Archiwum dla Lipiec, 2005

kronikarsko

W poniedziałek byłam pełna werwy od rana aż do wieczora (czytaj: ciemnej nocy… hihi!).
Nawet kontuzją odniesioną na siłowni się nie przejęłam. Biegałam sobie radośnie przez prawie czterdzieści minut (ha!) i po zejściu z bieżni coś miałam problem z chodzeniem. Oglądam sobie uważnie obie nogi ;-) a tu lewy but pełen krwi. Znaczy się nieźle się obtarłam. Dzwonię do Mojej Cholery:
- Kochanie kup mi jakiś plaster z opatrunkiem, rozwaliłam sobie nogę na siłowni.
- O kurcze, bardzo? (autentyczna trwoga w głosie)
- Sama nie wiem… widzę tylko krew. (co było prawdą).
Na takie dictum co bliżej ćwiczący panowie przerwali zapasy ze sztangą i podeszli do mnie. Cóż, faktycznie trochę sobie nogę poharatałam. Nic to. Owinęłam strategiczne miejsce chusteczką i radośnie ćwiczyłam jeszcze przez jakieś pół godziny (chociaż ledwo chodzić mogłam). Wyszłam z siłowni uśmiechnięta od ucha do ucha, ON czekał pod bramą.
- Ty możesz chodzić???
- No a dlaczego miałabym nie chodzić?
- Przecież rozwaliłaś nogę, ja myślałam że to poważna sprawa, przyjechałem jak najszybciej…
- Gdyby była poważna sprawa, to chciałabym bandaże/gips/nosze/karetkę/księdza, a nie plaster z opatrunkiem!
W każdym razie nieźle wystraszyłam Moją Cholerę i współćwiczących panów też.
Noga nadal boli trochę, bieganie odpuściłam na razie,ale inne ćwiczenia w toku. No bo jakoś się prezentować trzeba.

We wtorek zakupy.
Powiem tylko, że taki hardkor pierwszy raz w życiu mi się zdarzył.
Otóż „generalnie” chcieliśmy kupić jakieś niedrogie letnie buty dla NIEGO. Zaczęliśmy od Deichmanna w Wola Parku. Spodobał MU się pewien model, jednak nie było rozmiaru. No to siup do Deichmanna w Arkadii. Tam też nie było, ale przy okazji wstąpiliśmy do CCC i normalnie oszalał na punkcie jednych sandałków. Jak łatwo się domyśleć, numeru nie było. A zatem kursowaliśmy po kolejnych CCC (w centrach handlowych, bo pora późna była) – Bemowo, Górczewska, Reduta i Blue City. W tym ostatnim udało się kupić. Zadowolony bardzo. Ja znacznie mniej. Nienawidzę latania po sklepach! A to podobno kobiety zakupy uwielbiają i zrobią wszystko żeby dostać wymarzony ciuch. Poza tym Moja Cholera zawsze się złości, gdy ja kupuję ubrania, nudzi się po prostu i denerwuje – a ja znosiłam tą wtorkową ganiankę bez cienia skargi. Pomnik proszę.

Wtorkowy wieczór i prawie cała środa do zapomnienia.
Bardzo źle się czułam. Ból brzucha, dotkliwy wielce. Oczywiście wymyśliłam sobie, że to na pewno ciąża. Już planowałam, jak zdobyć kasę na aborcję (w mojej sytuacji rodzinno-finansowej nie mogę sobie pozwolić na dziecko); oczywiście ON się wściekł, powiedział że jeśli aborcja to mnie rzuci, ja do NIEGO czy w takim razie będzie w stanie zarobić na utrzymanie dziecka i tak dalej…
Ciąża jest naprawdę mało prawdopodobna – nie znam osoby bardziej zwariowanej na punkcie antykoncepcji niż ja; wprawdzie akurat mam trzymiesięczną przerwę w tabletkach, ale bez prezerwatywy ani rusz ;-) poza tym przecież mam wszystko poprzestawiane w organizmie… Tylko ten nieszczęsny ból brzucha teraz i wilczy apetyt wcześniej (od jakichś dwóch tygodni). Muszę się koniecznie wybrać do lekarza zaraz po powrocie znad morza i znów zacząć tabletki brać, bo to wszystko nie jest na moje nerwy.
Dobra, ciążę można praktycznie wykluczyć – co nie zmienia faktu, że ten ból brzucha jest niepokojący.

Środowy wieczór dla odmiany bardzo miły. Przy kolejnym drinku udało mi się zagłuszyć ból i zapomnieć o kłopotach choć na chwilę. Podświadomie jednak wciąż się boję. Sama nie wiem czego.

Dziś tematem przewodnim jest chemia. Kolega i koleżanka z pracy plus ja próbujemy rozwiązać zadanie. Podana jest masa molowa jakiejś substancji, ilość tej substancji w jednym gramie proszku i stężenie molowe roztworu. Pytanie: ile proszku trzeba aby uzyskać roztwór o danym stężeniu.
Zapewne jest to banalne. Ale siedzimy już piątą godzinę i mamy coraz bardziej fantastyczne pomysły.
A na moim świadectwie maturalnym widnieje niezasłużona czwórka. Powinna być piątka – oberwało mi się za dyskusje ;-(

Spakowałam się wczoraj. Zmieściłam się w jedną torbę, wyobraźcie sobie!!! Wyjeżdżamy raptem na dziesięć dni, a genialna Arietka zabiera chyba ze dwadzieścia koszulek, pięć par spodni, cztery spódnice, jedną sukienkę, trzy cieplejsze bluzki, sweter, marynarkę, kurtkę, trzy pary butów… itede, itepe. No idiotka ze mnie, wiem. Ale obiecałam się przebierać trzy razy dziennie i słowa dotrzymam, hihi!

Przestałam się cieszyć na wyjazd. Może przez ten ból, może przez pogodę niepewną, może przez brak kasy (jedziemy „za moje” – sama tak postanowiłam, ON ma i tak dużo wydatków)…
Życzcie mi uspokojenia. Się.
Do napisania po powrocie :-)))

PS1. Dowiedziałam się wczoraj na siłowni, że mam zalotne oczy. Tom się uśmiała.
PS2. Idę dziś do Karoliny. Będzie też K. Tom jest ciekawa…

Jeszcze cztery dni do urlopu. Nie przeżyję.

„Generalnie” (kultowe słowo z czasów Jakubskiego) to dziś jestem już nad morzem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Zwłaszcza tym ostatnim, w kwestii pracy oczywiście. Ale przed chwilą byłam u szefowej i nawet była miła. Chyba to sadzą w kominie zapiszę.

Mam dużo roboty i po prostu NIE CHCE MI SIĘ jej wykonać, przyznaję się bez bicia! Załatwiłam sprawę z urzędem skarbowym, napisałam kilka ważnych maili po angielsku (hyhy), przygotowałam i wysłałam ważne dokumenty gdzieś tam, teraz kończę bieżące księgowanie, a w kolejce zaległości czekają, błeee… Poza tym: sprawdzam prognozę pogody na różnych netowych portalach, zastanawiam się jakie ubrania wziąć (i czy się zmieszczę w kostium kąpielowy, kupiony półtora miesiąca temu „na styk”…) , esemesuję z Moją Cholerą uzgadniając, co jeszcze musimy załatwić przed wyjazdem itede, itepe. Poczty nie sprawdzam – były sobie wczasuje gdzieś w dzikiej głuszy i nie zamęcza mnie mailami ;-)

Sobota z siedemnastolatkami, niedziela na wsi.
Za dużo jadłam, za mało ćwiczyłam. Dziś się wyżyję na siłowni.
Moja Cholera ma kłopoty ze zdrowiem. Weekendu nic nie użył. Boli GO kręgosłup i ciśnienie za wysokie… Akurat na wyjazd, by to szlag.

W radiu „La isla bonita” Madonny. Też wakacyjnie.
Czuję, że pobyt nad morzem będzie fajny. Tak jak trzy lata temu… Ech, właśnie wtedy oświadczył mi się po raz pierwszy. Pamiętam, że GO wyśmiałam.
A dziś noszę pierścionek.
A wczoraj byliśmy na mszy w kościele, w którym prawdopodobnie będziemy brać ślub (chociaż chyba nie w przyszłym roku…).
A jutro… Mniejsza o jutro, w piątek wyjeżdżam!!!

Dalszych atrakcji nie było…

…nie licząc maili od byłych i niedoszłych panów mego serca. A niech was wszyscy diabli!!!

Postawiłam na spokój za wszelką cenę.
Codziennie siłownia (efekt: dziś się ruszać za bardzo nie mogę), codziennie alkohol (efekt: chyba się zaczynam uzależniać), codziennie dobre jedzonko (efekt: zapewne znów nienawistna siódemka z przodu).
Codziennie bardzo mile spędzam czas z Moją Cholerą. I wcale nie chodzi o seks li i jedynie. Efekt: ZNÓW wierzę, że się nam uda. Cokolwiek to znaczy.
Paradoksalnie właśnie w takich codziennych zmaganiach z samą sobą i przeciwnościami losu, w walce o każdą dobrą chwilę, w niepewności jutra, w uśmiechach przez łzy, w przeklinaniu się nawzajem (by zaraz potem paść sobie w ramiona), w moich wahaniach tkwi nasza siła. I szansa. Że faktycznie możemy być razem na dobre i złe.
A wokół mnie rozpadają się kolejne związki…

Jutro fryzjera nawiedzę. Marzy mi się odjazdowy kolorek i… krótka fryzurka. Na obcięcie włosow raczej mi odwagi nie starczy, zresztą ponoć ładniej wyglądam z dłuższymi włosami. W każdym razie ładnie wyglądać trzeba. W końcu po raz pierwszy od 2002 roku wyjeżdżam na urlopik dłuższy niż trzydniowy. Pogoda denerwująca, ale wyjazd za tydzień dopiero, mam nadzieję że się wyklaruje.

Jak każdego lata zawróciła mi w głowie jedna typowo kanikułowa piosenka. Tym razem jest to „Un monde parfait”. Chodzę sobie po świecie wcale nie parfait podśpiewując (a akcent mam fatalny) „un oiseau, un enfant, une chevre, le bleu du ciel, un beau sourire du bout des levres, un crocodile, une vache, du soleil…”. I happy jestem, bo wszystko rozumiem ;-)