Archiwum dla Luty, 2005

…i wszystkim życzę ŹLE mi z oczu patrzy!!!…

Po raz kolejny przekonałam się, że ciężka praca najlepsza jest na wszelkie smutki – delikatnie powiedziane „smutki”, moja obecna sytuacja zakrawa niemalże na życiową tragedię. Nie alkohol, nie balangi, nie płacz, nie wrzaski. Praca, praca i jeszcze raz praca. Dziękuję Bogom i Demonom, że mam aż tak wiele do roboty – inaczej sfiksowałabym. A tak właśnie skończyłam tłumaczenie opinii dla zaprzyjaźnionej kancelarii prawnej i jestem spokojna. Bardzo spokojna nawet. Nie mylić bycia spokojnym z byciem zrezygnowanym.

Cóż mnie doprowadziło na skraj rzeczonego sfiksowania?
Maksik w „Seksmisji” mawiał: „Sfiksowałyście, boście chłopa dawno nie miały!”. Faktem jest, że ostatnio Moja Cholera i ja nie mamy siebie zbyt wiele dla siebie, że tak mało gramatycznie powiem. JEGO wyjazd poniedziałkowo-wtorkowy, o którym pisałam w poprzedniej notce… Moja praca po godzinach przez cały tydzień i padanie bez-serc-bez-ducha o godzinie najpóźniej dwudziestej drugiej… I znów wyjazdy: mój na przedłużony weekend, JEGO na cały najbliższy tydzień…
Tak, brakuje mi GO.

Ale nic to. Z tęsknotą radzę sobie jakoś. Natomiast z rodzicami nie radzę sobie nic a nic.
Wiedziałam, że fajnie nie będzie – ale to, co się dzieje, przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Rzeczywistość chichocze bardziej złowieszczo niż chora wyobraźnia.
Po prostu poinformowałam wczoraj rodziców, że nie przyjadę na święta. Reakcji nie będę szczegółowo opisywać. Była… nietypowa. Nie spodziewałam się takiego zachowania po parze zdawać by sie mogło rozsądnych, inteligentnych, wykształconych, ogólnie cenionych, szanowanych i poważanych ludzi po sześćdziesiątce. W skrócie: tata obraził najpierw JEGO, potem JEGO rodziców, a na koniec mnie. Tylko jeden szczegół: uznał, że jestem z NIM tylko dlatego, że mnie seks opętał. Mama stała obok nie mówiąc nic.
Zatkało mnie. I taka „zatkana” udałam się do Femelle. Pogadałyśmy, poszlajałyśmy się, popiłyśmy wielce moczopędny gin z tonikiem… Dziękuję :-*
Wróciłam dziś około południa. Teraz dla odmiany tata milczy, mama mówi rzeczy mniej więcej takie, jak tata wczoraj. Ja wolę się nie odzywać.
Jeszcze jedno: moja siostra dziś dzwoniła, przyjeżdża na święta. Alleluja, bijmy pokłony. Ostatnio święta spędziła z rodzicami jakieś pięć lat temu. I która z nas JAK ZWYKLE okazała się wyrodną córką, hę?

Staram się nie przejmować. Ale GENERALNIE jest mi przykro jak nigdy dotąd chyba. Przez całe moje dwudziestopięcioletnie życie wychodzę z siebie, żeby spełnić ich oczekiwania, zaspokoić ich chore ambicje, zasłużyć na ich miłość. Chyba czas z tym skończyć. Nie dam rady. Skoro nie akceptują takiej córki – ich problem. Nie uważam się za przesadnie wybitną jednostkę, ale sroce spod ogona nie wypadłam. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że rodzice nigdy się mną nie przejmowali i osiem osób na dziesięć w mojej sytuacji zeszło by na manowce. A ja wychowałam się SAMA i po prostu dumna z siebie jestem.
Coraz bardziej poważana, ceniona, lubiana też. A nawet kochana.
Moja Cholera przez trzy lata dała mi więcej ciepła, opieki… miłości niż ktokolwiek wcześniej, z rodzicami na czele. Nie wiem, co z nami będzie, ale do końca życia zachowam dla NIEGO wdzięczność za wszystko, co dla mnie zrobił i wspominać będę z uśmiechem.
Znajomych niewielu wciąż mam. Ale za to jakich! Takich. Po prostu akceptujących mnie właśnie taką, jaka jestem.
Chciałabym jeszcze spełnić się zawodowo. I wierzę, że prędzej czy później to się stanie.
Jestem wciąż młoda, dość atrakcyjna fizycznie (wczoraj się ważyłam – 71 kg – jupiiiiii!), piekielnie inteligentna (chociaż jak na razie niewielki z tego pożytek) i coraz mniej nieśmiała (to mój wielki sukces). Mam olbrzymi potencjał, po części zmarnowany już w dzieciństwie – ale wciąż stać mnie na wiele. Na wszystko.
I tylko Rodzina – ach, Rodzina…

Ciszej nad tą trumną.
Tekścik przetłumaczyłam, piję piwo. Kąpiel i łóżko. Radio i książka.
Jutro lekarz w Lublinie, powrót do Warszawy, siłownia, francuski.
We wtorek do pracy.
I tak dalej.
Show must go on.

UPDATE, wtorek:
Pewna Osoba jak zwykle ma rację.
Egzekucja odroczona do powrotu Mojej Cholery.
Wiem, jak się to wszystko skończy.
Się skończy.

„radź sobie – sama sobie radź”…

Znów wyjechał TAM.

Coś mi się wydaje, że wyjazdy będą coraz czętsze.
Coś mi się wydaje, że podjął już decyzję. Teraz czekamy na ich decyzję.
Coś mi się wydaje, że za kilka miesięcy znów zaczynać będę życie od początku. TAM – z NIM albo tu – bez NIEGO.
Jedno jest pewne: nie mogę się martwić na zapas. I tak już gonię resztkami sił…

Na chwilę obecną słucham „Do Ani” Kultu i umieram dziewięć razy. Tak jak za dawnych czasów na trasie Toruń – Warszawa (ukłon w stronę Elize).
Brakować mi GO będzie. Miniony tydzień sympatyczny bardzo był. Poczynając od Walentynek (wieeelki bukiet tulipanów – do dziś się trzymają! + pizza w ulubionym lokalu + szampan w łóżku przy świecach i nastrojowej muzyce + …), poprzez cały tydzień zajmowania się mną jak małym dzieckiem (wracałam taka zmęczona, że nie byłam w stanie nawet się rozebrać czasami), biorąc pod uwagę nocne nasze rozmowy (jak dawniej… )zahaczając o JEGO urodziny w sobotę (kino + szampan), na niedzielnym popołudniowym szaleństwie (nie tylko w łóżku… mrrrr!) i moim zaśnięciu o godzinie 21 kończąc.
Po prostu pastelowo.
Nie chciałabym rezygnować, oj nie!

UPDATE:
Plany weekendowe najprawdopodobniej trafi(ł) szlag.
Praca oczywiście.
Ja nie wytrzymam!
Ja nie przeżyję!

„teraz już wiesz, że siłę mam JA”… wiem… wiemy…

Notka powinna być długa i treściwa. Znów dzieją się rzeczy wielkie.
Nie mam czasu na pisanie, niestety.
Praca, praca, praca. po dwanaście godzin.
Życie poza pracą znikome.
Dziś wychodzę już z siebie.
Zaraz zacznę krzyczeć.
Za pół godziny będzie tu Moja Cholera. Przyniesie mi zapomniane płatki śniadaniowe, które sam mi wczoraj kupił;-)
Cieszę się, że zobaczę GO choć przez chwilę. Przytulę się tak baaardzo mocno i zapomnę o wszystkim.
Mamy dla siebie coraz mniej czasu…

Bądźcie przy mnie, proszę!

UPDATE, około godziny trzynastej:
Przyniósł. Przytulił. Pocałował. Powiedział dwa magiczne słowa. Uśmiechnął się. Obiecał kupić jakiś alkohol na wieczór.
Byle do dwudziestej pierwszej.
Jak dożyję.