Archiwum dla Sierpień, 2005

Otkaczałka, wariatka, itede, itepe…

Piosenka przewodnia: „Speedy Gonzalez”.
Dowcipy przewodnie: seria o Szybkim Lopezie.

Na razie w skrócie, czasu nie mam na długie notki.
„A więc”:
1. Nie ma już Arietty z Ordona, jest Arietta z Okińskiego. Przeprowadziliśmy się w jeden dzień właściwie.
2. Złożyłam dwutygodniowe wypowiedzenie, 19 września idę do nowej pracy, w międzyczasie muszę wykorzystać trzy dni urlopu, nie wiem jak to zrobię, bo roboty od zajeb… Współpracowniczka jest na urlopie, jeszcze nic nie wie o mojej rezygnacji. Chyba zawału dostanie.

Obiecuję sążnistą notkę opartą na faktach autentycznych zawartych w punktach 1 i 2.

Jak się czuję?
Dziwnie.
Ja – racjonalna i rozważna do wyrzygania – podjęłam szybką decyzję. Najśmieszniejsze jest to, że na nowej pracy nie znam się absolutnie nic a nic. Ufam swoim zdolnościom adaptacyjnym i szybkiemu przyswajaniu wiedzy – nigdy się dotąd nie zawiodłam, więc… Poza tym praca jest tylko nieznacznie lepiej płatna niż dotychczasowa.
Ale – MUSIAŁAM.
Za dużo łez już tutaj wylałam.
Pewnie że wolałabym pracę, gdzie mogłabym od początku wykazać się własnym eu-geniuszem i powalić świtę na kolana.
Jeszcze nie teraz.
Boję się potwornie, a z drugiej strony cieszę ogromnie.
Milion myśli i jedna obietnica: NIE ŻAŁOWAĆ.

Nowe mieszkanie, nowa praca…
Nowego mężczyzny nie ma. I nie będzie, jak na razie :-)))

proszę pana, proszę pana, taka jestem zalatana…

…że nawet się nie denerwuję interview, już za godzinę.

Bo później czeka mnie gonitwa po sklepach w poszukiwaniu lodówki nie wyższej niż 80 cm tudzież materaca, tudzież szafy itede, itepe (jutro przeprowadzka!). W międzyczasie trzeba samochód ubezpieczyć – dziś się kończy OC, całe szczęście właśnie dostałam kilka stów „na lewo”, inaczej autko stałoby sobie na parkingu i czekało na bogatsze czasy. A wszystko to załatwić należy przed godziną 21, wtedy bowiem zasiadamy przed telewizorem i oglądamy koncert Jarre’a. Żałuję baaardzo, że nie będziemy tam osobiście – Moja Cholera jest wielkim fanem takiej muzyki, mnie elektroniczne szaleństwo opuściło, ale efekty… czemu nie.

Interview… cóż, idę na przysłowiową „rybkę”. Nie wiem prawie nic o tej firmie, firma nie wie prawie nic o mnie. Przynajmniej ubrałam się dziś ładnie to już coś. Na pewno nie ponuro, hihi. Niestety karnacja mej facjaty jest iście lepperowska – zachciało mi się wczoraj poratować nadwątloną opaleniznę, no i poratowałam :-(
Jakoś będzie. Musi być.

Delikatnie mówiąc nie jestem entuzjastką łażenia po sklepach, ale niestety sytuacja tego wymaga… W sumie nawet fajnie jest urządzać mieszkanko – niby nie własne, ale „swoje” na najbliższy rok co najmniej. Biegamy zatem jak kociaki z pęcherzami od jednego marketu do drugiego. Brrrr! „W międzyczasie jakieś winko, jakiś seks”, jak to ON powiedział wczoraj trafnie.

Dostałam przed chwilką esemeska. Krótkiego i treściwego. „KOCHAM CIĘ”. Warto żyć…

Uśmiech na usta, głowa do góry, resztki piersi do przodu – no, kto ma dostać tę pracę, jeśli nie ja, hę???

Jestem…

… na wiwat zakichana i w kościach połamana – bieszczadzkie prze-wiania i za-wiania się odzywają.
Oraz zniesmaczona wczorajszym występem Wisły Kraków. Bez szczegółów.

Poza tym wszystko doskonale.

Wesele kuzyna Mariusza… oj, działo się. Działo tudzież armata, hej sowy, puchacze, kruki, nie znałeś panie litości!
W skrócie: rodzina mnie nie poznała. Kolega Darek (dla niewtajemniczonych: swego czasu studiował z panem młodym i obaj pomieszkiwali u mnie w Toruniu) takoż nie poznał. Wypiliśmy za to zgodnie butelkę wódki. Powiedział: „nie obraź się, ale ja spodziewałem się spotkać tu jakiegoś ponurego grubasa, taką cię zapamiętałem”. A to świnia! O takich rzeczach to zapomniał czyżby??? No dobra, ważne że teraz podobam mu się BARDZIEJ.
Przyznam, że spędziłam z nim więcej czasu na weselu niż z narzeczonym własnym. Narzeczony sam sobie winien zresztą; poszedł pogadać na osobności z moim tatą i dwie godziny ich nie było ;-) Po powrocie musiał z konieczności zająć się dziewczyną Darka, hihihi… O właśnie, faceci to są normalnie pokręceni. Kolega Darek olał swoją dziewczynę i towarzyszył mi przez dłuuugi czas, natomiast gdy ona pokazała się w towarzystwie Mojej Chlolery – szlag go trafił. Śmiech na sali!!! W końcu nad ranem panienka wyprowadziła go siłą. A Moja Cholera i ja ubaw po pachy mieliśmy.
Kończąc temat kolegi – na poprawinach udawał początkowo że mnie nie zna, a później płakał przy pożegnaniu. Nic się nie zmienił prez tych lat parę :-)

A rodzina zachwycona Moją Cholerą.
Faktycznie zachowywał się bardzo poprawnie. Jak zawsze zresztą. I pomyśleć, że ja do niedawna się GO wstydziłam… Zdecydowanie to ja robię gorsze wrażenie. Zwłaszcza ostatnio.

Nigdy dotąd nie byliśmy na takiej krawędzi. Li i jedynie z mojej winy źle się działo. Przetrwaliśmy.

Nowe mieszkanko już za tydzień.
Nowa praca… być może już niedługo. Ale na razie siedzę cicho jak truś pod miotłą. Byle nie zapeszyć!

Nowe spojrzenie na Moją Cholerę.
Tak bardzo mnie kocha, a ja tak bardzo go krzywdzę…

Trzymajcie kciuki za pracę. Proszę :-)))