Archiwum dla Czerwiec, 2004

kocięta i szczenięta

Kto by się spodziewał, że moje powodzenie – pożal się Boże – u płci przeciwnej zacznie mnie męczyć. A jednak. Pojęcia nie mam, co wstąpiło w facetów. Do „sympatii”, jaką od dawna darzą mnie panowie w stanie nie pierwszej trzeźwości jestem przyzwyczajona, umiem z takimi gadać, a na poważniejsze zaczepki (średnio co drugi dzień się zdarzają) nie reaguję. To najlepsza metoda. Ale od jakiegoś czasu nie mogę spokojnie przejść ulicą bez komentarzy (miłych, żeby było zabawniej) dotyczących mojej skromnej osoby. I żeby na komentarzach się kończyło… Propozycje mniej lub bardziej niemoralne też padają, a jakże. Śmieszyło mnie to dotychczas. Przypominam sobie małą biedną Arietkę z czasów podstawówkowo-licealnych, pewną na sto osiemdziesiąt procent, że pies z kulawą nogą na nią nigdy nie spojrzy, a co dopiero Mężczyzna z Krwi i Kości ;-) No cóż. Późno to późno zaczęli spoglądać, ale jak intensywnie… a gdy sobie pomyślę, że kobiety w mojej rodzinie najładniej wyglądają po trzydziestce… hmmmmmm… Ale to chyba nie tylko o wygląd chodzi. Idąc ulicą SPRAWIAM WRAŻENIE bardzo pewnej siebie. Koniec z podziwianiem dziur w chodniku. Głowa do góry, głowa do góry! I uśmiech, chociaż nie do smiechu mi wcale. Albercik… to działa…

Wracając jednak do problemów. Otóż mam nadal kontakt z byłam. Tzn. on pisze esemeski (takie ładne jak kiedyś…), próbuje dzwonić, ale go zbywam… i koniecznie chce się ze mną spotkać. I pomysleć, że ja NAPRAWDĘ PRZEZ POMYŁKĘ puściłam do niego sygnał wtedy w Krakowie… A spotkanie jest chyba nieuniknione. W godzinach popołudniowych oczywiście. Może „w cztery oczy” zrozumie, że nie ma absolutnie żadnych szans na cokolwiek między nami i da sobie spokój… Chociaż miło jest takie esemeski otrzymywać, nie powiem że nie! Zwłaszcza że Mój Osobisty Mężczyzna staje się coraz mniej romantyczny. No tak – kto z kim przestaje… Przecież jestem solą ziemi, prozą życia! Były o tym nie wie ;-) W każdym razie już kilka razy było blisko, żeby W. przeczytał esemesa… ech… Śliska sprawa. Muszę to zakończyć jak najszybciej.
Poza tym wymieniam maile z niedoszłym. To jeszcze zabawniejsza historia. Rzeczony „niedoszły” to sprawa toruńska, a zatem też long, long time ago. Kolega Gosi (mojej przyjaciółki i współlokatorki) oczywiście – i oczywiście nie mógł się zdecydować, którą z nas woli. Coś z Gosią kombinował, nie wyszło. Napisał do mnie maila w marcu, będąc pewnym że pisze do niej własnie ;-) Odpisałam uprzejmie, wyprowadzając z błędu… natychmiast kolejny mail z dokładnym opisem mojego wyglądu, przypomnieniem jakichś naszych spotkań i pytaniem „czy to ty”. No jasne, że ja. I tak sobie pisujemy teraz. Od razu uprzedziłam, że Warszawa, narzeczony itede, itepe. Nic z tego nie będzie, wiem. Żadnych nadziei mu nie robię. Ale popisać miło.

Skoro już wspomniałam o Toruniu… Spytacie, co z moją depresją? – a dziękuję bardzo, dziękuję, miewa się nieźle. Zwłaszcza po weekendzie. Cały piątek siedziałam w pracy jak na szpilkach. Już na stacji PKP Toruń Główny łezka mi się w oku zakręciła. Wieczór „Pod Aniołem” – nadal świetny klimat. Zawsze pozostanie moim ulubionym lokalem… Spotkanie z NIM tam właśnie… jak pierwszy raz… Noc nad Wisłą… całował mnie jak pierwszy raz… Niesmiało zaczynamy snuć wizje powrotu. Przecież w Warszawie w sumie nic się nam nie układa – ani zawodowo, ani „osobiście”. Ale z drugiej strony przecież wyznaję zasadę „powrotów nie ma”. Bo taka jest prawda. Nawet jeśli osiądę na stałe w Toruniu, to już nie będzie Toruń moich wspomnień. Moich najpiękniejszych (pomimo wszystko) lat.

CZYTAM: bardzo mało. Kilkanaście stron Prousta przed snem plus gazety. Zmęczenie robi swoje.
SŁUCHAM:
1. Ania Dąbrowska: „Charlie Charlie”. Tylko się nie śmiejcie! skoro w pracy nonstop ESKA nadaje, to jakaś piosenka musiała mi się spodobać. Ale szybko mi przejdzie.
2. Lady Pank: „Stacja Warszawa”. Ma coś w sobie ta piosenka, oj ma…
JESTEM: no właśnie, proszę państwa, kim ja własciwie jestem???

I want more!

Sine cienie pod oczami, których nie mogę ukryć pod coraz mocniejszą warstwą fluidu.
Smętnie opuszczone kąciki ust, nie reagujące na próby podniesienia konturówką.
Codzienne bezmyślne stanie przed szafą, wybieranie ubrań w jasnych kolorach, aby przynajmniej sprawiać wrażenie radosnej.
Lustro odwrócone taflą do ściany.
Bezsenne noce, chociaż jestem fizycznie i psychicznie na skraju wytrzymałości. A może właśnie dlatego. Widocznie na sen też nie mam już sił.
Niepokój, nie dający się już ukoić w JEGO silnych ramionach.
Niesamowite doznania płynące z seksu. Jak nigdy.
Minimum jedno piwo dziennie.
Dobra mina do gry niewątpliwie złej.

A zatem, proszę państwa, witamy ponownie moją depresję. Chlebem i solą. Butelką wódki. Fajerwerkami.

Zgoła bez powodu. Ot tak sobie nadejszła wiekopomna chwila.

Czuję się dennie. Po prostu.

Holandia mnie zawodzi. Ale mam nadzieję, że awansują dalej. Chwilowo mam uraz do czeskiego piwa.

Dziś koncert Lady Pank
w „Parku”. Zaraz wychodzę. Mam nadzieję, że dadzą czadu.

W weekend wypad do Torunia. Chyba. Jak od kogoś kasę pożyczę.

Koniec, kropka.

DOPISANE W CZWARTEK:
O kurcze-blade-niedopieczone. Ale dali czadu. Najlepszy koncert LP, na jakim miałam okazję być. Zalali się w trupa. Do tego Borysewicz miał schizę podobną do mojej. „Sztukę latania” zagrali jako czwartą piosenkę – zazwyczaj nie grają wcale, albo dopiero przy końcu koncertu… Bawiłam się nieźle. Przyplątał się do mnie jakiś młodzieniec w czerwonej koszulce. Zdarza się. Nawet miły.
I gwóźdź programu: ostatni bis, piosenka „Znowu pada deszcz”. I faktycznie zaczął padać deszcz. Nie wiem, jakim cudem stać się to mogło akurat wtedy. Ogólny aplauz. Dla mnie mistrzostwo świata!
A mistrzostwo Europy dla Holandii :-)))

„Życie usiane jest cudami, których zawsze mogą spodziewać się ci, co kochają” (Marcel Proust)

Cytat optymistyczny, tak na siłę nieco wciśnięty. Największym cudem mijającego tygodnia jest fakt, że jeszcze żyję. Jedno słówko określenia: parszywy tydzień. Codziennie po 11-12 godzin w pracy. Dziś wyjątkowo osiem. Przychodziłam do domu, a pod drzwiami już czekali znajomi i nieznajomi z deklaracjami do wypełnienia. Jak ja kocham bycie księgową. Poza tym tłumaczenia na angielski sprawozdań finansowych, bilansów itepe, naszpikowanych wyrażeniami w stylu „rozliczenia międzyokresowe bierne”. A wszystko to, panie i panowie, za 1000 złotych netto miesięcznie. Umowa przedłużona na kolejne 3 miesiące. No more comment. W każdym razie jestem wykończona. Popołudniowych meczów nie oglądam, wieczornych właściwie też nie, bo po tylu godzinach przy komputerze oczka wysiadają… Na dodatek wczoraj „zrobiłam dobrze” Mojej Cholerze, to znaczy pozwoliłam MU ogladać film z Seagalem zamiast meczu Włochy-Szwecja. Generalnie nie przepadam za filmami akcji, a za Seagalem w szczególności, bo filmy z jego udziałem różnią się tylko tytułami ;-) Nio ale ON uwielbia takie rzeczy. Ja przysypiałam. Nie obejrzałam najładniejszego jak dotąd meczu mistrzostw. Wcale nie jestem zła ;-)

Sprawy sercowe… hm… nawet nie miałam czasu o nich mysleć. Późne powroty (ON wracał około 21), kąpiel, rzut oka (okiem?) na mecz i spać. Zastanowiłam się kilka minut temu nad komentarzem Femelle – no, nie jest chyba aż tak źle, co nie zmienia faktu, że mam poważne wątpliwości. Ale w sumie zawsze je miałam, nawet gdy wszystko układało się cudnie-świetnie. Na razie nie podejmuję poważnych decyzji. Żyję z dnia na dzień. Kocham GO. I tyle.

Postanowiłam wziąć się za siebie. Na wadze skromne, wręcz cnotliwe 75 kg, ale „schudły” mi głównie piersi, które i tak mam niewielkie. Dziś pierwszy raz od dawna biegałam. Kumpela mnie namówiła. Zawsze była świetną sportsmenką, a dziś zasapała się tak samo jak ja ;-) Spodobało nam się. Jeśli ktos chciałby nas pooglądać tudzież nam potowarzyszyć, zapraszamy na Wolę – stadion Sarmaty i okoliczne parki.

A teraz szybki prysznic, ubrać się w coś, co nie spada z tyłka (to ta niekorzystna strona chudnięcia…), piwsko w jednej ręce, JEGO ręka w drugiej ręce i idziemy do kumpeli od biegania oglądac mecz Holandia – Czechy. Dla niezorientowanych – kibicuję HOLANDII od Mistrzostw Europy w 1988 roku. Chociaż do Czech i Czechów mam ogromny sentyment… wiele pięknych wspomnień… Ale w piłce tylko Holandia!