Archiwum dla Październik, 2005

w zasadzie niegroźna

Mam krótkie włosy.
Mam BARDZO krótkie włosy.
Mam O B Ł Ę D N I E krótkie włosy.
Wyglądam nieźle, czuję się bardzo dobrze i robię obłędnie pozytywne wrażenie na płci przeciwnej.

Do Mojej Cholery wysłałam dwa zdjęcia MMSem…odpowiedź dostałam po wielu, wielu godzinach i nawet się nie cieszyłam na słowa „kochanie nigdy nie wątpiłem że jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie, wyglądasz ślicznie, jestem pod wrażeniem, nie mogę oka nacieszyć”.
Nie pierwszy raz JEGO dłuższy wyjazd w rodzinne strony oznacza ignorowanie mnie do granic mej wytrzymałości.
W takim razie ja ignoruję również. Wysyłam zdawkowe informacje o zapłaceniu rachunków – i tyle.

Nie bardzo odpoczęłam w weekend. Sobota zalatana, niedziela zajeżdżona – a poniedziałek dzisiejszy w pracy już, i do późna, i potem siłownia, i sen zapewne problematyczny dosyć. Jutro dzień spod znaku 51… wszyscy święci balują w niebie, a ja sama sobie będę.

Brakuje mi mężczyzny, dla którego byłabym tą-jedyną-najważniejszą-wcale-nie-na-całe-życie-ale-tu-i-teraz-i-żeby-był-to-typowy-facet-któremu-tylko-seks-w-głowie-bo-mi-bardzo-seksu-brakuje-no-i-na-imprezkę-mógłby-mnie-zabrać-bo-dość-mam-gnicia-w-domu!!!

(a teraz nadstawiam dupsko na słuszne kopniaki za permanentne narzekanie).

Bo zła jestem, no. Zła że jedyny facet na którym mi zależy (i to jak zależy…) nie liczy się ze mną nic a nic.

UPDATE, wieczór:
Nowy kawałek Hey’a świetny jest! W zupełnie starym stylu ichniejszym. Poważny kandydat do tytułu mojej prywatnej piosenki roku.
A TY… „kochaj mnie mimo wszystko” ;-)

akcent komiczny – pomimo wszystko

Środa, lekko po dwudziestej. Wracam z siłowni linią 186 oczywiście. W towarzystwie Mojej Cholery. Streszczam MU moją ostatnią podróż tym autobusem, uspokajając GO jednocześnie, że teraz coś takiego się nie zdarzy, bo jedziemy późniejszym kursem i to na pewno nie jest ten sam kierowca. Dojeżdżamy do newralgicznego skrzyżowania. Mówię Cholerze „i właśnie tu ten palant skręcił w lewo, a nie w prawo”. Nie zdążyłam wypowiedzieć się do końca, albowiem znów skręciliśmy w lewo. Zaczęłam się śmiać jak idiotka. Innym nie było do śmiechu – okazało się, że nie tylko ja podróżowałam feralnym autobusem w poniedziałek. Pan kierowca nasłuchał się inwektyw wszelakich (najbardziej od pani, która jest naszą sąsiadką z klatki obok, hihi). Tym razem już nie cofał, pokluczył trochę osiedlem i wyjechał na właściwą trasę (już za „moim” przystankiem, niestety).
Mam serdecznie dość jazdy 186. Tyle że to jest jedyny autobus łączący mnie z siłownią, inaczej musiałabym się kilka razy przesiadać…

A tak ogólnie to do śmiechu mi wcale nie jest. Za radą Femelle staram się doceniać to, co mam – na przykład nowe dżinsy, sztuk dwie. Cena bardzo niska. I układają się idealnie. Jak faaajnie jest mieć na sobie coś, co z tyłka nie spada ;-)
Doceniam znajomych, którzy nie odwrócili się ode mnie mimo, że nie mam dla nich czasu nic a nic.
Doceniam Moją Cholerę… chociaż tak bardzo brakuje mi adoracji, podziwu, „iskry bożej” z JEGO strony! Nie będziemy widzieć się od dziś do środy włącznie – może takie rozstanie przypomni nam stare dobre czasy „i nasze łóżko zapłonie jeszcze raz”?

Stare Dobre Małżeństwo…

…”z Tobą czystość zachować – to gorzej
każdy lew by się spalił już dawno”…

O kim teraz myślę?

lekko zzieleniała wędlinka powyborcza

Przede wszystkim harcerskie pozdrowienia dla towarzyszy niedoli, czyli pasażerów autobusu linii 186, którym miałam wątpliwą przyjemność podróżować dziś w czasokresie 19:35 – 20:00 mniej więcej (baaardzo szczególne pozdrowienia dla miłego chłopaczka, który siedział naprzeciwko mnie, hihihi). Kierowcy natomiast należą się solidne bęcki. Otóż rzeczony autobus spóźnił się dwadzieścia minut. Następnie jechał zrywami (a ja mam kłopoty z błędnikiem i mało się nie porzygałam, brzydko mówiąc). Przy każdym hamowaniu tłumek pasażerów tracił równowagę i zawsze kilka osób na mnie lądowało. Najciekawiej było jednak u kresu mej podróży, bowiem kierowca doznał pomroczności jasnej i na skrzyżowaniu osiedlowych uliczek (kocham moje osiedle – czy już o tym mówiłam?) zamiast w prawo skręcił w lewo. Podnieśliśmy larum oczywiście, więc zaczął się wycofywać – nie no, to było przepiękne. Pozbyłam się kompleksów a propos moich nieumięjetności prowadzenia auta… To musiało fajnie wyglądać, gdy wielki stary przegubowy autobus wykonywał dziwne manewry, tarasując ulicę przy tym. Dość budujące było zjednoczenie się w niedoli pasażerów. Jaka szkoda, że na następnym przystanku wysiadałam… ;-)

A teraz poważniej nieco.
Zwycięstwo Kaczyńskiego przyjęłam ze sporą dozą niedowierzania, a jednocześnie bardzo spokojnie. Aż dziw, zważywszy na to, że jeszcze niedawno planowałam po ewentualnej kaczej wiktorii pakować manatki i wybyć jak najdalej stąd, na wyspy Hula-Gula czy coś podobnego. Cóż, mój mikroświat nie zawalił się, ba! nie zachwiał się nawet. Chyba dlatego, że należę do tych (nielicznych jak się okazało) SZCZĘŚLIWCÓW, którym władze państwowe ani zaszkodzić, ani pomóc specjalnie nie mogą. Nic mi ani do socjalnych gwarancji Kaczora, ani nieskrępowanej wolności Tuska. Edukację bezpłatną zakończyłam; pieniędzy od państwa nie potrzebuję, bo jestem w stanie na siebie zarobić; na mieszkanie kiedyś stać mnie będzie na pewno; od kilku lat żyję w konkubinacie i nie czuję się przez to kimś gorszym od tradycyjnych małżonków (ale ślub kiedyś wezmę… prawdopodobnie!); twardo stąpam po ziemi i to się nie zmieni, o!

A mogę troszkę pomarudzić???
Czuję się niedoceniana.
B A R D Z O.
Przykro mi to mówić, ale zwyczajnie nie opłaca się być dobrym dla bliźnich. Im bardziej się staram, tym bardziej wytyka się mi każde potknięcie, każdą gorszą chwilę objawiającą się mniej szerokim uśmiechem czy zrobieniem dla kogoś dziewięciu rzeczy zamiast dziesięciu.
Przyznam, że mało mam teraz czasu dla rodziny, przyjaciół, znajomych. Co nie znaczy że zapomniałam. Co nie znaczy że mi nie zależy…

Z rzeczy przyjemnych: ściągnęłam wczoraj nową płytę Depeche Mode!!! Cieszę się jak stado norek. Tylko ten cholerny brak czasu… nie wiem, kiedy wygospodaruję sobie godzinkę czy dwie na zapoznanie się z „Playing The Angel”. Pewnie w okolicach Święta Zmarłych… Moja Cholera wyjeżdża na cztery-pięć dni, ja muszę być w pracy, niestety! Samotne wieczory… No, nie do końca samotne. Czerwone wino, książka i Depeche Mode :-)