Archiwum dla Czerwiec, 2005

Się zebździło :-(((

Dziękuję za miłe słowa odnośnie moich zdjęć. Bardzo to dla mnie ważne ;-) Dodam tylko, że na co dzień tak nie wyglądam – nie chce mi się bawić w upinanie włosów, fruwają sobie zatem nieporządnie wokół twarzy.

Obiecałam ostatnio zaglądać tu w miarę często. No i… patrz tytuł.
W pracy… nie no, szkoda gadać, znaczy się pisać. Robotę najgorszego głupka wykonuję, oprócz tego oczywiście wszelkie sprawy wymagające znajomości angielskiego są na mojej kudłatej głowie. A wiadomo, że jak się robi milion rzeczy na raz, to żadnej nie zrobi się tak jak trzeba. Wskutek tego wszyscy patrzą na mnie krzywo. Z przedłużeniem umowy się mogę raczaj pożegnać. Nic to. Jak mawiała Scarlett – pomyślę o tym jutro. Albo pojutrze.

Od wczoraj koncentruję się na bólu. Weekendowe kąpiele w odkrytym basenie zaowocowały zapaleniem jajników. Wizyta u lekarza, końska dawka antybiotyku – jakoś funkcjonuję, ale są momenty gdy prawie wyję z bólu (a jestem odporna, naprawdę). Cóż, wygląda na to, że morza za bardzo nie użyję tego lata, lepiej dmuchać na zimne i „zanurzać się” do kolan.
A propos morza – wyjazd już pewny na 99%, zaliczka wpłacona, pod koniec lipca wybywamy na około 10 dni. Już się nie mogę doczekać…
Natomiast już za tydzień koncert U2. Dziś wieczorkiem spotykamy się u Karoliny, żeby obgadać szczegóły podróży. Cieszę się jak norka!

Odważyłam się stanąć na wagę. Pokazała 68 kg (jest stara, nie elektroniczna – o właśnie, takie wiekowe urządzenia to raczej zaniżają czy zawyżają?). Tylko westchnęłam i postanowiłam dać sobie spokój z odchudzaniem. Nie chcą się gubić kilogramy – ich sprawa, rozpaczać nie będę. Skupię się na osiąganiu coraz lepszej kondycji fizycznej (może przy okazji i kondycja psychiczna podniesie się z dna?).
Chociaż jak na razie ćwiczeń zaprzestać muszę. Boli okrutnie…

Bardzo miło spędziłam weekend z Moją Cholerą. „Scenki rodzajowe”… hm, na delikatne to i owo sobie pozwoliliśmy, nie to jednak najważniejsze.
Kolejna drażliwa sprawa została wyjaśniona. Cieszę się, że potrafimy dojść do porozumienia mimo tak znaczących różnic między nami.
Piątkowy wieczór będzie tylko nasz… Trzy i pół roku razem. Jest co świętować :-)

20 sierpnia wesele w rodzinie. Dostałam zaproszenie „z osobą towarzyszącą”, oczywiście że pójdę z NIM, chociaż moi rodzice chcieli mi to wybić z głowy. A dupa kwas i po kądzieli! Pójdziemy razem i będziemy się świetnie bawić, nie zwracając uwagi na rodziców.
Jak na razie nie mam się w co na rzeczone wesele ubrać, pomysłu też brak. Prośba do Szanownych Odwiedzających: spójrzcie raz jeszcze na moje fotki (wrzuciłam do linków) i doradźcie biednej Arietce, która od zawsze jest na bakier ze strojami, w co odziać ma swe piękne ciało ;-)
A może welon mi się uda złapać?…

Znów krótko. Jak nie ja.

Mały prezent dla moich wielbicieli ;-)

Fotki otrzymałam od kumpeli dziś rano, z następującym komentarzem:
„Wczoraj Mój Brat nie mógł się nadziwić, jaka jesteś ładna… Naprawdę.
A bratowa wprost oniemiała na punkcie Twoich fotek.”
Tylko szczegół: swego czasu to ja miałam zostać jej bratową…
Nie powiem, że nie jest mi miło i jakoś tak fajnie się serduszko poczuło. Lepiej jest być docenioną późno niż wcale. Mój występ w teleturnieju ponoć z zapartym tchem oglądał, teraz zdjęcia się podobają, gdy się czasem spotykamy gadamy jak przyjaciele…
Już się nie mogę doczekać, aż pokażę tego maila Mojej Cholerze. Ale się wścieknie, ha!

Leczę kaca moralnego po wtorkowym wieczorze (całkiem niepotrzebna megakłótnia z Moją Cholerą). Za pomocą wysiłku fizycznego leczę. Siłownia + gimnastyka z sąsiadką + bieganie (powiedziałam instruktorowi na siłowni, że do końca sierpnia przebiegnę 10 km za jednym zamachem – chyba zwariowałam! na razie połowa tego dystansu…). Skutek nie najgorszy.

Pracy coraz więcej. Do tego mam szanse na dodatkową kasę za tłumaczenia dla firmy szwagra. Oby się dogadać. Stąd rzadkie moje odwiedziny w świecie blogowym… Obiecuję chociaż dwa razy w tygodniu do Was zaglądać.

Weekend spędzimy na wsi. Najem się truskawek za wszystkie czasy! I może jakieś scenki rodzajowe na łonie natury…

księguję inaczej

Żyję w baśni. Najcudniejszej baśni. Jak z Andersena.
Królowa Śniegu… a może raczej Królowa Deszczu z piosenki Roxette.
Z perspektywy dwunastego piętra (widok na skrzyżowanie Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej) obserwuję, jak chmury ustępują miejsca słońcu.
Magiczny niedzielny wieczór. Nie do zapomnienia. Już na zawsze.
Nie skarżę się. I nie żałuję.
Żyję tak, jak umiem żyć. A Tobie, wrogu mój, nic do tego!
Uchylam okno i patrzę w dół. Bez lęku. Tak jak kiedyś. I tak jak wtedy – nie skoczę.