Archiwum dla Kwiecień, 2004

tajemnica pamiętnika, lalalalala!

Spędziłam weekend u rodziców. W poniedziałek udałam się z (mało przyjemną) wizytą do lekarza w Lublinie. Sprawę załatwiłam dość szybko. Okazało się jednak, że na połączenie do Warszawy muszę czekać prawie dwie godziny. Fuck!
Siedzę sobie zatem na dworcu z miną nietęgą. Nagle podchodzi do mnie chlopak, z wyglądu przyjemny, chyba młodszy ode mnie.
- Czy stąd odchodzą busy do Warszawy?
- Tak – odpowiadam.
- Jeśli jedziesz do Warszawy, to możesz się zabrać ze mną samochodem.
No i się zabrałam.
Samochód full wypas, stary Ford po generalnym tuningu, czy jak to się nazywa.
Chłopaczek przyjemny, jak wcześniej wspomniałam.
Nie zostałam obrabowana, zgwałcona i tak dalej. Jak widać – żyję.
Zaoszczędziłam dużo czasu i pieniędzy – podwiózł mnie za friko. Na koniec chciał mój nr tel, ale się jakoś wymigałam. Całus w rączkę i do widzenia.
Chyba mam jednak trochę szczęścia w życiu.
Teraz muszę tylko uważać, żeby przypadkiem nie powiedzieć W. – oj, dostało by mi się za jazdę z obcymi panami! (i w sumie słusznie by mi się dostało).

Pozostałe wydarzenia w skrócie:
1. Ból fizyczny (temat przewodni poprzedniej notki) minął z piątku na sobotę okolo północy, po czwartym drinku i przy kolejnym dłuuuugim pocałunku. Trwał dwadzieścia dziewięć godzin. Bogowie i demony, strzeżcie mnie na przyszłość! A TOBIE dziękuję, że po raz kolejny byłeś przy mnie w trudnych chwilach…
2. Ból psychiczny pozostał. I tyle o tym! notek typu „jak mi źle” nie chcę pisać!
3. W Narodowym Teście Na Prawo Jazdy zdobyłam 42 punkty na 55 możliwych. Chyba nieźle. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie mój tata, z którym pokłóciłam się przy pytaniach o krzyżówki, przez co kilka pytań mi „uciekło”.
4. Od jutra wolne w pracy w związku ze szczytem!
5. A propos szczytu – już widać lekkie piekiełko, na przykład w Warszawskim Centrum Finansowym przy Emilii Plater obito wszystkie drzwi wejściowe styropianem (wchodząc tam miałam wrażenie, że się duszę), sklepikarze zasłaniają okna wystawowe, a na prawie wszystkich rondach w centrum wyłączono światła i ruchem kierują policjanci, przez co kociokwik jest jeszcze większy.
6. Zastanawiam się, czy iść na manifestację antyglobalistów…
7. Chudnę! sama nie wiem dlaczego, przecież jem normalnie… (ale dużo się ruszam, codziennie długi spacer, a po spacerze… hm…); w każdym razie siódemka z przodu zadomowiła się na dobre – gdyby tak zejść do szóstki… poniżej 70 kg ważyłam ostatnio 4 lata temu ;-)
8. Kocha(m), kocha(m), kocha(m)!

jak dawniej

Tak, tak.
Dosyć tego dobrego.
Podobno w życiu piękne są tylko chwile, dla których warto żyć.
Otóż nie warto.
Miałam te chwile… i co mi z nich?
Tym boleśniej przeżywam teraz wszystkie porażki (a uzbierało ich się niemało przez ostatnie dwa dni).

Wczoraj wieczorem organizm nie wytrzymał. Myślałam nawet, że to atak serca… W. chciał już dzwonić po pogotowie, ech… Ale to „tylko” nerwoból. „Tylko” – ale trwa już szesnastą godzinę. Zero snu. Nie wiem nawet, jak się nazywam. Udaję, że pracuję.

Jest ciężko. Bardzo.
Dlaczego mi to robicie???
I gdyby nie TY…
…”a przecież mogłam być przed Twoją erą
a przecież mogłeś być przed moją erą”

istnienie jest chwilową koniecznością

To się chyba nazywa cyklofrenia czy jakoś tak. Choroba psychiczna, która objawia się między innymi ciągłymi wahaniami nastroju – od euforii do depresji. Coś mi się wydaje, że cierpię na tę przypadłość.

Ostatnie dni były sielskie-anielskie po prostu, chociaż – dalibóg – naprawdę nie miałam powodu, żeby szczerzyć w uśmiechu moje dwadzieścia dziewięć zębów (29 i pół – to „pół” to nie wyrżnięta do końca ósemka). To się musiało skończyć tym, że wczoraj – również ni z gruszki, ni z pietruszki, ni z wydmuszki – humor miałam fatalny i nic (tudzież nikt) nie było w stanie mi go poprawić. Kilka razy zabierałam się do pisania notki, ale resztki zdrowego rozumu (gdzieś się błąkające w zakamarkach mojego mózgu) stanowczo mi to odradzały. W końcu uznałam, że najlepszym wyjściem z sytuacji będzie wcześniejsze pójście spać, co też uczyniłam.
Zasnęłam w JEGO ramionach… i obudziłam się dziś o szóstej rano (mój organizm uznał, że 7,5 godziny snu stanowczo wystarczy… już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo spałam!) śmiejąc się jak norka. No cóż – to mi się podoba!

Znów wszystko mnie cieszy. Nowe ubranka na przykład. Drugi raz w życiu nadążam za modą. Pierwsy raz zaczęłam zwracać uwagę na strój na drugim roku studiów. Majątek na ciuchy wydałam! Minęły cztery lata i ubranka kupione wtedy zaczynają się „wydzierać”, a zatem uzupełniam garderobę. Teraz znów obędę się bez poważnych zakupow ubraniowych przez lat kilka ;-)

A najbardziej cieszy mnie fakt, że W. najprawdopodobniej NARESZCIE zmieni pracę! Truję MU na ten temat dupę (że tak się nieładnie wyrażę) od półtora roku i chyba nareszcie coś do NIEGO trafia! To nie na moje nerwy! Tak jak pisałam kilka notek temu, ograniczam ilość spożywanego alkoholu (na sobotniej imprezie: 2x Wściekły Pies, 2x pięćdziesiątka czystej, 1 kieliszek czerwonego wina, 3 piwa – jak na mnie to niewiele! i czułam się świetnie! i o to chodzi!). Ale jeśli naprawdę W. rzuci aktualną pracę (wszystko wyjaśni się na dniach), to z radości urżnę się w trupa! (najpierw oczywiście barrrdzo ładnie MU podziękuję).

A może się nie urżnę?… miałam przecież wydorośleć (tylko pod tym względem – tak w ogóle to jak najdłużej chcę by dzieckiem). Dziękuję, zdrowy rozumie!!!

P.S. A propos moich włosów – na zdjęciu są bardzo ulizane, bo trzy dni nie myte ;-) Normalnie mam na głowie wściekłego Einsteina!