Archiwum dla Kwiecień, 2005

przeszłość i przyszłość

„Reality is something that you rise above
We don’t see things as they are, we see them as we are
Avoiding danger is no safer in the long run
The fearful fall foul of fate as often as the reckless

You don’t need money to be rich anyhow
Spending yourself is what it’s all about

No tears
No lies
No pain
No doubt
No darkness
No confusion
No loneliness despair
No more
No more
It’s all illusion

If you have made mistakes
There’s always another chance for you
You can start over again at any moment
Any little time you choose
Talk about failure
To fall is not to fail
Failure isn’t about falling down
Failure is staying down

Energy makes energy anyhow
Spend yourself and get rich right now

No tears
No lies
No pain
No doubt
No darkness
No confusion
No loneliness despair
No way
No how
It’s all illusion

Reality is something that you rise above
We don’t see things as they are, we see them as we are”

(Marillion – Rich)

UPDATE, około południa:
Telefon od Mojej Cholery.
Tylko kilka słów – „na razie zostajemy w Warszawie”.
Szkoda.
Poniewczasie wiem, że i mnie również BARDZO zależało…

po prostu koci świat :-)

W minioną niedzielę osiągnęłam wysoki poziom kocioszymborskości. Bo jestem sprytna i wybitna.

JEGO powrót.
Wystroiłam się na zawody ;-) i wyszłam MU na spotkanie. Ciemne okulary i równy krok, wyniosły nawet. Jak nigdy dotąd. Uśmiech, jeden pocałunek (cmok raczej!), przytulenie się na chwilę. I tyle. Żadnych skoków-pisków.
Jakże był zdumiony… początkowo onieśmielony z lekka moim wyglądem (ponoć poznał mnie jedynie po włosach, hihi), później zaskoczony chłodnym powitaniem.

Bo tak się z kotem nie robi.
Nie wysyła się do w sobotni wieczór do kota esemesa z informacją o niezakończeniu pewnej palącej sprawy i dopiskiem „tylko się nie denerwuj kochanie”. Na takie dictum kot wyrzucił z siebie mnóstwo odgłosów bynajmniej nie w kocim, lecz jak najbardziej ludzkim języku, zwanym potocznie łaciną podwórkową. Po czym został wyprowadzony za frak z knajpy przez kumpelę – i tak się skończył mile zapowiadający się wieczór.
Się nie mogę nie denerwować, no!

Ale Moja Cholera wie również, jak kota udobruchać… w końcu to ON jako pierwszy i jedyny kota oswoił…
W skrócie: baaardzo dużo byków nasadziłam w pracy domowej z francuskiego zadanej na poniedziałek, o której to sobie przypomniałam w niedzielę około północy ;-) Nie miałam głowy do francuskiej gramatyki po prostu!

Resume: warto było. Pomimo przeziębienia, które mnie teraz męczy-dręczy (za lekko się w niedzielę ubrałam); pomimo utraty miana prymuski na francuskim (oby tylko na chwilę); pomimo zbytniego rozmarzenia z jednej, a bycia totalnie zasadniczą z drugiej strony (zdecyduj się kobieto!) – i pomimo wyrzutów sumienia z powodu skonsumowania wczoraj pizzy (pyszna była, ale tucząca…).

Nie mogę się doczekać dzisiejszego wieczoru. Niby w planie tylko oglądnięcie meczu w TV (i to nie w całości – pierwszą połowę mam z głowy przez francuski – co mnie podkusiło, żeby zapisać się na poniedziałki i ŚRODY???) przy piwku, ale jakoś tak czuję, że będzie bardzo miło. O właśnie.

Wyników testów nie ma jeszcze. Podejrzanie długo. Kurcze, widzę jak bardzo MU zależy… chciałabym, żeby było „na plusie”.
I pojadę z NIM nawet tam.
I znajdę pracę nawet tam.
I będziemy szczęśliwi.
Anyplace, anywhere, anytime.

A jeśli nie – to nie.
Świat się na miłości nie kończy. Zwłaszcza mój.

empty room

Znów kilka samotnych nocy.
Dziś kolejny etap rekrutacji. Ściskam palce, jak mawia redaktor Babiarz. Chociaż nadal nie wiem, czy chcę żeby się dostał…

Środowy wypad średnio udany. Upiłam się dwoma piwami i dwoma kieliszkami wina (to najlepiej świadczy o mej zastraszającej kondycji psychofizycznej). Towarzystwo okazało się być znajome, jako że byli to pracownicy Bardzo Poważnej Firmy. O dziwo, pamiętali mnie, chociaż pracowałam tam tylko przez kilka dni w lutym ubiegłego roku. Znaczy się wyróżniałam się :-) Bawiłam się nieźle, podrywałam firmową szychę (fajnie się mi z nim rozmawiało eksponując odkryty dekolt) , potańczyłam chwilkę nawet. Z jednej strony jak kania dżdżu łaknę spotkań z ludźmi wszelakimi, dogaduję się jako-tako z każdym – z drugiej strony czuję się fatalnie mając gdzieś wyjść, nie wiem w co się ubrać, jak się zachować i tak dalej.

Ach, sprzeczność goni sprzeczność… Ot, choćby wygląd mój. Co ja się ostatnio nasłuchuję komplementów… świat nie widział! Rozumiem, że mogę się podobać (zezowatym chyba!) gdy jestem ładnie ubrana, uśmiechnięta, pewna siebie – ale dziś o barbarzyńskiej godzinie szóstej minut trzydzieści, gdy popylałam na siłownię zaspana, rozczochrana i bez makijażu również zwróciłam czyjąś POZYTYWNĄ uwagę.
Popadnięcie w samozachwyt nie grozi mi jednak. Też mam oczy i lustro, w którym widzę stuprocentową żabulę-brzydulę! No i bodajże 338. wpis w księdze gości… Na takie dictum usunęłam link do mojego zdjęcia. Po pierwsze primo – bo faktycznie przedstawiam się na nim jak dobra sztuka opasowa (mało fotogeniczna jestem), po drugie – datuje się ono na mniej więcej rok temu, a teraz wyglądam po prostu inaczej. Może jakąś bardziej aktualną fotkę umieszczę – jak mieć model, to najnowszej marki ;-) Wychodząc z tego „modelowego” założenia nabyłam kilka dni temu walkmana, płacąc zań 17,99 zł. Do biegania w sam raz!

Esemes od Mojej Cholery, już po testach. Niezadowolony… Cóż, ja wiedziałam, że tak będzie. Psychotesty to nie to, co Cholery lubią najbardziej. Nie dość, że można w NIM czytać jak w otwartej księdze (haha, podobno widać, słychać i czuć jak bardzo mnie kocha), to ma denerwującą manię wyjaśniania rzeczy oczywistych i tłumaczenia się ze wszystkiego co popełnił, choć nikt GO o to nie prosi.

Kilka dni dla siebie NIBY mam. Zdrówko niestety marne, elan vital blisko zera, i zimno na dodatek!
Plany na wieczór ambitne inaczej zatem: ciepły koc + grzane piwo + „Don Kichot” w zielonej okładce (wracam do niego po bodajże piętnastu latach) + Radio PIN w tle.

Bo co ma począć kot w pustym mieszkaniu?

„…Spać i czekać.
Niech-no on tylko wróci,
niech-no się pokaże.
Już on się dowie,
ze tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.”