Archiwum dla Styczeń, 2005

…wolę być przechodniem w życiu Twym…

Wczoraj ni z gruszki, ni z pietruszki, ni z hortensji nastąpiła wokół mojej osoby „seria niefortunnych zdarzeń”. Szczegółów Wam oszczędzę, najważniejsze że dzięki Bogu (i innym najważniejszym dla mnie osobom) pomału wychodzę na prostą.
Ważny jest wniosek, jaki nasunął mi się w związku z powyższym.

Uwaga, mówię.
Otóż wśród króliczych krewnych i znajomych – także w szacownym kręgu blogowiczów – „zapracowałam” (hłe, hłe) sobie na zaszczytne (?!) miano „Cioci Dobra Rada”. Znaczy to w skrócie tyle, że wymądrzam się potwornie, wywyższam nieziemsko, na każdy temat mam swoje kurewsko bezpośrednie zdanie i oczywiście nie omieszkam się wypowiedzieć go na forum publicznym… W jeszcze większym skrócie: jestem okropna po prostu. Aż dziw, że jakoś mnie bliźni tolerują, co niektórzy lubią, ba! nawet kochają – cóż, urok osobisty mam albo i co insze ;-)

Wczoraj znów okazało się – znów, ale po raz pierwszy tak dobitnie – że mocna to ja w gębie li i jedynie jestem. Nie, inaczej: Wam to może i czasem coś dobrze poradzę (łudź się łuuudź :-P), cóż z tego jednak, skoro własną osobą daję przykład wielce naganny. Klasyczny przypadek lekarza każącego pacjentowi rzucić palenie, zaciągając się dymem przy tych słowach.

Oświadczam zatem wszem (i) wobec, że z datą dzisiejszą postaram się zmienić – czytaj: przestać dawać Wam te nieszczęsne DOBRE RADY. Od razu zaznaczam, że postanowienia powyższego zapewne nie dotrzymam. Przyznaję wskutek tego Wam wszystkim i każdemu z osobna prawo usunięcia mojego „dobroradowego” komentarza wraz ze stosowną niezbyt dla mnie przyjemną adnotacją – to raz. Prawo ochrzanienia mnie za to na moim własnym blogu – to dwa. Jeśli komuś bardziej „zalezę za skórę” – w linkach jest mój numer gg i adres mailowy, proszę pisać, umówimy się w odpowiednim czasie i miejscu w celu osobistego wytargania mnie za uszy. Ewentualnie przyłożenia mi w twarz. Ewentualnie pozbawienia życia.

Tako rzekłam ja.
Dziękuję za wypowiedź (jak mówi Adam Nowak z zespołu Raz, Dwa, Trzy).
Amen, alleluja i w górę serca.

Tamtego wieczoru NIKOMU nie udało się zepsuć…

…ale popołudnie niestety tak. Szefowe przed samym wyjściem zleciły mi tłumaczenie „na wczoraj” i ze spotkania starej gwardii nici, siedziałam w pracy prawie do dwudziestej. Tylko telefon do Cholery „kup jakiś alkohol”. Skąd ON wiedział, że właśnie na szampana miałam ochotę…?

Praca sucks. W piątek latałam jak kot z pęcherzem. Taki zapierdziel, że nie ma czasu załadować. OK, baaardzo luuubię mieć dużo do roboty, lenistwo czy monotonia nie są dla mnie – ale akurat w mojej obecnej kondycji psychofizycznej (raczej w braku tejże kondycji) prędzej czy później padnę na pysk ze zmęczenia – a szkoda by było mojej ślicznej, coraz mniej okrągłej buźki. No dobra dobra, odwołuję tę śliczną buźkę, piszę bzdury. Na weekend dostałam kolejne tłumaczenie, obiecałam sobie zrobić je w sobotę. Tyle ze przez cały dzień schodzili się goście- akurat wczoraj nie byli mile przeze mnie widziani, no ale cóż, trzeba było się nimi zająć.

Noc zarwałam, siedziałam do czwartej. Nie powiem, całkiem miło było. Jak za dawnych słodkich czasów, kiedy to pisałam prace magisterską nocami właśnie (nie chwaląc się, stworzyłam dziełko kon-genialne). Cisza, spokój, w bloku pracują tylko mrówki faraona i ja, w głośnikach Cocteau Twins na zmianę z Programem Trzecim PR (tylko w nocy można go słuchać bez odruchów krwiożerczych), palce same ustawiają się na właściwych klawiszach, co jakis czas zamknięcie oczu na kilka chwil i wspomnienie JEGO ostatniego pocałunku…

…podziałał na mnie jak narkotyk, zakrawa o cud fakt, że wciąż tak „iskrzy” między nami, że świata poza soba nie widzimy…

Przede mną kolejny ciężki tydzień. Byle do piątku :-) A w weekend na zakupy się może w końcu wybiorę. Sezon wyprzedaży trwa, a ze mnie wszystkie spodnie spadają. Przydałoby się kupić nowe ciuchy, zanim znów przytyję – siedząc nad nieszczęsnym tłumaczeniem spożyłam niebezpiecznie znaczną ilość słodyczy, nie mogę tak robić, no!
Ale i tak z lekka dumna z siebie jestem. Lubię pracę translatora – gdybym jeszcze lepiej języki znała, ech! czasem łapię się na nieznajomości najbardziej podstawowych słówek, wrrr!

Uśmiecham się. Pomimo zmęczenia.
I zawsze pójdę w swoją stronę…

„dziękuję Mamie i Tacie za opiekę, za ciepło rodzinne…”

Mała skrzywdzona dziewczynka. Niezależnie od mego wieku (słusznego), wzrostu (jak wyżej) i wagi (ditto) wciąż właśnie tą dziewczynką jestem.
Wczorajszy wieczór rozpoczął się cudownie (ON to sprawił…), skończył koszmarnie (mamusia moja kochana dała znać o sobie), a sen nie przyniósł ukojenia. Obudziłam się ze ściśniętym gardłem.
Opisywać całej sytuacji nie ma sensu. Tylko jedno: znów znienawidziłam własną siostrę. Niestety. Przepraszam Ją bardzo. Nie Ona sama tym razem zawiniła.

Jadę do domu na weekend. Znaczy się jedziemy z Moją Cholerą – mam nadzieję że ON powstrzyma mnie przed zrobieniem megaawantury. No po prostu nie wytrzymuję już psychicznie.
Jeśli kiedykolwiek będę mieć dzieci, poprzestanę na jednym, chociaż zawsze chciałam mieć dwójkę. Nie wiem, czy potrafiłabym oboje kochać jednakowo, poświęceć uwagę obojgu… Na przykładzie moich rodziców widzę, że to niemożliwe. Zawsze byłam na dalszym planie, jeśli w ogóle na jakimś. Najbardziej boli mnie, że rodzice nie pytając mnie o zdanie (a byłam już pełnoletnia) zlikwidowali moją książeczkę mieszkaniową, oszczędności z niej dając mojej siostrze na jej potrzeby… Nie mówię już o pokaźnych sumach lądujących co miesiąc na siostrzanym koncie, o sponsorowaniu wszystkich wakacji siostrzenicy – rozumiem, stać ich na to. Tylko że ja już dawno przestałam prosić rodziców o cokolwiek – odpowiedź jest jedna „no przecież nie mamy pieniędzy”. No dobra. Pracuję, zarabiam grosze, ale jakoś wiążę koniec z końcem. A że w tym roku znów nici z wakacji… przywykłam.
Kurcze, coraz bardziej widoczne jest, że „nie z ich krwi krew moja”. Transfuzja krwi anonimowego dawcy uratowała mi życie w jednym z pierwszych jego dni…
Czasem żałuję, ze przeżyłam. Naprawdę.

Moja Cholera kochana nie za bardzo mnie rozumie. JEGO rodzice kochają synów jednakowo, jeśli nawet kogoś faworyzują, to nie aż tak perfidnie…

Wiem, że nie powinnam się tym przejmować, że jestem już dorosła, coraz bardziej niezależna, za półtora roku założę swoją własną rodzinę (z ochotą zmienię nazwisko) i ona będzie mnie najbardziej obchodzić. Tyle że boję się, że będę popełniać błędy własnych rodziców (charakterek ciężki po mamie odziedziczyłam), że moja własna rodzina będzie równie patologiczna…

Poza tym oczywiście zaraziłam się od Cholery (wrrr…), ledwo żyję. Pracy full, a ja nie mam siły. W przyszłym tygodniu powinnam zapisać się na francuski, a powtórki idą kiepsko…
Normalka.

A za oknem uspokajająco pada śnieg…

…puszysty śnieg
Lubię patrzeć, gdy tak cicho spływa w dół
Pada śnieg
Jak w białym śnie
(…) spójrz na świat
Jak z bajki cały jest
Dziś pan Andersen cieszy się
Bo wszyscy dziećmi stają się”

Mała skrzywdzona dziewczynka spotyka się dziś po pracy ze starą gwardią. Cieszy się bardzo. Może chociaż na chwilę zapomni o tym, co złe.

NIE POZWOLĘ zepsuć dzisiejszego wieczoru, nie pozwolę i koniec, i kropka!!!