Archiwum dla Wrzesień, 2005

Co do mnie – żyję…

Już nie będzie esemesowych notek. Net w domu mam. Nareszcie. Nie bez przygód :-)

Chora jestem. Mam nadzieję, że to przeziębienie li i jedynie. Trzeci raz w ciągu ostatniego miesiąca. Przez to nawet nie mam jak się przeciwko grypie zaszczepić ;-)
Dziś wyszłam wcześniej z pracy – po tym jak zaksięgowanie kilkunastu faktur zajęło mi trzy godziny, a napisanie kilku maili w języku Szekspira kolejne dwie stwierdziłam, że lepiej sobie iść niż zdychać pod stołem. To się nazywa robić dobre wrażenie w nowej pracy. Hyhyhy.

Moim wiernym Czytelnikom należy się choćby skrótowe wyjaśnienie, co się działo w temacie Arietta przez ostatnie tygodnie sine linea.
„A więc” w nowym mieszkanku sobie egzystujemy z Moją Cholerą już piąty tydzień, w nowej pracy zaliczyłam tygodnie dwa.
Mieszka nam się bajecznie. Nareszcie sami przede wszystkim. Okolica właściwie nieznana mi dotychczas, wydawało mi się to końcem świata niemalże – a teraz się cieszę jak norka, bo i spokój, i cisza, i do nowej pracy na Okęciu blisko (współpracownicy wielce na dojazdy narzekają, a ja pokonuję trasę w dziesięć minut, w tym pięć minut drogi na przystanek). Urządzamy się pomału, większość mebli już jest, reszta poczekać musi na lepsze czasy (czytaj: przypływ gotówki). Czuję się tu jak u siebie (hihi) i wiem już, że z bólem będę to mieszkanko opuszczać kiedyś tam (oby nie wcześniej niż za dwa lata).

Praca – hm, radzę sobie, co wcale nie wydawało mi się takie pewne ;-) Co mnie raduje bardzo – dużo posługuję się językiem angielskim i nawet często korzystać ze słownika nie muszę. Towarzystwo miłe, najważniejsze że płciowo zróżnicowane – znaczy się atmosfera zdrowsza będzie na pewno niż w firmie mojej byłej. Umowa jak na razie do końca listopada. Się muszę starać znaczy się, no.

Tylko coś sprawy osobiste średnio co najwyżej. Robię się ZNÓW aspołeczna. W ubiegłą sobotę byliśmy zaproszeni na imprezkę – nie poszłam, litościwie oszczędzę szczegółów (patrz poprzednia notka). Dziś pożegnanie Karoliny – a ja ledwo żywa jestem i pewnie pojawię się tylko na chwilę…

Z Karoliną się pokłóciłam wczoraj zresztą. Z Moją Cholerą pokłóciłam się ostro w minioną sobotę, a jeszcze ostrzej w środę – o północy wyszłam z domu i ponad godzinę wałęsałam się po osiedlu…
O ironio losu: dwie bardzo bliskie mi osoby traktują mnie ostatnio jak siedlisko wszelkiego zła tego świata. A z czego te kłótnie się rodzą? Z tego proszę państwa, że przestali słuchać tego, co do nich mówię. Z niedomówień, z niedoprecyzowania wynikają sprawy wielkie. Boli mnie to zwłaszcza w odniesieniu do Karoliny, która pomimo swego gigantycznego egocentryzmu zawsze jak dotąd słuchała mnie z uwagą, potrafiła sprawić, że czułam się „ważna”. A teraz, cóż… Arietto, puchu marny…
I dlatego AŻ TAK nie przeżywam jej wyjazdu. Hic et ubique. Bo wiem, że gdy tylko jej samolot zniknie z horyzontu, rozkleję się jak nigdy dotąd…
Dziś miałam pić do upadłego. Cóż, choroba pewnie mi nie pozwoli. Ale na pewno będę w GP – chociaż jedno piwo z Karoliną wypiję.
Za te jedenaście lat znajomości naszej. Za najbliższe pięć miesięcy rozmów przez ocean.
Za szczęśliwy powrót i ten – oby przyszłoczerwcowy – dzień, kiedy to właśnie ona będzie świadkiem na moim ślubie…

Ślub… no właśnie, ostatnio coraz częściej się ten temat pojawia – a nie powinien przed końcem roku (bo właśnie w czwartą rocznicę naszego związku się postanowi, czy damy radę pobrać się w planowanym terminie). Obrączki już nawet wybieramy. Moja Cholera koniecznie chce z domieszką „normalnego” złota – cóż, jeśli faktycznie będzie to tylko mały żółty akcent, się zgadzam. Cóż ja biedna poradzę, że klasycznego złota nie lubię po prostu? Białe… no, to co innego :-)
Z jednej strony planowanie ślubu, z drugiej… niestety coś bardzo trudne do zdefiniowania, coś złego między nami, coś co czujemy i wiemy od dawna już. Jak trudne jest to dla nas obojga, to wiemy my tylko. Nie pierwsza to niewesoła sytuacja w naszej prawie czteroletniej historii prywatnej. A zatem… wierzę, że dobrze będzie!

„To co mam, to co mam swietego,tego mi nie zabierze nikt”

Pusty dom.Czerwone wino,radio i ksiazka.Wiara w lepsze jutro.Poradze sobie.Sama.Jak zawsze.

nienawidzę klimatyzacji!!!

Zwłaszcza tak zwariowanej jak w mojej (już niedługo NIE MOJEJ) pracy, wieje jak cholera centralnie na głowę, znów jestem przeziębiona przez to. Szlag mnie trafia, bo umówiona jestem na wyjście wieczorkiem, a zakichana jestem tak jak dwa tygodnie temu, głowa boli i tak dalej. Po pracy miałam na siłowni się poprodukować, ale chyba sobie odpuszczę. Czuję się źle, no!

Wczoraj się spotkałam z Karoliną. Było dość ostro. I tylko po jednym piwie. Tak trzeba. Jeśli dziś będę w stanie się ruszyć, to też z alkoholem ostrożnie. Nie służy mi on wyraźnie.

Muszę się pilnować. Bardzo.
Zachowuję się poniżej krytyki.
Każde nasze wspólne wyjście „do towarzystwa” kończy się kłótnią wielką. Mam do NIEGO pretensje o wszystko… a najbardziej o to, że jest. Podobno wygląda to tak, jakbym GO nie szanowała nic a nic. W pewnych kręgach jest już nazywany błogosławionym męczennikiem ;-)
Karolina szczera do bólu była. „Uważasz się za lepszą od NIEGO, tak? Wiesz że jesteś niezła, że masz powodzenie u facetów, że możesz mieć ładniejszego, mądrzejszego, bogatszego – no to zakończ ten związek i nie marnuj facetowi życia!”.
No… to nie całkiem tak.
Abso-kurwa-lutnie się za lepszą nie uważam. Od nikogo, od NIEGO w szczególności.
Sama nie wiem, dlaczego właśnie tak postępuję.
Jakiś dziwny diabeł namieszał?

Kocham GO.
Coraz trudniej przychodzi mi mówienie o tym uczuciu…
Nie chcę kończyć tego związku.

Chcę dziś iść na piwo, no! Nie kichając innym w kufle, no!