemnych, za to prawdziwych. Poszło oczywiście o… kurcze, nie pisałam chyba dotąd o tym, w sumie nie powinnam – w każdym razie sprawa jest paskudna i jestem zła sama na siebie, że tak to zaniedbałam. Niby jeszcze z JEGO „kawalerskich” czasów (tzn. jeszcze mnie nie znał), ale niestety mnie to też dotyczy… Powiem tylko tyle, że właśnie przez „to” nie zalegalizowaliśmy jeszcze naszego związku (czyli nawet oficjalnych zaręczyn nie było, że o ślubie nie wspomnę). Nie żeby mi było śpieszno do rzeczonej „legalizacji”, ale… ale ON „coś” musi z „tym” zrobić! COŚ – czyli zacząć działać. Wytoczyłam dziś argument dość ciężkiego kalibru, czyli przynoszenie wstydu rodzicom (niestety taka jest prawda, JEGO rodzice bardzo cierpią przez wyczyny synka). I wiele innych… obiecal poprawę, dziś po pracy idziemy próbować coś załatwiać, niestety za późno może być… ech…
Wiem, że zamotałam się porządnie, nikt nie wie o co chodzi :-))) nio ale jakoś mi lżej przez „wypisanie się”.

Weekend… i tu odniesienie do tytułu notki. Piekielny mam charakter. Zamiast się cieszyć, że dobrze się bawiłam (praktycznie nie trzeźwiałam przez trzy dni, poznałam wielu fajnych ludzi, a W. „zintegrował się” z Karoliną), narzekam – że wydałam full kasy zwłaszcza. To nie Toruń, gdzie można było się bawić całą noc za 20 złotych (nikt z Warszawy w to nie wierzy, hahaha!). Poza tym kupiłam sobie w sobotę fajne buty na wiosnę (obiecuję osobną notkę na temat Arietty i butów – zapewniam, że będzie ciekawa), ale też zadowolona nie jestem, bo nie mam do nich kurtki, i forsy na nią też już nie. Jak ja nie lubię takich wiecznie niezadowolonych ludzi!!! (dlatego nienawidzę siebie – ale potrafię kochać innych, ze szczególnym uwzględnieniem W.)
A jeśli o niezadowoleniu mowa – „napaliłam się” wczoraj na „Hamleta” w Teatrze TV i ofkors rozczarowalam się już przy pierwszym monologu (aktor grający Hamleta miał fatalną dykcję), a potem było już tylko gorzej. Zresztą ogólnie wczoraj miałam zły dzień. Dziś nie lepiej.

Żeby zakończyć optymistycznie – właśnie usłyszałam w radiu moją ulubioną piosenkę ABBY „I do, I do, I do…”. Tak a propos mojego ewentualnego ślubu – chciałabym usłyszeć tę piosenkę idąc do ołtarza, tak jak tytułowa bohaterka „Wesela Muriel”. Ech… mało realne. Ale piosenka fajna :-)))

Dopisek środowy:
Nóg nie czuję. Praktycznie cały dzień latania po urzędach. Poznaję różne zakątki Warszawy :-)))

O „co” chodziło w zamotanym fragmencie? Najogólniej mówiąc – zobowiązania pieniężne, że tak się wyrażę. Zgroza i makabra.

A tak na marginesie… czy mówiłam, to znaczy – pisałam Wam, że mam najwspanialszego chłopaka pod słońcem i wszystkimi innymi gwiazdami???

everything under the gun

I znów mamy problem, Houston.
Ten sam.
No – prawie ten sam. W każdym razie dotyczący tej samej osoby.

Dobrze, może to i moja wina. Wróciłam w środę późno do domu. Konkretnie o drugiej w nocy. Byłam z kumpelą na zakupach, poźniej siedziałyśmy u niej, jakoś fajnie się rozmawiało… jak zwykle zresztą. I dostałam porządny ochrzan od W. – że włóczę się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kim (a powiedziałam MU, gdzie i z kim idę). Zna Karolinę (tę moją kumpelę) od kilku miesięcy (ja ją znam dziesięć lat…), do tej pory bardzo ją lubił, ale gdy zaczęłam częściej się z nią spotykać (co najmniej raz na tydzień), to już jest nie tak. Od razu jakieś dziekie pretensje, podejrzewanie mnie o kochanków itepe. Szlag by to i małe szlaczki! Mam dość! Dzisiaj wychodzimy z Karoliną właśnie, oczywiście W. nalega, żebyśmy wrócili przed północą – mam nadzieję, że będzie się na tyle dobrze bawił, że zostaniemy dłużej… Cieszę się na spotkanie z kilkoma znajomymi – tylko że jak W. będzie w złym humorze, to może mi zepsuć całą imprezę.

Nie – nie może!
I nie zepsuje.
Jestem ponad to.

Niby jest już OK, ale… do następnego mojego wyjścia prawdopodobnie. No cholera jasna, psiakrew, słowo honoru, to moje zasrane prawo móc spotkać się z koleżanką! nie mam przecież wielu tych koleżanek, tym bardziej muszę dbać o te, które chcą mnie jeszcze znać…
Nie mam żadnych „złych zamiarów” – inni faceci mnie nie interesują, kocham tylko W. (jeszcze???) i tylko z NIM chcę przeżywać tak zwane uniesienia (tak tak, przeżywam – kłótnie to na pewno uniesienia).
Przepraszam za pewien chaos tej notki, ale podminowana od kilku dni jestem. Przez NIEGO zwłaszcza, niestety.
Dlatego dziś chcę się zabawić. Wolno mi.

I znów zastanawiam się, czy warto.
I znów dochodzę do wniosku, że nie warto.
I… chciałabym przestać GO kochać.
Byłoby o wiele łatwiej.

Tytułowe Sisters of Mercy. Tylko fragment. Dla nas obojga i nie tylko…
„You don’t have to say you’re sorry
To look on further down the line
Into the sun
Too close at heaven
Love is fine
But you can’t hold it like that
Two words apart, two together
Into that good night kiss away
One takes the hard, ohe the other
Kiss away
Are you living for love?
When the road gets too rough
Is your love strong enough?
Do you feel your head is full of thunder?
Question never end?
Empty nights alone?
No wonder
It all comes back again
Are you living for love?
I’ve been under the gun
I’ve lost and I’ve…”

…i tak dalej…

o co mniej mnie, czyli wspomnienie weekendu

Mniej mnie o jeden ząb. Konkretnie lewą górną ósemkę. Dopiero niedawno mi urosła (allle bolało przy tym – nie dziwię się, że niemowlaki chorują przy ząbkowaniu – alkohol na szczęście uśmierzał ból, hahaha). Urosła jednak krzywo, zaczęła się psuć – no i poszła do odstrzału. Za dwa tygodnie podobnie stanie się z prawą górną ósemką. Szkoda mi trochę tych ząbków ;-)

Mniej mnie o jakieś dziesięć centymetrów włosów. Tak się kończą wszelkie moje próby ich zapuszczania… Tym razem byłam naprawdę dość zdeterminowana i już widziałam swoje piękne, długie loki in my mind’s eyes… Niestety (?) nie chciało mi się czekać. W rezultacie znów mam krótką fryzurkę. Moja Druga Połowka – wielbiciel długich, prostychwłosów u kobiet – na szczęście jakoś to przeżył. To znaczy bardzo mu się podobam :-) zresztą jest już przyzwyczajony do zmian w moim image’u.

A propos… Mniej mnie o chyba już ostatnie złudzenia dotyczące wspólnej naszej przyszłości. Powtarzam się zapewne, ale jeszcze raz napiszę: to naprawdę dobry chłopak, ale nie jesteśmy dla siebie po prostu. Co tu dużo gadać.
Dlacezgo nie odejdę zatem? Odpowiedź najbanalniejsza pod słońcem: kocham GO, ON kocha mnie i – pomimo wszystko – jest nam dobrze razem.
Nie chcę zatem robić jakichś gwałtownych ruchów, nie chcę później żałować. Młoda jeszcze jestem. Mam czas.

Ech… a jeśli natychmiast albo jeszcze szybciej nie oderwę się od netu, to będzie mniej mnie o głowę! robota czeka…