Archiwum dla Maj, 2004

notka słodko-gorzka

Tak jak moje (każdego) życie… ale zauważcie, że jednak zaczęłam od słowa „słodki”. Postęp w uwalnianiu się od skrajnego pesymizmu jest zatem znaczny.

Wiele się zmieniło przez te kilka dni. Długie rozmowy z W., do późna w noc… Jak zwykle byłam szczera do bólu i (wybaczcie słownictwo) kurewsko bezpośrednia – wiem, że nie powinnam, ale taki układ z W. mam od zawsze, mądrzejsza będę w następnym związku ;-) Wyraziłam wprost w niewybrednych słowach swoje obawy o naszą przyszłość, zwłaszcza finansową. Zaraz przyszła refleksja (tak tak, ja czasami myślę): a czego ja się, cholera jasna, psiakrew, słowo honoru spodziewałam, każąc W. odejść z pracy? Że pieniądze z nieba spadną? Nigdy MU nic lekko nie przychodziło (mnie też…), więc dlaczego teraz miałoby się to zmienić. Początki są trudne. Ale wychodzimy już na prostą. Najważniejsze, że W. ma wiele zamówień, a co za tym idzie pieniądze będą. Muszę być cierpliwa. Wierzę w NIEGO. Bardzo mocno. Bardziej niż w siebie. Jesteśmy sobie potrzebni jak powietrze. I to jest dobre. I to jest piękne. I niech trwa jak najdłużej. Może na zawsze już. nie miałabym nic przeciwko.

Wczoraj baaardzo mili panowie ;-) podłączyli nam kablówkę i Internet. Cieszy mnie to, zwłaszcza że z domowników tylko ja znam się cokolwiek na komputerach, hahaha. Co do kablówki, hm… mam nadzieję, że nie oznacza to końca romantycznych wieczorów ;-) W. jest maniakiem telewizyjnym, natomiast ja uznaję w TV tylko wiadomości, relacje sportowe, kanały Discovery i MTV Classic. Nio, czasem z nudów włączę jakieś bzdety typu „Rozmowy w toku” – tak jak wczoraj. Akurat tematyka mi odpowiadała, gdyż bohaterkami były grube panie, do których i ja niewątpliwie się zaliczam. Tak na marginesie to dawno się nie ważyłam ;-) ale po ubraniach sądzę, że na pewno siódemka z przodu; nie jest zatem najgorzej. Wracając do programu – rozbawiły mnie chłopaczki z widowni, którzy na pytanie, czy podobają im się puszyste kobiety, odpowiedzieli że nie, bo takie panie rzadko się myją.
Raz, dwa, trzy: aplauz.

Jutro wyjazd. Nie bardzo mi on na rękę akurat teraz. Ale z drugiej strony to, że mało zarabiam nie musi oznaczać przecież, że mam zamknąć się ze własnych czterech ścianach. Mam przeczucie, że będzie fajnie. I koniec, i kropka.

W pracy, hm… Bałagan. W przyszłym tygodniu zmieniamy siedzibę. A 8 czerwca kończy mi się umowa. Mam mieszane odczucia, uczucia i zatrucia. Que sera, sera.

Dziś zagram w totka. Chciałabym uszczknąć coś z puli 10 milionów. Przypomniały mi się stare radiowe czasy i rekordowa pula bodajże 18 milionów – zrobiłam wtedy fajny reportaż, rozmawiałam z ludźmi stojącymi w gigantycznej kolejce w kolekturze ;-)
Na co przeznaczyłabym wygraną? Po pierwsze: spłaciłabym długi W. Po drugie: dałabym siostrze tyle pieniędzy, żeby mogła przestać być w końcu zależna od męża i od niego odejść. Po trzecie: pomoc teściom. A dla mnie małe żółte autko, kilka par okularów + szkła kontaktowe, laptop, wyprawa za koło podbiegunowe… I może wystarczyłoby na rozpoczęcie budowy domu… naszego domu… ech… rozmarzyłam się ;-)

A w sumie to forsa nie jest najważniejsza. Jestem (jeszcze) młoda, w miarę zdrowa (w każdym razie nie umierająca), mam pozytywne nastawienie do świata (to moje największe zwycięstwo!) i Mężczyznę, który mnie kocha i zapewne kochać nie przestanie. Czego chcieć więcej?
(kończę tę notkę, zanim przyjdzie mi do głowy litania rzeczy, których mogłabym jeszcze chcieć).

CZYTAM: Proust.
SŁUCHAM: stare T.Love, Ognie św. Elma, Depeche Mode.
JESTEM: optymistką. Tzn. wmawiam to sobie ;-) i coraz częściej działa!

przeganianie wołów do Norymbergi

Uwaga, teraz będę przeklinać.
O kurwa, kurwa.
O żesz kurwa, kurwa, kurwa.

Po raz kolejny boleśnie przekonałam się o trafności mojej dewizy życiowej, która brzmi „umiesz liczyć – licz na siebie”. Niestety. W tak zwanych trudnych chwilach (a niemało ich wczoraj przeżyłam) nie było przy mnie NIKOGO.
W. planował już wcześniej, że zostanie na noc w pracy (poza Warszawą), aby jak najszybciej skończyć. No dobrze. Wysłałam Mu esemesa z gorącą prośbą żeby jednak wrócił, że potrzebuję GO jak nigdy dotąd. Odpisał, że bardzo żałuje itepe, ale nie ma pieniędzy na bilet powrotny. No cóż. Po pracy zadzwoniłam, błagałam niemalże żeby pożyczył od kogoś te kilka złotych i przyjechał do mnie. Odpowiedź: nie, bo nie. Że pieniądze mógłby pożyczyć, owszem tak, ale nie przyjedzie.
Okej, niech tak się stanie (i się stało). Tyle że ja – durna baba – byłam na każde JEGO wezwanie, rzucałam wszystko, brałam ostatnie pieniądze, wsiadałam w pociąg i za kilka godzin mógł mi już płakać w rękaw. Odkąd mieszkamy razem, tym bardziej może na mnie liczyć. Bez komentarza.

Radziłam sobie zatem sama. Nic to dla mnie nowego. Wiedziałam, że muszę koniecznie się czymś zająć, bo oszaleję. A zatem przez całe popłudnie bawiłam się w informatyka, to znaczy usuwałam stare oprogramowanie w komputerze gospodyni i zakładałam nowe. Nie chcę zapeszać, ale chyba się udało. Dziś sprawdzi to osoba bardziej kompetentna niż ja (nio, trudno znać się na komputerach mniej ode mnie…). Wieczorkiem solarium (po raz pierwszy od sześciu lat), w domu dwa piwka i markowanie snu. Rozmyślałam. Niewesołe to były myśli… Jedna z moich bardziej koszmarnych nocy.

Dziś staram się uspokoić. Wyciszyć. Zaciskam zęby i udaję szczęśliwą. Nie dam się zgnoić. Już nie.

A na eliminacjach byłam gwiazdą. Bez dwóch zdań. Test – podpowiadałam wszystkim dookoła. Nawet dziękowali ;-) Rozmowa z jakąś ważną blondynką krótka i treściwa. Przegadałam panienkę i rozśmieszyłam do łez. Najlepsze było to, że w ankietach podkreślałam, że jestem chorobliwie nieśmiała… Ech – jak inaczej wyglądałoby moje życie, gdybym na co dzień była taka pewna siebie, dowcipna, elokwentna!!!
Teraz czekam na telefon. Nio bo kogo mieliby przyjąć, jeśli nie mnie?
(buahahahahaha)

CZYTAM: „A l’ombre des jeunes filles en fleurs”
NIE SŁUCHAM: Trójki. Zeszła na psy. A psów nie lubię.
NIENAWIDZĘ: plotkarstwa, obłudy i wszystkiego, co się z tym wiąże.
NIE JESTEM: już zła na NIEGO, chociaż powinnam. Dostanie dziś ode mnie ogromnego buziaka na powitanie!

DOPISEK ŚRODOWY:
Wiem, że tak dalej być nie może.
W portfelu ostatnie 10 złotych. Na złość wszystkiemu i wszystkim wydam je na solarium.
Ciekawe, skąd wezmę fundusze na Kraków i Chorzów.
Utrzymywanie faceta już mi się znudziło.
Dziwnym trafem ja nigdy nie byłam na JEGO utrzymaniu. Nawet gdy pracowałam za darmo. Nawet gdy nie pracowałam.
Szukam sponsora???

SŁUCHAM: czerwonej płyty AYA RL, ze szczególnym uwzględnieniem utworu „Wariant C”.
JESTEM: zakochana, ale – powtarzam – ileż można???

Dumna z NIEGO jestem i koniec, i kropka. I wykrzyknik!

Po piąte: a niech gadają. Że zdanie matury w słusznym wieku lat dwudziestu siedmiu (i to za drugim podejściem) nie świadczy najlepiej o poziomie zdającego. Że w tym wieku można się co najmniej trzech fakultetów tudzież dwóch doktoratów dochrapać.
Taak, na pewno. Zwłaszcza jeśli pochodzi się ze wsi popegeerowskiej, z biednej rodziny, w której większość pieniędzy przeznacza się na leczenie ułomnego brata. Jeśli jest się na własnym utrzymaniu od 15 roku życia. Jeśli nikt w rodzinie nie ma nawet średniego wykształcenia. Jeśli pracuje się po 16 godzin dziennie (za pieskie pieniądze) i wolne są jedynie niektóre niedziele – naprawdę nie ma wtedy czasu na naukę!
Jeśli ma się ambicje. Jeśli wyznacza się jakiś cel i do niego dąży. Jeśli ma się wsparcie w drugiej połówce (a co, też mam jakieś zasługi – JEGO poprzednia narzeczona skończyła ledwie podstawówkę, dalej uczyć jej się nie chciało i otwarcie śmiała się z JEGO planów nauki – a jednak był z nią ponad rok, hm…). Jeśli chce się chociaż w ten sposób sprawić, by zaakceptowała GO moja rodzina…
…wtedy zdaje się tę cholerną maturę, JEGO mama płacze z radości, a ja – cóż ja? Jestem dumna.

Najważniejsze jest to, że zaliczony „egzamin dojrzałości” naprawdę sprawił, że Moja Cholera dojrzewa. Wystawiam MU ocenę celującą za zmianę stylu życia, za opiekę nade mną i za ten cudowny uśmiech, który coraz częściej gości na JEGO twarzy!

W. planuje teraz rozpocząć studia w październiku – oczywiście jeżeli stan naszych finansów pozwoli na to. Właściwie to na studia miałam iść w tym roku ja, ale znów się to przeunie w czasie. Powód od zawsze ten sam: nie wiem, czego chciałabym się teraz nauczyć. Wystarczy, że skończyłam już jedne studia po to tylko, żeby mieć jakiś tam papierek. Poczekam. „Na dzień dzisiejszy” waham się pomiędzy politologią, doradztwem podatkowym, prawem międzynarodowym, rachunkowością i dziennikarstwem. Chyba wystarczy??? Daję sobie zatem na wstrzymanie ;-)

W moich oczach chińska flaga. Usta otwarte. Ziewam.
Wtorek – opijanie matury w zaciszu nasezgo pokoiku, prawie do rana.
Środa – „Troja”, seans o godzinie 21. Myślałam, że ten film jest krótszy. Ogólnie mile się rozczarowałam, dobry film, chociaż z prawdą historyczną (czy też mityczną) ma niewiele wspólnego. W domu byliśmy po północy, jeszcze długo nie spaliśmy, nawijałam o zmarszczkach Brada Pitta, gołej klacie Orlando Blooma i niewątpliwej urodzie odtwórcy Hektora.
Zostałam w końcu uciszona (no… nie całkiem uciszona…) tym najlepszym ze sposobów ;-)
Czwartek – do późna w noc próbowałam ratować komputer gospodyni, niestety skończy się pewnie na zainstalowaniu nowego oprogramowania. Wypiłam przy tym trzy piwka. Nieźle. I w JEGO ramionach reszta nocy…
Dziś natomiast czeka mnie sprzątanie, pranie itepe. Sama przyjemność!

A jutro mam eliminacje do „Najsłabszego ogniwa”. Jakieś dwa miesiące temu rozwiązałam test (proścoutki) na stronie internetowej tego programu i całkiem o nim zapomniałam, a tu kilka dni temu dostałam telefon z zaproszeniem na eliminacje. Trzymajcie zatem kciuki za Arietkę!!!

CZYTAM: nadal Swann.
SŁUCHAM: Radio 94, a gdy muzyka wkurza już W., przełączam na Gold FM.
NIENAWIDZĘ: Simpli (coraz bardziej) i byłego szefa (zastanawiam się nad pozwaniem go do sądu).
JESTEM: człowiekiem. A jednak wiele jest mi obce…