Archiwum dla Listopad, 2004

Genialność to moja specjalność.

Zastanawiałam się ostatnio nad założeniem nowego bloga. Ściśle „tematycznego”. Są blogi wierszokletyczne, fotograficzne, odchudzające, kochanków/kochanki z(a)liczające – i tak dalej. Natomiast mój byłby o soczewkach kontaktowych. Tak, proszę państwa. Mam te ustrojstwa od czwartku i problemami z nimi związanymi zadręczam wszystkich dookoła. „A więc” może bloga? Jestem pewna, że byłby popularny, hehe. mógłby się nazywać „kupilam-se-soczewki” na przykład. Już widzę oczami duszy szablon (made by Femelle oczywiście) z duuuużym zdjęciem soczewki na opuszce palca… Ale takowy blog nie powstanie. Niniejszy – pierwszy, jedyny i niepowtarzalny blog – i tak przypomina groch z kapustą w sosie własnym (i zasmażka!). Ostatnio stał się z lekka monotematyczny, więc ubarwijmy go walką z wiatrakami… tfu, z soczewkami.

CZWARTEK PO POŁUDNIU: nauka zakładania i zdejmowania pod okiem fachowców. Szło kiepsko. Bardzo.
PIĄTEK WIECZOREM: Cholera Moja Najukochańsza oglądała „Matrixa”, ja zakładałam soczewki. Oko prawe: pół godziny. Oko lewe: półtorej godziny. Jakim cudem nie rzuciłam tego w pizdu (za przeproszeniem), nie wiem. Chwała i cześć mi za to. W każdym razie gdy udało mi się założyć i próbowałam wstać – nie mogłam. Mięśnie miałam napięte do granic absurdu. Masaż pomógł… Po dwóch godzinach wyjęłam bez większych problemów…
SOBOTA PO POŁUDNIU: zakładam soczewki pod czujnym okiem, dobrymi radami i prawie wychodzeniu z siebieFemelle. Oko prawe: 15 minut. Oko lewe: 45 minut. W międzyczasie kilkakrotne zgubienie. Zostałam uznana za przypadek beznadziejny… Wyjęłam bez większych problemów.
NIEDZIELA PRZED POŁUDNIEM: jak wyżej. Oko prawe: 9 minut. Oko lewe: około 15 minut. Jest nadzieja. Wyjęłam też jakoś.
PONIEDZIAŁEK RANO: około 10 minut łącznie. Jeszcze nie wyjęłam.

Postęp jest, jakby nie patrzeć. A już sie bałam, że obchodzenie się ze szkłami kontaktowymi dołączy do czarnej listy rzeczy, których opanowanie jest poza moim zasięgiem, choćbym na uszach stawała (listę tę otwiera pływanie i język rosyjski). Może jednak nie. Ja stoję, ja tańczę, ja walczę!!!

Historyjka z talii kart (czytaj: poprzedniej notki) zakończyła się dobrze. Byłam dzielna i twarda do chwili, gdy zaprosił mnie na pizzę… Tak w ramach przeprosin. Cóż, wygląda na to, że niewiele mi potrzeba ;-) Pizza była smaczna, uśmiech uroczy, pocałunki słodkie, dotyk gorący…

A teraz miałam pisać o czymś ważnym. Niestety z powodu co najmniej dziwnych rozmów, jakie prowadzę od ponad dwóch godzin za pośrednictwem Gadu-Gadu, „coś ważnego” uleciało hen. Mam totalny mętlik w głowie.
(cytat przewodni: „poniżej pasa jest jakoś tak zbudowana, że musieliśmy z jakieś pół godziny pracować nad ułożeniem się”… ŻADNYCH PYTAŃ A PROPOS!!!)
Mogę położyć się do łóżka li i jedynie. I próbować zasnąć. Zasnąć bez NIEGO. Trzecią z kolei noc.

Byle do jutra…

Mam doła. Jakież to oryginalne.

Piosenka przewodnia jest tutaj, przy końcu notki znaczy się..

Zła jestem. Wczoraj nabyłam szkła kontaktowe, od tak dawna chciałam je mieć, a w końcu chyba wyrzuciłam kasę w błoto. Mam ogromne problemy z ich zakładaniem i zdejmowaniem. No nie wiem, czy wytrzymają przepisowy miesiąc ;-) Dziś natomiast kupiłam bluzkę… w typie tej z teleturnieju, hehe (czerwona i odsłonięte ramiona, seksowna wielce). Nie ma to jak koleżanki z pracy zamawiające w Bon Prixie. Często coś im nie pasuje, a pasuje na mnie akurat. Dwa tygodnie temu „przypasowała” mi bluzka biała dla odmiany, równie wielce seksowna. Fajnie jest się fajnie ubrać. Dla samej siebie fajnie. Li i jedynie.

Ech, ironia losu. W ostatniej notce broniłam Mojej Cholery jak lwica (a raczej Koziorożec…), a dziś… No, w sumie nic z obrony nie odwołuję. Tyle że się na NIEGO wkurzyłam dziś. Kropla, która przelała kielich goryczy. Niby nic wielkiego… Nie odpowiadam na esemesy z przeprosinami (tu ukłony w stronę stuprocentowej Ani, która od rana motywuje mnie do bycia twardą w tej kwestii).
Nie chce mi się nawet o tym pisać . Finito. Porozmawiam dziś sobie z NIM. Albo i nie… Wrócę późno (prosto z pracy siłownia), spróbuję założyć soczewki, zdenerwuję się zapewne…

I „Matrix” w TV. Nie oglądałam w kinie. Pożyczyłam kasetę video od Daniela… tak, tego Daniela! ale wtedy był już śmiertelnie zakochany w mojej współlokatorce ;-) W każdym razie zasnęłam oglądając. II i III część widziałam w kinie, nie zasnęłam, ale wynudzić się wynudziłam. Natomiast Moja Cholera ubóstwia ten film. Brrrrr! No cóż. Niech ogląda. A ja – poczytam Iwaszkiewicza. Po raz kolejny „Sława i chwała”, którą uważam za najlepszą polską powieść powojenną. Czytam powoli, jak na mnie… smakuję zwłaszcza fragmenty dotyczące muzyki…

A jutro jadę sobie. Spotkanie z Autorką, lekarz, odpoczynek. Dwa dni urlopu wzięłam. Potrzebne mi to bardzo.

CHIŃSKIE CIASTECZKO: „Najszerszą drogą chodzą najsłabsi, ale nie wiedzą, że jest najdłuższa.”
Cóż, ja mam zawsze pod górkę. Stromo, wąsko i pełno kamieni.
Znaczy silna jestem.

jeszcze jeden o tym

Piosenka przewodnia, hm… Kilka ich jest. Zacznijmy od tej sobotnioimprezowej (urodziny sąsiadki). „Jeszcze jedna noc, jeszcze jeden dzień” :-) Ech, tak dawno się nie bawiłam, że nawet muzyka (całkowicie nie moje klimaty) mi nie przeszkadzała. No, tylko gdy po raz enty z rzędu usłyszałam „Windą do nieba”, miałam ochotę rzucić czymś ciężkim w wieżę – powstrzymałam się, bo to wieża Mojej Cholery, hehe. Nie trawię tej piosenki po prostu.
Ale bawiłam się nieźle. Trochę potańczyłam, trochę wypiłam (trzy kieliszki wódki), głównie jednak konwersowałam z bliższymi i dalszymi znajomymi. Że też wszelkiej maści niezupełnie trzeźwe osoby zwłaszcza płci męskiej tak upodobały sobie konwersacje ze mną właśnie… Zacznijmy od dobrych stron takiej sytuacji. Moja Cholera zazdrosna była jak… jak cholera ;-) Co i rusz porywał mnie do tańca, w którym to tańcu całował mnie namiętnie i szeptał równie namiętnie „jesteś moja, nikomu cię nie oddam”… Nie powiem, że nie było to miłe. Ha. Niech się chłopak postara. Ha. Należy mi się. Ha.
Ale nie to najważniejsze jest. Wróćmy do rozmów z – hłe, hłe – kolegami. Sprowadzały się do dwóch kwestii właściwie. Do komplementowania mojej skromnej osoby – zachwytów nad „piękną buzią” (uech! uech!), budową anatomiczną (uech! uech!), walorami umysłu też (uech! uech!). Po niniejszych komplementach następowała konkluzja: „ty taka wspaniała, a faceta wytrzasnęłaś nie wiadomo skąd, przecież on jest… (tu słowa niezbyt miłe), zasługujesz na kogoś znacznie lepszego”.
Wrrrrr!
Nóż się w kieszeni otwiera i resztki nerwów puszczają.
Co dziwniejsze, takie zdanie na wiadomy temat mają ostatnio wszyscy mniej lub bardziej zainteresowani. Wszyscy. Wszyscy. Wszyscy. Tylko i wyłącznie źle mówią.
Ludzie!!!
Dajcie MU spokój!
Szlag mnie trafia, gdy to słyszę – kiedyś wybuchnę i zobaczymy, kogo wtedy zaboli!!!
NIE ŚCIERPIĘ traktowania GO jak podczłowieka! Jest jaki jest, żaden z NIEGO ideał, sama wciąż na NIEGO pomstuję, ale – do diaska – nic nie usprawiedliwia takiego zachowania! Najgorsze jest to, że wszystko dzieje się za JEGO plecami i sporo do NIEGO dochodzi, a jakże. Podłamuje mi się chłopak i nic w tym dziwnego. Pamiętam aż zbyt dobrze, gdy kilkanaście lat temu sama byłam kozłem ofiarnym. ON też był zresztą. Może dlatego na siebie trafiliśmy, dlatego jesteśmy razem – po traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa… ON zniósł to lepiej niż ja, mniejszy ma to wpływ na JEGO teraźniejsze życie – ale skoro znów mądrzy ludzie mieszają GO z błotem, zaczynam się obawiać o NIEGO.

I tu inna piosenka przewodnia. Lady Pank…

„To co mam świętego
Tego mi nie zabierze nikt
Tobie nic do tego
Jestem tu jeśli chcesz się bić”

Oczekuję szacunku dla NIEGO, i koniec, i kropka. Choćby z tej prostej przyczyny, że skoro ktoś tak fenomenalny jak ja zakochany jest w kimś – zdaniem ogółu – nic nie wartym, znaczy to, że jednak jest wart. Wiele. Ja to wiem. Ja dzielę z NIM życie, może do jutra tylko, a może do końca świata.
Ja o tym decyduję.
A TOBIE NIC DO TEGO!!!
PS. Dziękuję (szczerze!) za Wasze komentarze do poprzedniej notki. Ustawiacie mnie do pionu. Tego mi potrzeba. Zbyt wiele dobroci wobec mnie ostatnio. Przerażające.

Poza tym żyję sobie spokojnie. Wczoraj „Dracula” w telewizorku, bardzo lubię ten film, nawet Moją Cholerę namówiłam na oglądanie; przy okazji wygłosiłam mały wykład na temat wampirów (hehe), patrzył na mnie z lekkim przestrachem w oczach… Sylwester zapowiada się nam rewelacyjnie, nic więcej nie mówię, żeby nie zapeszyć…
Święta spędzimy razem, nareszcie…
W sobotę płakałam jak bobrzyca na wieść o śmierci Marcina Pawłowskiego…
W pracy kociokwik, dziś nieco luźniej, wzięłam wolne na przyszły poniedziałek i wtorek, Lublin… będzie fajnie…
Dostałam kategoryczny zakaz dalszego chudnięcia, podobno widać i czuć mi żebra… a to ciekawe…
Znalazłam czapkę i szalik. Akurat gdy odwilż przyszła…
Nadal zmęczona. A luty coraz bliżej. A nauka w lesie…
Zero odzewu od potencjalnych pracodawców. Niedobrze…
Ale i tak się uśmiecham :-)))