Archiwum dla Maj, 2005

coraz mniej pewny grunt

Ech, apeluję o poczytalność, a sama już zapomniałam cóż ten termin oznacza…

W każdym razie w górach szalałam konsumpcyjnie. Jadłam śniadania (!!!), jadłam obiadokolacje, jadłam lody, piłam piwo, piłam piwo, piłam piwo, piłam Martini… Sumienie mam znacznie przybrudzone, jako że pewnie nie udało mi się tego wszystkiego spalić (chociaż praktykowałam biegi po górkach, zostawiając Moją Cholerę daleko w tyle). Dziś czuję się spuchnięta, niedawno zwężane spodnie jakoś ciasne są. Może ma to związek z comiesięczną przypadłością… kto wie.

Odpoczęliśmy oboje. ON zachwycony słońcem, górami i moją kondycją (hłe, hłe), ja zachwycona słońcem, smakiem Radegasta i – z wzajemnością – panem z kapeli, która przygrywała w knajpie, w której spędzaliśmy wszystkie wieczory. Wywołało to małe kryzysiątko w moim związku i duże kryzysicho w związku tamtego pana. Było, minęło – a przynajmniej sobie potańczyłam za wszystkie ostatnio smętne czasy.

Niestety poniedziałek do dupy już był. Wrażenia z weekendu uleciały hen. Przepłakałam pół drogi do Warszawy.
Tylko jedna smutna refleksja: Polska straciła wielkiego człowieka. Bo powinnam być Wielkim Człowiekiem, zważywszy na ogromne potencjały mego umysłu. Niestety, seria niefortunnych zdarzeń spowodowała, że jestem li i jedynie małym człowieczkiem z coraz mniejszą ochotą na życie.

Jak bardzo dłuży mi się „dzień dzisiejszy”. Chciałabym, żeby był już wieczór…
Jutro będzie lepiej – prawda?
Zaczniemy 42. miesiąc razem.

Apel o poczytalność.

Kieruję go do Pań odchudzających się w nadziei, że zgubienie iluś tam kg zmieni ich życie na lepsze.
Że mąż potraktuje łaskawiej, a może w końcu łóżko zapłonie jeszcze raz…
Że nie będzie można się opędzić od pożądliwych spojrzen panów – wiadomo, wolą szczupłe.
Że wreszcie można będzie przejść ulicą nie zabijając wzrokiem każdej szczuplejszej dziewczyny.
Że pracodawcy od razu chętnie zatrudnią, bo przecież prezencja się liczy bardzo.
Że skończą się depresje, będzie można odwrócić lustro taflą na pokój, przestać płakać w poduszkę i wreszcie wyjść z domu – bo wszystko złe bierze się z faktu, że gruba jestem, prawda???

Tak, śmiejcie się, to brzmi irracjonalnie. Ale pewna jestem że nie tylko ja od najmłodszych lat żyłam w takim przekonaniu. Hiperbłędnym, jak się okazuje.

Cóż się będę rozpisywać? Koleje mego losu poznajecie od prawie czterech lat. Wiecie zatem, że niespełna rok temu postanowiłam „wziąć się za siebie”, zaczęłam ćwiczyć, zmieniłam nieco nawyki żywieniowe, itede, itepe. Na efekty trzeba było poczekać – może na wadze najmniej widać (około piętnastu kg w dół, obecnie górna granica normy), ale sylwetka zmieniła mi się bardzo. Po prostu nie jestem już gruba. No, przynajmniej nie bardzo ;-)

I co z tego?
I nic.
Nic się nie zmieniło.
Bo mózg jest w głowie, a nie w tłuszczu.
Co mi po tych nieszczęsnych pożądliwych spojrzeniach panów, od których faktycznie opędzic się nie mogę? Wcześniej również nie narzekałam na brak powodzenia u płci przeciwnej. Owszem, wiem że JAKBY CO, długo nie musiałabym szukać swej kolejnej ofiary. Ale nie chcę szukać.

Nic się nie zmieniło.
Praca ta sama.
Lustro wróg.
Powtarzam MU co noc, że odejdzie. Że zostanę „w kuchni z głową w dłoniach”. Pardon – w szafie pełnej workowatych ubrań za dużych o kilka numerów, w których wygląda się jak idź-po-wino-ostatni-mohikanin.
I nadal zabójcze spojrzenia. Tym razem w kierunku pań w rozmiarach XXXXXL – fajnie ubranych, uśmiechniętych, szczęśliwych, otoczonych życzliwymi ludźmi, spełniających się zawodowo i rodzinnie.

Moje miłe koleżanki – weźcie mój skromny przykłąd pod rozwagę.

A wyjazd w góry udał się baaaaardzo :-))) Cóż, już po wszystkiem…

długość dźwięku radości

Weekendy generalnie mają to do siebie, że zbyt krótko trwają. Ale miniony pobił wszelkie rekordy. Przeminął z piękną pogodą tak szybko, że pozostawił jedynie okruchy wspomnień.
Późny wieczór piątkowy, uliczki Starego Miasta, w ręku bukiecik konwalii od Mojej Cholery (majątek pewnie wydał), objęta wpół… nie z NIM, z dyplomatką opowiadającą mi szczegóły picia z księciem Albertem, jego świtą i BORowikami ;-) obok kumpel, który za kilkanaście dni zmienia stan cywilny, żeni się ze swą odwieczną dziewczyną, nieraz zdradzał ją myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem, od dawna coś iskrzy między nami, wydaje mi się nie w pełni świadomy tego co robi… obok drugi kumpel, zauroczony mną najwyraźniej, przetańczyliśmy kiedyś całą noc, umawiamy się na kolejne tańce… kilka kroków za nami Moja Cholera, jak z innej bajki…
Sobotni koncert Pidżamy Porno – poszłam z NIM, nie chciał mnie samej puścić, bawiłam się nieźle, chociaż lepiej byłoby bez NIEGO – nie przepada za taką muzyką; czułam się staro i dziadowato jakoś…
Niedzielne spacery w bluzeczce odsłaniającej opalony i NIEMAL płaski brzuszek… mrożona kawa w przytulnej knajpce… wieczór przy drinku, świecach i Radiu PIN… i zarwana noc, przekroczony próg ludzkiego pożądania…

„Zemsta Sithów” – DNO. Jakby tak łatwo przechodziło się na ciemną stronę, dawno bym to uczyniła. Przecież kanclerz powiedział wyraźnie, że jak Anakin stanie po jego stronie, to NAUCZY go korzystać z tej mocy. A tu wystarczyła sama deklaracja i hopsiup, jestem wielki. Poza tym naiwność do entej potęgi w kwestii „uratowania” żony, efekty takie sobie, do klasyki daleko.

Długie rozmowy z Pauliną. Jak za naszych najlepszych czasów…

Waga pod wieczór pokazała 69 z ogonkiem. Mała stabilizacja na poziomie 68-69 wielce wskazana – i do zrobienia, no! Do dalszego spadku wagi konieczna byłaby dieta, a mi się NIE CHCE i już!

Nowy pomysł na życie zawodowe. Rewolucyjne plany przekwalifikowania się, zgodne zresztą ze specjalizacją na studiach i marzeniami. Już się widzę w odpowiednim miejscu i czasie. Na razie byle dostać się na właśnie te studia. Chociaż pewnie do września mi się wszystko zakręci w świński ogon ;-)

A propos studiów – Moja Cholera zaczyna definitywnie w październiku. Cieszę się jak stado norek. Nie wiem, jak podołamy finansowo (moje ewentualne studia 2000 zł za semestr, JEGO pewnie nie mniej), ale…

Ślub w wyznaczonym terminie coraz bardziej realny. Będzie, co ma być.

Na razie będzie weekend długi. W górach. I będzie fajnie. Oboje się postaramy!