Archiwum dla Grudzień, 2004

…i z nową datą w stary rok?…

Z tak wielkim trudem zdobyta cienka warstewka mojego opanowania i dystansu do świata uleciała hen. Poranna scysja ze starszą panią w tramwaju uświadomiła mi, jak wiele jeszcze muszę nad sobą pracować. Rzeczona starsza pani zwymyślała mnie (no inaczej się tego nazwać nie da), a ja – jak za starych niedobrych czasów – spuściłam nos na kwintę, uszy po sobie, ogon podkulony… Najchętniej wysiadłabym na najbliższym przystanku, ale i tak byłam juz spóźniona do pracy. Cóż. W końcu powiedziałam jej kilka twardych słów, ale nie tak, jak powinnam.
Niestety przez permanentne zajmowanie sie sprawami W., zaniedbuję potwornie samą siebie. Efekty są coraz bardziej widoczne :-(

Minął rok… Bardzo przykry rok.
Ale chciałabym się skupić na tym, co dobre było. I jest. I będzie.

„Wzięłam się za siebie” – to najważniejsze. Zaczęło się od leniego biegania, jesienią i zimą siłownia, wiosną jeszcze basen dojdzie. Udało się schudnąć trochę i mam nadzieję to utrzymać. Całkiem ładnie wyglądam i to mnie cieszy – co niektórych martwi (Moja Cholera jest wścielke zazdrosna o każde spojrzenie innego mężczyzny…). A propos innych mężczyzn – wczoraj dopadł mnie syndrom ADIDAS (All Day I Dream About Sex), na siłowni wspominałam co bardziej pikantne szczegóły ostatniej nocy z Cholerą, miałam rogalik na buzi i rozmarzone spojrzenie… a pan ćwiczący obok myślał, że to do niego się uśmiecham i puszczał do mnie oczka z miną wielce uradowaną :-)))

„Wzięcie się za siebie” oznaczało też pracę nad własnym charakterem – o ile ja w ogóle mam charakter :> Okazuje się, że na tym polu poniosłam sromotną klęskę. Wszystko przede mną jednak.

Coś jeszcze? Znalazłam pracę, jakoś sobie w niej i z nią radzę…

I ten sam obiekt uczuć. Stuknie nam trzy lata już za trzydzieści sześć godzin. Minęło jak jeden dzień…
I nie chcę zmieniać. Niczego. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że przez JEGO sprawy właśnie ten rok był taki przykry.

Nowy Rok powitam z wiarą, nadzieją i miłością. W towarzystwie starej toruńsko-elbląsko-olsztyńskiej gwardii…
Podziękuję za wszystko, co mnie spotkało w roku minionym. I dobre, i złe. Bo wszystko miało swój cel.
Poproszę o siłę. Duże pokłady siły. Aby wypełnić postanowienie noworoczne. Tylko jedno. Najważniejsze. Nasze wspólne. Od spełnienia którego zależy nasza wspólna przyszłość.
Wiem, że damy radę.
Nie raz już okazało się, że wiele razem potrafimy :-)

Kochanym moim Czytelnikom życzę trzystu sześćdziesięciu pięciu wspaniałych dni w roku 2005.
Bo ja Was tak bardzo, bardzo, bardzo lubię, no!!!

Tak już jest. Tak już przecież było.

Domyślacie się zapewne, że minione święta określić można li i jedynie jako najgorsze w moim życiu.
Naprawdę nie mam już siły.
Przerasta mnie życie, wszechświat i cała reszta.
Dziękuję za uwagę.

PIOSENKA PRZEWODNIA: Lech Janerka – „Dobranoc”…

Grinch – świąt nie będzie!

Jezu malusieńki, nie narodź się w tym roku…

Nie mam siły. Tak po prostu.

A niby jest OK. Patrzę w lustro i widzę coraz bardziej atrakcyjną kobietę. Wprawdzie przybyło mi kilka kilogramów, ale regularne ćwiczenia modelują moją sylwetkę i wyglądam całkiem, całkiem :-) W miniona sobotę nawiedziłam fryzjera. Efektem są szalone lata ’80 na głowie (trzy kolory plus nastroszenie do granic absurdu). A co mi tam! Do tego ortalionowa kurtka, przykrótkie spodnie w paski, ciężkie buciory… Viva new romantic i długowłosi metalowcy też! Szafa pęka w szwach, sporo nowych ciuchów mam i to bardzo ładnych ;-) Do soczewek się już przyzwyczaiłam, chociaż zakładanie nadal zajmuje mi zbyt dużo czasu. Cóż, mało kto ma takie kłopoty z koordynacją jak ja… trudno mi nawet trafić palcem do oka ;-) W każdym razie prezentuję się bardzo korzystnie, nie chwaląc się wszyscy mi to mówią. A co mi tam. Trza się dowartościować. Chociaż tak.

Zmęczenie moje ma kształt bardzo wyraźny. A raczej wartość. Kilkunastu tysięcy złotych.
Cholera jasna, psiakrew, słowo honoru!
Powiedziałam sobie wczoraj, że przestaję się TYM przejmować. Po raz kolejny sobie to powiedziałam. Po raz kolejny nie potrafię. A powinnam. A MUSZĘ!!! Zaniedbuję potwornie moje własne sprawy. Praca leży odłogiem, szukanie nowej odłożyłam, francuski kuleje, dobrze że na siłownię latam ;-) I „nie śpię co noc, chociaż mam ciepły koc” oraz JEGO u boku…
ON… no właśnie. Wykańcza mnie. Kawałek po kawałku. A ja wciąż kocham. Coraz mocniej kocham. I coraz bardziej się pogrążam…

To miały być najpiękniejsze święta mojego życia. Pierwsze udane. Niestety zapowiadają się na kolejne najgorsze. Zaproszenie Mojej Cholery na święta do moich rodziców było pomysłem delikatnie mówiąc nietrafionym. Mam nadzieję, że przynajmniej będziemy udawać szczęśliwą rodzinę.
Prezentów nawet jeszcze nie mam. Chciałam kupić Cholerze „Filary ziemi” Folleta, oczywiście nigdzie nie ma. Zamówiłam dziś w księgarni internetowej – będzie miał na urodziny. Teraz dostanie zimową kurtkę :-)

Nawiązując do poprzedniej notki… rozwalił mi się walkman. Ponoć nie opłaca się go naprawiać. Szkoda. Prezent z okazji 18. urodzin. Cóż, zrobię sobie podobny prezent na urodziny 25. Już niedługo…

Czego Wam życzę na Święta i Nowy Rok?
Tego, czego mi najbardziej brakuje.
Spokoju. W głowie, w sercu, w duszy.

I świątecznie Lady Pank. Podobnie jak przed dwoma laty i rok temu też.
Tym razem „Miejsce przy stole”.

„Za oknami już zima
W oknach choinek blask
Co zostało za nami
Co przyniesie nam czas

Dziecko patrzy na niebo
Czeka na pierwszą z gwiazd
Jak droga przed nami
Dokąd zaniesie nas

To jedno miejsce przy stole
Jedno miejsce dla wielu z was
W ręku trzymasz biały opłatek
Który to już raz

Już śpiewają kolędę
Gwiazda spada gdzieś w dół
Zawsze czekać tu będę
Aż zapukasz do drzwi

Jedno małe miejsce przy stole
Jedno miejsce dla wielu z nas
W ręku trzymasz biały opłatek
Milkną słowa, ucieka czas
Jedno małe miejsce przy stole
Jedno miejsce dla wszystkich z nas
W ręku trzymasz biały opłatek
Który to już raz”

Który raz? Może ostatni…