Archiwum dla Sierpień, 2004

szewc zabija szewca, bumtarara-bumtarara!

Wisielczy humor tudzież pokręcona logika kierowała mną przy wyborze tytułu notki. Tok myślenia: tytuł piosenki grupy Siekiera – teledysk do niej kręcony był w rzeźni – a w rzeźni smutni panowie zajmują sie świnkami – świnka głównym elementem nowego wystroju bloga, którym się wciąż nacieszyć nie mogę (przypominam, że jest to dzieło Femelle). Właśnie się zorientowałam (trzy tygodnie po fakcie, hłe hłe), że mój blog skończył trzy lata, niech zmiana image będzie zatem spóźnionym prezentem urodzinowym.

A swoją drogą rzeczone trzy lata minęły zatrważająco szybko. I pomyśleć, że tę stronę zakładała dwudziestojednoletnia studentka IV roku prawa w Toruniu, żyjąca głównie radiem, alkoholem i imprezami (w tej własnie kolejności), mająca permanentne problemy ze znalezieniem właściwego obiektu uczuć (a zatem zmieniająca facetów jak bieliznę osobistą), nie mająca trosk finansowych ani w sumie innych większego kalibru, z milionem pomysłów na życie… A dziś co z tamtej mnie pozostało? Ani ja prawniczka (tytuł mam, ale w zawodzie nie pracuję), ani z Torunia, ani radiowiec, imprezy coraz rzadziej, upijam się śmiesznie małą dawką procentów, obiekt uczuć niekoniecznie właściwy, ale ten sam od już prawie tysiąca dni, klepię biedę, pomysłów na życie zero. I co w związku z tym? Powiesić się mam? Nigdy w życiu!!!

Nie mogłam wczoraj zasnąć… Ballady na MTV Classic, później Tamerlane, Marek Biliński, Jean-Michel Jarre…. Nie uśpiła mnie nawet świadomość faktu, że muszę zerwać się z łóżka o barbarzyńskiej godzinie piątej minut czterdzieści pięć. Pustka w głowie spowodowana natłokiem tysiąca myśli. Ech, czasem chciałabym mieć taką melodię do snu jak Moja Cholera ;-)

Jutro moja pensja wpłynie na konto. W tym miesiącu nie wystarczy nawet na opłaty (zabraknie około 150 zł). Sami jesteśmy sobie winni – za dużo korzystaliśmy z telefonów komórkowych, zwłaszcza W. Miałam zacząć od września studia czy chociaż kurs francuskiego – no cóż; zresztą W. też miał studia zacząć… Cholera, mam gdzieś takie życie. Czy to jest w ogóle życie, do kurwy-nędzy-wędrowniczki?! Nio wiem, że kiedyś tam będzie lepiej, bo być musi. Tyle że tracę młodość na szukanie sposobu, jak wiązać koniec z końcem. Tych lat nic mi już nie wróci, podobnie jak „lat dziecinnych” – jak już nieraz pisałam, dzieciństwa to ja de facto nie miałam. Uśmiecham się do wszystkich i głowę noszę wysoko, ale jest mi ciężko. Bardzo.

Dla odprężenia kilka migawek z weekendu.
„A więc” najpierw była podróż nocnym pociągiem, w niemal wyłącznie męskim towarzystwie. Zaczęło się od wymiany spojrzeń z kierownikiem pociągu (lat około 30, wygląd 7/10), później podejrzanie częste jego wizyty w moim przedziale, gadka o wszystkim i o niczym… Gwoździem mojej czterogodzinnej jazdy był jednak spadek z półki walizki ważącej 24 kg (!!! – nalepka z samolotu pokazywała wagę walizy dobitnie). Walizka otarła się o mój nos, przekrzywiła okulary i zatrzymała na prawej stopie, na szczęście nie całym ciężarem. Przeżyłam chwile grozy. Właściciel walizki (po czterdziestce, ofkors podpity) zaczął mnie wylewnie przepraszać i w ogóle przykleił się do mnie jak rzep do psiego ogona. Pracuje w Anglii, jechał na kilka dni do rodziny. Przez cały czas nawijał mi makaron na uszy (a raczej bekon tudzież fish&chips), jak to w tej Anglii jest super-ekstra-bombiasto i żebym wyjeżdżała z tej (PIIIIIP) Polski jak najszybciej. Zakrawa na cud fakt, że nie zrobiłam temu panu krzywdy! Na temat mojego stosunku do wyjazdu z kraju obiecuję sążnistą notkę w najbliższym czasie.

Poza tym weekend udany. Sporo alkoholu, długie rozmowy z ciotką Anetą (najbliższą mi osobą w rodzinie W.), kilka sobotnich godzin nad brzegiem morza i JEGO dłoń w mojej dłoni nad grobem Piotra, który miał być świadkiem na naszym ślubie…

Dziś czuję się nieźle. Dźwięk budzika, rzut okiem na „drobny” bałagan w pokoju, uśmiech na wspomnienie wieczornych zdarzeń, które ten bałagan spowodowały…
A propos – CHIŃSKIE CIASTECZKO NA DZIŚ: „Zmysłowość nie jest zła, pod warunkiem że nie zaciemnia widoku cierpienia”.
Komentarzem do ciasteczka niech będzie krótki fragment z Lady Pank:

„Kiedy dotykasz mnie nic więcej się nie liczy
I nie mów nic – dobrze jest jak jest”


Bo jest dobrze.

prze-korn-ie

Achtung, achtung! Uwaga, uwaga! Attention, please! Wnimanje (czy jakoś tak!) Zwał jak zwał – UWOŻOJTA! Niniejszym oświadczam, że jeśli ktoś z Was łudzi się, że wśród moich rozlicznych talentów znajduje się również zdolność tworzenia takich szablonów – myli się potwornie. Autorką jest niejakaFemelle, przed którą chylę czoła i składam dzięki wielkie!!!
(skrzynka Martini będzie:-P)

A co mi tam! Będę zapewnie odszczekiwać to pod stołem, zanim jeszcze wyschnie atrament, którym te słowa piszę… Tfu, tfu, zanim się notka zatwierdzi, powinnam powiedzieć.
„To” brzmi: JEST MI DOBRZE. (podkreślenia znaczące). Wczytajcie się dokładnie w te słowa, bo zapewne nieprędko ponownie takie ujrzycie na tych szacownych łamach ;-)

Jest mi dobrze - bo nareszcie uporałam się z tłumaczeniem. Cudnie-świetnie! Oczywiście jak dziś skończyłam tę syzyfową pracę około południa, to byłam taka zmęczona, że już nic nie zrobiłam. A czym się zajmowałam od południa? Zerknijcie dokładnie tutaj – klik – na forum Gazeta.pl, najlepiej od razu na posty od 201, bo wcześniej mało się udzielałam. Mój nick to „ashton”. I wszystko jasne, zwłaszcza „korn” wyróżniony w tytule tej notki ;-)

Jest mi dobrze - chociaż okresu nadal nie dostałam (co mnie nie dziwi) i boli mnie biodro po bieganiu. Nie wiem dlaczego. Chodzę jak kaczka ;-) więc może biegam też jakoś dziwnie, obciążam tylko jedną stronę ciała… kto wie. W każdym razie biega mi się świetnie. Napotkani ludzie przyglądają mi się z uznaniem, ha! Powinnam już dawno wziąć się za siebie!

Jest mi dobrze - bo, tak jak napisała Smallangel – „czasem jedno małe słówko może wywołać ogromny uśmiech na twarzy, czasem jeden mały gest, jeden dotyk, jeden czyn… drobnostka, a tyle radości może przynieść”. I ja wczoraj doświadczyłam właśnie takiego małego szczęścia. Jedno spojrzenie (bardzo długie, fakt), jedno przytulenie, jeden pocałunek i tylko kilka słów. Nawet nie „kocham cię”, to byłoby zbyt banalne. O wiele bardziej dla mnie znaczące słowa.
I pomyśleć, że ja planowałam zakończyć nasz związek…

Jest mi dobrze.

ŚLEDZĘ:
relacje z igrzysk. Wczorajszy konkurs tyczki był świetny. A jakie ładne zawodniczki (no, oprócz srebrnej medalistki). Nie mogłam Mojej Cholery od telewizora oderwać. Aż z lekka zazdrosna byłam ;-) Dziś natomiast mecz siatkarzy z Brazylią (przegramy 0:3) i rewanż Wisły Kraków z Realem (przegramy co najmniej 0:3)
SŁUCHAM: „cóś mnie dziś wzięło” na Stare Dobre Małżeństwo… od powrotu z pracy słucham, słucham, słucham…
JESTEM: – po kryzysie porannoprzedpołudniowym – teraz spokojna.
CHIŃSKIE CIASTECZKO NA DZIŚ: „Bądź wolny od złudnych przeszkód i wyzwolony od lęku, który one rodzą, a osiągniesz najczystszą Nirwanę”

Nie bardzo jest.

Weekend minął. I to, że minął, jest jedynym jasnym jego punktem ;-)

Piosenka przewodnia: Cocteau Twins – „Pandora”. Od zawsze mnie uspokaja…

Piątek: nic nie jadłam przez cały dzień. Tak wyszło. A wieczorem upiłam się czterema piwami. Nigdy więcej picia na pusty żołądek! Poza tym kumpela stwierdziła, że jestem w ciąży… ładne cacko! Fakt faktem odstawiłam wszystkie leki, łącznie z tymi mające działanie antykoncepcyjne. Okres mi się spóźnia, ale to normalka w takich przypadkach. A w ogóle czuje się fatalnie bez leków. Zespuła mi się cera – no, to jeszcze można przeżyć. Wahania nastrojów – ewentualnie też. A w ciąży być nie mogę i koniec, i kropka! Bardziej stanowczej ode mnie na punkcie antykoncepcji osoby jeszcze nie poznałam ;-) Wracając do upicia się – zdychałam przez całą sobotę. Wieczorkiem zwlokłam sie z wyrka i zasiadłam do tłumaczenia (110 stron). Do trzeciej w nocy zrobiłam połowę. Niedziela również miło spędzona nad słownikami. Co z tego, że rozumiem każde słówko oddzielnie, jak razem wzięte nie mają najmniejszego sensu??? Dziś wrzucam wszystko do komputera. Jest fatalnie. Skąd ja mam znać się na angielskim finansowo-księgowym, nio skąd??? Zła byłam strasznie i warczałam na wszystko dookoła. Mojemu Mężczyźnie też oczywiście się dostało. Pracował całą sobotę i niedzielę. Aż mi GO szkoda było… Wczoraj wieczorkiem poszedł na piwo z kumplem, miałam iść z nimi, ale cholerne tłumaczenie… WRRRR! Pojechałam po NIEGO autkiem – jak fajnie się prowadzi, gdy nikt się na mnie nie drze! Wiem, że jestem kiepskim kierowcą, ale od wrzasku taty czy W. lepiej się jeździć nie nauczę ;-)
Coś jeszcze? Nio do zapomnienia dni po prostu. Wszystko – za przeproszeniem – chuj. Wyglądam podle i czuję się podle. Resztki optymizmu uleciały hen.
Aha – nadal mam ochotę na pizzę. Mieliśmy iść w weekend. Oczywiście nic z tego nie wyszło.
No dobra. Dość użalania się. Już nie smęcę.

OGLĄDAM: igrzyska. Coś cienko naszym idzie. Szkoda mi było wczoraj wioślarskiej czwórki, która przegrała medal o 0,07 sekundy. A ta ohydna zmutowana Chinka, której powinno się odebrać złoty medal w ciężarach, śniła mi się dziś w nocy! Obłęd w ciapki!!!
SŁUCHAM: od dziś w pracy Gold FM – kolezanka wielbiąca Radio ESKA na dwutygodniowym urlopie ;-) O właśnie, zdziwiłam się bardzo, gdy w GW ujrzałam ogłoszenie, że Radio ZET poszukuje DJ-a. Niestety de facto chodzi o gadającego prezentera, więc szans nie mam z moimi wadami wymowy, zresztą mikrofon mnie peszy. Co innego konsoleta…
JESTEM: zła bardzo. Ale liczę na udany wieczór z NIM…
CHIŃSKIE CIASTECZKO NA DZIŚ: „Mędrzec nie powie tak ani nie powie nie – i Ty miej szacunek dla zmienności”.