Archiwum dla Wrzesień, 2004

blog w roli wierzby

Codzienne notki… tak to u mnie nigdy nie było ;-) Ale sytuacja jest dość, że tak powiem, „awaryjna” i wolę wykrzyczeć się tutaj, niż męczyć-dręczyć koleżanki z sąsiednich biurek.

Wrr.
W r r r.
WRRRR.
W R R R R R.

To, co stało się dziesięć minut temu, określę mianem katastrofy, którą w dodatku sama na siebie sprowadziłam.
Ale po kolei.
Pamiętacie zapewne, że były szef jest mi winien pieniądze. Pracowałam dla niego 5 miesięcy, wynagrodzenie dostałam jedynie za dwa. 3 miesiące = 3 tysiące złotych. Od stycznia tego roku dzwonię do pana B. przynajmniej raz w tygodniu. Za każdym razem mnie zbywa. A ja mam miękkie serce (co widać… prawda?). W końcu Moja Cholera zatelefonowała wczoraj; B. chciał żebym dzisiaj to ja zadzwoniła i „się dogadamy”. Dzwonię zatem, przedstawiam się elegancko z imienia i nazwiska i rozmawiamy (zapis rozmowy w skrócie):
B. – A ile ja ci własciwie jestem winien?
D. – Trzy tysiące złotych.
(cisza)
B: – A nie oszukujesz mnie przypadkiem? Byłem pewny że dwa i tyle mam przygotowane.
D. (twardo jak nigdy) – Nie. Trzy tysiące.
(cisza)
B. – Hm… Ale ja naprawdę więcej nie mam! Umówmy się tak: jutro zadzwonisz do mnie, spotkamy się gdzieś na mieście, dam ci dwa tysiące i zakończymy tę przykrą sprawę…

…w tym momencie zrobiłam najgorszą możliwą rzecz, czyli „odłożyłam” słuchawkę z siłą wodospadu tudzież Mariusza Pudzianowskiego. Koleżanki z pokoju pospadały z krzeseł.

Następnym złym posunięciem był telefon do Mojej Cholery. Wykrzyczałam MU wszystko, powiedziałam że mam dość, że jakby ON normalnie zarabiał to nie robiłabym takich scen o „głupie” trzy tysiące, itede, itepe… Wysłuchał mnie spokojnie. Powiedział, że przez moje głupie zachowanie mogę już nigdy tych pieniędzy nie ujrzeć (racja!). Jedno dobre: bierze to na siebie. To znaczy, że gdy usłyszał, co mam ochotę zrobić panu B. (reasumując: B. nie wyjdzie stąd żywy – a Moja Cholera zna aż za dobrze moją ciężką rękę…), stwierdził że lepiej będzie gdy pogada z nim „po męsku”.
A teraz siedzę i się trzęsę.
Wściekłość skacze do gardła.

PO KILKU MINUTACH:
Już mi lepiej.
Niszczarka najlepszym przyjacielem człowieka.
Ponownie zadzwoniłam do NIEGO. Z przeprosinami. Jak zwykle zaaplikował mi dużą dawke energii. Pozytywnej energii.
O czym to ja pisałam w poprzedniej notce?Że telenowela pod tytułem „Pierwszy stały związek Arietty” zmierza ku nieuchronnemu końcowi?
Hola-hola.
Jeszcze nie teraz.
Scenarzyści – do roboty!

Mordka znów mi się śmieje. To dobrze.
Wieczór udany będzie, na pewno. Urodziny kumpeli. Wśród zaproszonych gości jest Moja Była Miłość… Cieszę się, że go zobaczę. Z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że oglądał mnie w TV – wpatrywał się we mnie maślanym wzrokiem. Stałam się jego idolką. Ha! Mam satysfakcję, jak by nie patrzeć.
On żonaty i dzieciaty, ja zaręczona.
Powrotów nie było, nie ma i nie będzie.
Ale lubimy ze sobą przebywać.
I pięknie jest.
Czasem tylko pomyślę „co by było, gdyby…”

CHIŃSKIE CIASTECZKO: „Nie da się kontrolować nadmiaru, tak i Ty staraj się pojąć tylko to, co możesz zrozumieć”.
Święta prawda.

(Anty)Baśń z tysiąca i jednej nocy…

…jako że dokładnie wczoraj minęło tysiąc dni od wiekopomnej (hłe, hłe) daty naszego poznania (a raczej Torunia). Się.

Tysiąc – to brzmi dumnie, jak by nie patrzeć (oczywiście nie mówię tu o żałosnym tysiącu złotych mojej pensji…). Prawie jak STO DNI Napoleona. Tyle że Napoleon po tych stu dniach wykombinował Waterloo. Cóż – u nas też o Jenie mówić nie można.

Tysiąc nocy… „Fizycznie” spędziliśmy razem może jedną trzecią tej liczby. Ale faktem jest niezaprzeczalnym, że w każdą z rzeczonych tysiąca nocy myślałam o NIM. Z pobłażaniem… ironią… szacunkiem… uśmiechem… troską… tęsknotą… MIŁOŚCIĄ wreszcie.

Czuję zbliżający się koniec już od jakiegoś czasu. Może nie tyle „czuję”, co uważam, że tak byłoby lepiej. Decyzja należy tylko i wyłącznie do mnie. Nie umiem (nie chcę?) jej podjąć. Dlatego właśnie chciałam się zeszmacić, mówiąc brzydko. Zdrada – i koniec. I to ON ze mną zrywa po „czymś takim”. Mea maxima culpa.

Piosenka z dedykacją. Leonard Cohen.

„Dance me to your beauty with a burning violin
Dance me through the panic ’til I’m gathered safely in
Lift me like an olive branch and be my homeward dove
Dance me to the end of love
Dance me to the end of love

Oh let me see your beauty when the witnesses are gone
Let me feel you moving like they do in Babylon
Show me slowly what I only know the limits of
Dance me to the end of love
Dance me to the end of love
me to the wedding now, dance me on and on
Dance me very tenderly and dance me very long
We’re both of us beneath our love, we’re both of us above
Dance me to the end of love
Dance me to the end of love

Dance me to the children who are asking to be born
Dance me through the curtains that our kisses have outworn
Raise a tent of shelter now, though every thread is torn
Dance me to the end of love

Dance me to your beauty with a burning violin
Dance me through the panic till I’m gathered safely in
Touch me with your naked hand or touch me with your glove
Dance me to the end of love
Dance me to the end of love”

Po miłości kres…

CHIŃSKIE CIASTECZKO: „Nie próbuj być mądrzejszy od Wszechświata, nawet on się zmienia by istnieć.”

ratuj mnie, jesienny mały Boże!

Jesienna deprecha.
Męczy mnie życie, wszechświat i cała reszta.

„A więc” swoich popisów telewizyjnych nie oglądałam i na razie oglądać nie zamierzam. Byłam w kinie („Złe wychowanie” – bardzo dobry film. O miłości, ech…), zmarzłam jak cholera (harcerskie pozdrowienia i „podziękowania” dla obsługi Kinoteki za włączenie klimatyzacji!!!), po seansie zamiast do znajomych na piwo skierowałam się do własnego łóżka. Spanie było problematyczne: dres i wełniane skarpetki nie zastąpią ciepła JEGO ciała…

W każdym razie dziękuję za wszystkie p o z y t y w n e opinie i proszę o więcej takich ;-) A na poważnie – hm, na poważnie tego wszystkiego nie traktuję. Jednorazowy wybryk natury.
Najlepsza jest notka o mnie na stronie internetowej programu, czyli tutaj. Ostatnie kilka słów (konkretnie o pracy) to nieprawda oczywiście. Nic takiego nie powiedziałam, hehe!
I jeszcze esemes, który otrzymałam od Mojej Cholery jeszcze w trakcie emisji programu (a jednak oglądał! ha!): „Wolisz nietoperze niż ludzi. Tak powiedział Paweł. A ja się z tym zgadzam”.
No cóż.
Też CIĘ kocham.
I koniec, i kropka!
Może jeszcze coś napiszę na wiadomy temat, gdy „się obejrzę”.

Poza tym… patrz na początek notki.
Nawet wstydzę się napisać tutaj o wszystkim, co działo się ostatnio między nami.
Jedno dobre: zdrady nie było i nie będzie. Co jak co, ale aż tak źle ze mną nie jest, żebym świadomie i dobrowolnie zrobiła z siebie dziwkę/sukę/kurwę/szmatę (niepotrzebne skreślić).
Ale te kłótnie (w sumie o nic) są co najmniej niepokojące. Co z tego, że ja gniewam się pięć minut, ON dziesięć – skoro w tak krótkim czasie zachowujemy się jak najbardziej prymitywne prymitywy, obrzucamy niewybrednymi inwektywami (to ON – chociaż nie wyzywa mnie konkretnie) lub – że tak powiem – tłuczemy, bo to jest coś więcej niż bicie (to ja). Po rzeczonych kilkunastu minutach płaczemy oboje, stwierdzamy że jesteśmy idiotami, zapewniamy o miłości itede, itepe. Cichych dni nie ma, zapamiętania w gniewie takoż.
Co nie zmienia faktu, że tak się nie powinni zachowywać ludzie dorośli, w miarę poważni, uważający się za kulturalnych (zwłaszcza ja) i inteligentnych (jak wyżej – qń by się uśmiał!)!!! Czy ktoś z Was mógłby to racjonalnie wytłumaczyć i łopatologicznie przedstawić?

Jadę dziś do teściów. „Niestety” nie nocnym pociągiem ;-) Po południu, z dwoma przesiadkami. Mam nadzieję, że włączą ogrzewanie w pociągach! Jesień mnie zaskoczyła. Negatywnie.

CHIŃSKIE CIASTECZKO:
„Zorzę widzi tylko ten, kto oglądał również mrok”.
Oby to była prawda.