Archiwum dla Lipiec, 2004

krótko

1. Zła Nowina znienacka zapukała do drzwi :-(
2. Obijałam się cały tydzień w pracy jak dzika świnka. Dostanie mi się w poniedziałek.
3. Kupiliśmy autko. Dziś jedziemy nim na Pomorze do teściów :-)
4. 12 sierpnia jadę do Krakowa na nagranie „Najsłabszego ogniwa”.
5. W poniedziałek mam „randkę” z Panem Eksem od ładnych esemesów.

good vibrations

Pozostaje poza zasięgiem możliwości mego skromnego umysłu wyjaśnienie faktu, że – pomimo słodkiego rozleniwienia, wciąż drżącego ciała i myśli zaprzątniętych wspomnieniem upojnego poranka oraz oczekiwaniem na jeszcze wspanialszy wieczór – jakoś udaje mi się dziś wypełniać obowiązki zawodowe. Może jednak nie jestem aż taka głupia, jak mi się (zwłaszcza ostatnio) wydaje. To znaczy i tak wiele nie robię. Skończył się tusz w drukarce, nowy dostarczą jutro, a ja mam kilkaset stron różnych wydruków do wykonania :-( Zaraz zacznę się snuć po pokojach jak – za przeproszeniem – smród po gaciach. Dobrze powiedziane, zwłaszcza że dziś śmierdzi u nas w biurze siarkowodór. Nikt nie wie, dlaczego.

Kilka scenek rodzajowych z ostatnich dni. Fakty jak najbardziej autentyczne.
I. Skrócona instrukcja korzystania z wagi łazienkowej, made by Arietta:
1. Podejść do wagi (pełna nadziei, wszyscy wokół pieją jak to ja schudłam).
2. Stanąć na wagę.
3. Spojrzeć na licznik.
4. Zmarszczyć brwi.
5. Spojrzeć na licznik raz jeszcze.
6. Zakląć szpetnie.
7. Zejść z wagi.
8. Kopnąć wagę (z całej siły – a siłę w nogach to ja mam sporą, swego czasu na siłowni wyciskałam 120 kg).
9. Syknąć z bólu.
10. Oddalić się krokiem niepewnym z bardzo smutną miną.
Wskaźnik ani drgnął od trzech tygodni, a właściwie od dwóch miesięcy. 75 kg jak w mordę strzelił i nie ma zmiłuj. Wrrr. I niech to wystarczy za komentarz.

II. Zmysły precz!
Czasami jestem uparta jak oślica, która niestety nie ujrzała anioła. Od dawna miałam grzeszne myśli dotyczące seksu w plenerze. Wolno mi, a co! Tyle że niełatwo było mi przekonać Moją Cholerę. Zresztą okazji jakoś nie było (a jak ma być, skoro ON dzień w dzień wraca z pracy około 21-22). Na wsi też ciężko pracował (hehe, chciał się teściom przypodobać…). Ale i tak codziennie wieczorem wyciągałam GO na rower. Trasy niezbyt długie (po około 10 km ścieżkami daleko od szosy), ale zawsze coś.
Niedziela, po dwudziestej pierwszej. Jedziemy sobie nieśpiesznie żużlową dróżką. Dróżka odbijała w bok, na początek pola pszenicy. Zatrzymaliśmy się na skraju pola. Mieliśmy „obgadać” pewna ważną sprawę. Jakoś tak zrobiło się dość nastrojowo. Coraz ciemniej, cisza, spokój, gwiazdy na niebie, TY kochasz mnie, a ja CIEBIE ;-P Uznaliśmy, że ważna sprawa może poczekać. Pojawiła się inna, dużo ważniejsza. Poderwaliśmy się z ziemi, chwyciliśmy za ręce i pobiegliśmy jak szaleni daleko w pole. W celach wiadomych :-)
I wszystko byłoby zapewne cudnie-świetnie, jakby odbyło się szybko. Ale nie. No bo niby nie było potrzeby się spieszyć. Moja Cholera najwyraźniej zapomniała o wszelkich swoich zahamowaniach i obawach. Zatracił się całkowicie w miłości. Natomiast ja… no cóż. Jednym słowem spieprzyłam sprawę. Nie żebym nagle zaczęła się wstydzić czegokolwiek czy bać, że nas ktoś odkryje. Otóż w kluczowym momencie zaczęłam bać się o pozostawione przy drodze rowery. Że ktoś je ukradnie. Obawa była zgoła iracjonalna. Żywej duszy dookoła nie było – to raz. Rowery przeżywają swoją kolejną młodość (jeden ma lat 13, drugi 10, oba w ciągłej eksploatacji) – to dwa. No ale kolejny raz mój cholerny rozsądek wygrał z uczuciami. A już histerii niemal dostałam, gdy usłyszałam warkot traktora. Teraz to już byłam pewna na sto ileś tam procent, że traktorzysta połakomi się na nasze rowery. Zerwałam się jak oparzona, narzuciłam byle jak ubranie i rzuciłam się na ich ratunek…
Dziś się z tego śmieję, ale wtedy mi nie do śmiechu było wcale. JEMU też. No bo kobita najpierw głowę suszy o seks na łonie natury, a potem sama wszystko psuje ;-)
Jak widać niełatwo jest NIE BYĆ romantyczką.

III. Rodzina, ach rodzina…

Wróciłam w poniedziałek, ON jeszcze został. Roboty było dużo. Miał wracać dopiero dziś, ale – jak to powiedział wczoraj przez tel. – nie przeżyłby jeszcze jednej nocy beze mnie. Moim zdaniem raczej nie przeżyłby jeszcze jednej nocy w towarzystwie moich rodziców ;-)
Zjawił się zatem około północy. Uśmiechnięty od ucha do ucha. Wycałował na powitanie, po czym stwierdził bardzo zadowolony, że moi rodzice nareszcie traktują GO jak zięcia. Spytałam, dlaczego. Odpowiedź: „Szkoda kochanie, że nie słyszałaś, jak dzisiaj na mnie nakrzyczeli! Nawet na Ciebie nigdy się tak nie drą!”
Nic dodać, nic ująć.
Przyjęty do rodziny. Hłe, hłe, hłe.

Poza tym moja cyklofrenia (czy jak jej tam) ma się jak najlepiej. W niedzielny wieczór napad torowego szaleństwa. Między stacją Warszawa Wschodnia a Warszawa Centralna wychyliłam się maksymalnie z okna, machałam rękami i śpiewałam – najpierw „Into the groove” Madonny, później „Shoop shoop song” Cher. Współpasażerowie przygladali się mi ze zgrozą.
Kocham pociągi!
Natomiast wczoraj dół. Fizyczny. Opadał ze mnie stres związany z proszeniem rodziców o pożyczkę (udzielili nam jej, ale ile się wstydu najadłam, to moje). Bolało mnie dosłownie wszystko i nic – nawet JEGO starania – nie pomagało. Dobrze, że udało mi się zasnąć…
A o poranku wspomniałam na początku :-)

Wieczorem idziemy oglądnąć samochodzik. Strasznie drogi – kosztuje 4900, a pożyczyliśmy 5 tysięcy tylko ;-) No nic. Zobaczymy.

CZYTAM: Na wsi książki mamy – „Aniołka” śp. Beaty Pawlak i opowiadania… oj, nie jestem pewna nazwiska autora… Włodzimierz Kowalewski bodajże. Niezłe. Lekki nawrót wiary w polską literaturę współczesną.
SŁUCHAM: w niedzielę w podróży Depeche Mode. Po raz kolejny urzekł mnie utwór „A question of lust”. Wsłuchałam się w tekst – jak bardzo te słowa oddają istotę mojego związku z W.! Szkoda, że ON prawie nie zna angielskiego…
JESTEM: podniecona. W każdym znaczeniu tego słowa.

22 lipca… co zrobić z tym dniem???

Echa Listy Przebojów Trójki. Nie słucham od kilku miesięcy już…

Dzień w pracy już się skończył. Tydzień też. Przede mną dwa dni urlopu, a cieszę się, jakby to były dwa miesiące ;-) Dodajmy, że cały dzień jutrzejszy spędzę w przebrzydłym mieście Lublinem zwanym, latając jak kot z pęcherzem od jednego lekarza do drugiego. No cóż, co roku mam takie atrakcje. Trzymajcie kciuki, żeby mi się wszystko udało załatwić w jeden dzień… Jeśli tak, to sobotę, niedzielę & znaczną część poniedziałku spędzę BYCZĄC SIĘ (jakem KOZIOROŻEC) na wsi. Słoneczko (oby!), rowerek, ewentualnie kosiarka do trawy (:-P), owoce, warzywa, kwiaty, pole, las – generalnie łono natury (o właśnie… marzy mi się seks w plenerze… dawno już „tak” nie było). I – niestety – poważna rozmowa z rodzicami odnośnie pożyczki na samochód. Już się boję. Naprawdę. A ON boi się jeszcze bardziej…

Ostatnie dni całkiem przyjemne. Nie licząc może wczorajszego totalnego przemoknięcia. To się nazywa mieć szczęście. Ulewa dopadła mnie niedaleko mojego biura (wracałam „z trasy”), ale te kilka minut wystarczyło. Powiem tylko tyle, że owinięta ręcznikiem i z mokrymi włosami wyglądałam wielce seksownie. Dobrze, że akurat żaden klient do mnie nie przyszedł ;-)

Z W. bardzo dobrze. Urocze wieczory. Poniedziałkowy w domu, wtorkowy na Starym Mieście, środowy w parku. Śpimy po około 5 godzin. Mnie wystarczy, ale dla takiego śpiocha jak ON to stanowczo za mało. Ale skoro woli spędzić trochę czasu ze mną… bardzo mnie to cieszy!

Własnie dostałam esemeska od NIEGO. Napił się soku z osą. Osa oczywiście użądliła GO w podniebienie. Jak to dobrze, że nie jest uczulony! – ja w takim przypadku pewnie bym się udusiła… Wystrzegam się os!

Wracając do moich perypetii (ha, wyłazi mój egoizm!)… w sumie nic wielkiego się nadal nie dzieje. Biegam codziennie i naprawdę zaczyna mnie to wciągać. Jutro sprawdzę, czy widać jakieś efekty na wadze ;-) Aha, słynną krótką spódniczkę z poprzedniej notki kupiłam dwa tygodnie temu. Rozmiar 40. Mocno przyduża w pasie, lekko przyduża w biodrach, ale przez uda ledwo przechodzi, więc mniejszej kupić nie mogłam. W każdym razie to i tak nieźle, zważywszy że większość ubrań mam w rozmiarze 42, a nawet 44 (które teraz ze mnie spadają). Nie jest źle. Jeszcze niedawno marzeniem była siódemka z przodu, a teraz chce mi się już szóstki (na wiosnę 2000 roku ważyłam 68 kg, dzięki diecie piwno-dyskotekowej).

Co do przyszłości – tylko kilka myśli jak na razie. Czyli studia podyplomowe odkładam na następny rok (ale mobilizuję W., żeby ON w tym roku studia zaczął). Chciałabym za to pójść na kurs francuskiego na jesieni. Tyle że powinnam sporo powtórzyć do tego czasu, a mnie się nie chce najzwyczajniej :-( Praca – umowę mam do 9 września, jeśli zaproponują mi przedłużenie bez podwyżki, to odchodzę. Mam duże szanse dostać się do Bardzo Poważnej Firmy, o której pisałam tutaj). Jest kilka „ale” jednak. Pieniądze wcale nie takie duże (chociaż bez porównania z tym, co zarabiam teraz), praca po 12 godzin dziennie (to mnie akurat nie przeraża) w stresie i „na beczce prochu”. No i rewelacja najnowsza. Świat jest mały. Kilka dni temu aplikowała do Tej Firmy żona Mojej Byłej Miłości. Jeśli obie byśmy się dostały, siedziałybyśmy w jednym pokoju. Sorry, ale to ponad moje siły. Wystarczyło mi przez pół roku znosić obecność innego mego byłego (Daniela – dawniejsi „sympatycy” tego bloga wiedzą, co to za paskudny typ) u boku współlokatorki mojej. Tfu!
Zbieram dokumenty do ministerstw. Pieniądze tam zadne, ale chociaż prestiż…

Boże! Jak ja się cieszę na ten weekend! Pomimo wszystko czuję kazdym fragmentem ciała i duszy, że będzie fajnie. I tyle :-)

CZYTAM: Proust i dla odprężenia po dniu pracy (a ostatnio ciężko było) pozycje kultowe, czyli po pierwsze „Autostopem przez galaktykę”, po drugie Adrian Mole.
SŁUCHAM: Kupiłam ostatnio za 3 złote świetną kasetę „do biegania”. Piosenki disco z przełomu lat ’80 i ’90. Ach, te dyskoteki w podstawówce ;-) Naprawdę super się biega przy takiej muzyce. Na co dzień ofkors ESKA w pracy (bleeeee), 94 poza pracą.
JESTEM: dzisiaj szczęśliwa. No… prawie. W sumie to chyba już nie wiem, co to szczęście.