Archiwum dla Październik, 2004

Nielogiczności, twe imię jest „Arietta” ;-)

Ewentualnie Doda-Elektroda, jak mnie ostatnio w pracy nazywają. Bleeee! Nie trawię tej panienki! Specjalnie oglądałam Narodowy Test Inteligencji, aby zobaczyć słynną Dodę w akcji. Niestety nie podano jej IQ. A szkoda. W każdym razie mina jednoznacznie wskazywała na utratę pewnoście siebie. A dobrze jej tak!!!

Wczoraj dzień nad wszystkie ostatnie dni pamiętny. Jednym słowem głupawka. W pracy buszowałam po Internecie (strony gejowskie itp.), gadałam z każdą z koleżanek o dupie Maryni (a gdzie moja nieśmiałość, hę?), ucinałąm sobie na gg pogawędki z dziesięcioma osobami na raz, piłam hektolitry herbat maści wszelakiej i – tradycyjnie – wykłócałam się z paniami z urzędów skarbowych, tym razem telefonicznie. O właśnie, nie wspominałam o środowej scycji z panią w urzędzie skarbowym Warszawa-Wola. Mniejsza o powód i przebieg. Zakończyło się na straszeniu naczelnikiem, trzaśnięciu drzwiami wyjściowymi i kopnięciu kosza na śmieci ze słowami „szlag by was trafił”. Chyba nie będę tam odtąd mile widziana ;-)
Siłownia po pracy – siódme poty i powłóczyste spojrzenia rzucane spod spoconej grzywki ku co przystojniejszym panom, a jakże. Wolno mi! Wieczór udany, pijący z lekka w nieco podejrzanym towarzystwie.
Sobota równie zakręcona. Jak świński ogonek.
Chodzę sobie po życiu i nareszcie nie narzekam na nie. Wręcz przeciwnie. A co mi tam. Bo żyje się raz, a potem tylko straszy. Może i straszę już za życia. To nic. Jest mi bardzo dobrze. Kasa to nie wszystko.
A najważniejsza jest miłość. No nie???

Brakuje mi tylko/aż zabawy. Wyjścia gdzieś, flirtu, adoracji ze strony pięknych nieznajomych. Po piątkowych notkach Filipiny stwierdziłam, że też tak chcę. I wstępnie umówiłam się na tańce-hulanki-swawole z najmniej lubianą przez „ogół” koleżanką z pracy. Kopię pod sobą dołek, możliwe. Przekorna jestem. Osobiście nic do dziewczyny nie mam, a ona poważa mnie bardzo. Więc… Strzeżcie się mnie!!!

Wybieram się jutro na Powązki. O ile tłumy mnie nie odstraszą. Oby nie. Grobów rodziny nie odwiedzam tym razem. Wybitnie nie mam ochoty na zjazdy rodzinne i pytania „kiedy wyjdziesz za mąż” czy „ile zarabiasz”. A co was to – do kurwynędzywędrowniczki – obchodzi! Pilnujcie własnego ogródka. Uprzejmnie proszę o niewrzucanie kamieni do ogródka mojego.

Piosenka przewodnia na najbliższe dni to oczywiście „51″ TSA…

Piosenka przewodnia – Turbo: „Jaki był ten dzień”

Nieco przekornie, bo przecież godziny popołudniowe dopiero mamy. Ale że notka zbiorczo traktuje wydarzenia ostatnich dni…

Powinnam zacząć od piątkowej imprezy i przepowiedni kumpleli – Pani Ambasador in spe – odnośnie przyszłych mężów/żon. Założyłam się z nią, że na pewno nie wyjdzie za mąż przed trzydziestką (zostały jej cztery lata), na co ona odwdzięczyła (hłe, hłe) mi się stwierdzeniem, że moim mężem na sto osiemdziesiąt procent zostanie W. Generalnie wypiłam za dużo na pusty żołądek i w sobotę czułam się fatalnie. Najlepsze było to, że miałam od dawna umówioną wizytę u rodziców. Zatem W. zapakował mnie do samochodu i powiózł. „Cześć mamo, cześć tato, zatrułam się, źle się czuję, muszę się położyć”. Spałam do wieczora ;-) Rodzice pierwszy raz widzieli mnie na kacu. Nawet mi się nie dostało, hm…
Jedno dobre: kac osłabił moje wspomnienia sprzed lat dokładnie dziesięciu. Poprzednia notka…

Niedziela: pogoda prześliczna wprost, polityka i newsweek. Kazimierz Dolny. Tłum ludzi i nas dwoje… I pięknie było.
Mniej pięknie wypadliśmy oboje w Narodowym Teście Inteligencji. Mój wynik: 51/65, czyli 118 IQ. Wyniku Cholery nie podaję – pierwsze JEGO słowa po poznaniu swojego IQ: „Tylko nie pisz o tym na blogu!!!” – w każdym razie chłopaczek podłamał mi się bardzo, chociaż wg mnie nie było wcale źle. Test był szurnięty, swoją drogą.

Poniedziałek: niewyspana do pracy, po pracy na siłownię… Przesadziłam z ćwiczeniami. Może nie tyle z ćwiczeniami, co z dostosowaniem pewnego przyrządu do własnych sił, co oznaczało zdjęcie z niego dwóch ciężarków o wadze 10 kg, dwóch 15 kg i trzech 20 kg tudzież przełożenie ich na stojak. Bo uwłacza mojej godności poprosić któregoś z panów o pomoc… Mięśnie brzucha nadwyrężyłam poważnie, ech. Moja Cholera bała się o mnie bardzo, troszczył się, itede, itepe. Cieszyłam się…

Wtorek. Środa. Do zapomnienia.
Stąd tytułowe Turbo…
…”nie skarżę się, że mam to, co mam, że przegrałem znów… że jestem znów sam…”
I jeszcze stara Budka Suflera – „północ, TY i ja, i kość niezgody… jak bezlitośnie zadrwił z nas ten, który wiedział…”.

Noc nie jest już Dobra.
Nie pozwala nabrać oddechu, by iść dalej.
Pomimo, że obok śpi ON.

Zmęczona jestem. Tu i teraz marzę o śnie. Ale prosto z pracy idę do banku. Rodzicom zachciało się zamienić obligacje na akcje PKO BP. Tylko dlaczego ja muszę to załatwiać, hę?
A w porze odpowiedniej zasnąć nie będę mogła.
Takie życie.

CHIŃSKIE CIASTECZKO: „Szum liści zwiastuje nadejście spokoju, jeśli go słyszysz…”

dwa serca, dwa smutki, dwa słowa, dwa światy, dwa okna, dwie daty

I dwie piosenki.

23.10.1994

„Prosisz mnie znowu… który to już twój list ?
By ci odpisać jeśli tylko bym mógł
Jakie postępy poczyniłem na dziś
W sztuce latania – najtrudniejszej ze sztuk ?

Co rano windą wjeżdżam prawie na dach
Jest tu w osiedlu taki najwyższy blok
Codziennie myślę – patrząc z niego na świat:
- Co będzie kiedy wreszcie zrobię ten krok ?

Ostatni krzyk – łabędzia nuta
I dalej nic w teatrze lalek
Ogólnie mówiąc: life is brutal
Poza tym wszystko doskonale

Wczoraj skoczyłem, miałem skrzydła jak ptak
Raz jeden w życiu każdy chyba to czuł ?…
Ktoś nagle krzyknął: Tak to każdy by chciał !
Coś pochwyciło i ściągnęło mnie w dół…

Ostatni krzyk – łabędzia nuta
I dalej nic w teatrze lalek
Ogólnie mówiąc: life is brutal
Poza tym wszystko doskonale”

(Lady Pank – „Sztuka latania”)

Potem jeszcze tylko fragment z Edyty Geppert – „włosy me pochwyci wiatr, dziesięć pięter i ciemność…”

***a jednak żyję***

23.10.2004

„Posłuchaj, porzucony przez nią
Nieznany mój przyjacielu
W rozpaczy swojej nie wychodź na balkon, nie wychodź
Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź, nie przychodź
Na smugę cienia nie wbiegaj
Zaczekaj, trochę zaczekaj!

Posłuchaj, porzucona przezeń
Nieznana mi przyjaciółko
W rozpaczy swojej nie wychodź na balkon, nie wychodź
Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź, nie przychodź
Na smugę cienia nie wbiegaj
Zaczekaj, trochę zaczekaj!

Przysięgam wam, że płynie czas!
Że płynie czas i zabija rany!
Tylko dajcie mu czas, dajcie czasowi czas.
Pozwólcie czarnym potoczyć się chmurom
Po was przez nas i między ustami
I oto dzień przychodzi, nowy dzień
One już daleko, daleko za górami!
Tylko dajcie mu czas, dajcie czasowi czas,
Bo bardzo, bardzo, bardzo szkoda byłoby nas!
Tylko dajcie mu czas…”

(Stare Dobre Małżeństwo – „Czas płynie i zabija rany”)

Nie wszystkie…