Archiwum dla Listopad, 2005

i się listopad (s)kończy(ł)

Minął jak jeden dzień niemalże. Jakbym wczoraj zapalała na Powązkach świeczkę Kuroniowi…

Nie bez kozery jest określany najgorszym miesiącem w roku. Pogoda „i całą reszta”. Moja „cała reszta” zbyt zakręcona była tego listopada. Zakręcona jak moje włosy, nie przymierzając. O właśnie – zaczęłam inaczej układać włosy, zrezygnowałam z intensywnego szczotkowania, pozwalam żeby skręciły się w loczki… mała rzecz a cieszy ;-)

Listopad – falowanie i spadanie jak nigdy dotąd chyba; od szeptu do krzyku, od szczytów radości do dna rozpaczy – a prawie wszystko to w temacie mojego związku z NIM.
Wiem już na pewno, że popełniłam kolosalny błąd pozwalając sobie na zakochanie. Się. Niestety fakt, że zakochana jestem do szaleństwa, nie pozwala mi na jedyny rozsądny krok, czyli zerwanie.
I nie jest to miłość bazująca na słodkich wspomnieniach, jakiż to ON był dla mnie dobry cztery czy dwa lata temu. „Dowody miłości” otrzymuję na co dzień, choćby w postaci odbierania mnie wieczorem z hali sportowej (co wymaga tłuczenia się przez pół miasta), kwiatów wręczanych bez okazji, miłych esemesów w ciągu dnia, czułego szeptu pośród nocy… i tego co najbardziej mnie cieszy, a mianowicie „wzięcia się” za finanse.
Co nie zmienia faktu, że zakałapućkałam się maksymalnie i – do kurwy-nędzy-wędrowniczki – dla dobra nas obojga powinniśmy rozstać się jak najszybciej i znależć partnerów, którzy będą bardziej odpowiedni dla nas.

Wojna postu (czytaj: adwentu) z karnawałem – inaczej mówiąc rozum kontra serce – trwa. Serce wygrywa bezapelacyjnie. Ale…

Dieta trwa również. Ciekawa jestem, czy COKOLWIEK mi się schudnąć uda – nawet tego nie sprawdzę zapewne, jako że wagi nie posiadam ;-) Na obiecany kieliszek szampana zasłużyłam sobie dzisiaj stanowczo.

A jutro… będzie już grudzień. Coraz bliżej Mikołąjki i Święta (łojezu, za co ja prezenty sprawię, hę???), później Sylwester (i magiczna pora zero trzydzieści plus minus), że o moich KOLEJNYCH urodzinach nie wspomnę.
Grudzień będzie dobry. Ja to wiem.

A jutro… miesięcznica nasza. „Coś” mam obiecane ;-)

naprawdę nie dzieje się nic…

Już dawno tak nie „przebimbałam” weekendu. W ściśle negatywnym znaczeniu bimbającego słowa.
W sobotę obijałam się jak dzika – nomen omen – świnka. Miałam rano pójść na siłownię – nie chciało mi się. Gniłam w łóżku z książką, oglądałam biathlon na Eurosporcie; za sprzątanie wzięłam się dopiero po południu. Wieczorem Stodoła w miłym towarzystwie. Muzyka denna wprawdzie – przeboje disco przerobione na klubowe umciaumcia – ale i tak się wytańczyłam porządnie, trzy piwka wypiłam (z czego dwa pierwsze duszkiem, jak za studenckich czasów, hihi), poprzytulałam się do Mojej Cholery… Oczywiście w drodze powrotnej się pokłóciliśmy. O co, panie i panowie? O nasz ślub. Otóż zostałam posądzona o chęć zaciągnięcia GO na siłę do ołtarza – a ja tylko luźną uwagę wtrąciłam, że skoro wyjeżdża, to znów ślub odsunie się na kiedyś-tam-przy-innej-okazji. A ja już mam dość tego odsuwania! W ogóle stwierdziłam ostatnio, że chciałabym już wyjść za mąż, ot tak. Tylko się ze mnie nie śmiejcie!!! W każdym razie kłótnia zakończyła się zdjęciem przeze mnie zaręczynowego pierścionka ze słowami „skoro nie chcesz się ze mną ożenić, to nie ma sensu żebym go nosiła, prawda?”. Uprzedzając fakty – w niedzielę faktycznie nie nosiłam. Czułam się jak bez ręki, zatem dziś założyłam. Tak lepiej.

Niedziela: odsypialiśmy (z miłymi przerwami odsypialiśmy…) do południa. Cholibka, starzejemy się! A propos cholibki – „Harry Potter” w kinie. Mam szczególny sentyment do czwartej części przygód (już nie tak) małego czarodzieja… czytałyśmy ją z siostrzenicą w malowniczej scenerii zakopiańskiego pensjonatu na przełomie stycznia i lutego 2002 roku. Oj, pod wieloma względami pamiętny był to wyjazd ;-) Film całkiem udany, chociaż zgodzę się z Martą, że aktor grający rolę tytułową delikatnie mówiąc nie bardzo się popisał. Godnie zastąpili go jednak Lucjusz Malfoy (przypomniał mi luźno jednego z bohaterów Twin Peaks), Snape (w książkach jest obleśny, w filmach bardzo interesujący) i oczywiście Lord Voldemort w osobie Ralpha Fiennesa. Ogólnie miło spędzone dwie i pół godziny. Później pizza w ulubionym miejscu dwa kroki od domu :-) zakupy (butów OCZYWIŚCIE nie kupiłam i nadal marzną mi paluszki), Marcin Wrona w TV (kocham Wronę jeszcze z RMFu), odrobina szampana – i już było po weekendzie.

Przebimbałam, no.

Dieta od dziś, a jakże. Na razie bez problemów – mimo skąpej dawki pożywienia miałam „powera” na siłowni jak nigdy. Bez problemów zniosłam widok Mojej Cholery ze smakiem zjadającego obiad (zrezygnował ze słodyczy, aby choć trochę się ze mną zintegrować w diecie – fakt godny odnotowania, albowiem dzień bez czekolady czy ciastek jest dla NIEGO dniem straconym). Nawet dwa duże Heinekeny w lodówce (na które ciężko zapracowałam Mickiewiczem) nie kuszą nic a nic. Jutro będzie wszechstronnie gorzej, ponieważ nastanie wtorek (wtorek? nie – potworek!), czyli dzień totalnie zaganiany, 15 godzin poza domem. Zwykle jadłam coś na mieście, między jednymi zajęciami a drugimi – teraz nie da rady, oj nie! Ale jeśli jutro uda mi mi się nie skusić na nadprogramowe jedzonko, we środę pozwolę sobie na kieliszek szampana, o właśnie tak!

Zmęczona jestem jakoś. Kąpiel, pomalowanie paznokci ;-) i łóżko. I książka. I nie zacznij przypadkiem rozmowy o ślubie dziewczyno, bo znów awantura gotowa!!!

kawałek po kawałku

1. Scenka rodzajowa spod Instytutu Francuskiego. Otóż stało sobie wczoraj wieczorem bliziutko rzeczonego Instytutu małe czerwone autko. Na masce rzeczonego autka warstewka świeżego śniegu. W rzeczonym śniegu napis „J’ADORE MICHAŁ”. Uśmiałam się :-)

2. A propos – coraz bardziej nie lubię mojej grupy językowej. Począwszy od faktu, że zwyczajnie się nie wyrabiam w czasie i notorycznie spóźniam się co najmniej kwadrans, poprzez niezbyt ciekawą panią prowadzącą, włączając chichoczące panienki, kończąc na moim totalnym zmęczeniu po pracy, co sprawia że siedzę z głupią miną i patrzę na zegarek. W skrócie: mało skorzystam z zajęć w tym semestrze, oj mało.

3. Dwa wieczory z językiem polskim. Pomagałam koleżance, która uczy się w zaocznym technikum. Kurcze, nie było łatwo zagłębić się w meandry epoki romantyzmu (nigdy za romantyzmem nie przepadałam). Z drugiej strony jednak sporo pamiętam jeszcze. Może nie jestem aż taka głupia, hyhy.

4. Dziś test Coopera na bieżni. Przez dwanaście minut przebiegłam dokładnie dwa kilometry. Maszyneria litościwie wystawiła mi notę 3 w pięciostopniowej skali ;-) Prawdę mówiąc nie spodziewałam się lepszego wyniku (no, może dwa dwieście…), pewien niedosyt jednak pozostał (niestety należę do tych nieszczęśliwców, którzy nigdy nie są z siebie zadowoleni). Trzeba się bardziej przyłożyć do ćwiczeń… Tylko jak tu się przykładać, kiedy ulubiona siłownia daleko i od pracy, i od domu? Do dyspozycji autobus linii 186, o którym już kiedyś pisałam. Trzy razy w tygodniu jakoś daję radę.

5. W przyszłym tygodniu kilka dni na ścisłej diecie, raczej w celu ćwiczenia silnej woli niż schudnięcia. Zobaczymy, czy uda się wytrwać.

6. W weekend zakupy ubraniowe. Nienawidzę kupowania łachów (nawet schudnięcie nie pomogło). Niestety buty zimowe mieć muszę. Poprzednie kupiłam na pierwszym roku studiów – zatem znoszone są już bardzo, nowe mi się należą. Oczywiście skoro Arietta raz na siedem lat chce sobie zimówki kupić, to nic ciekawego w sklepach nie ma. Wymagania co do butów mam następujące: solidne ale zgrabne, czarne, najlepiej sznurowane, skóra lub coś skóropodobnego, do kostki lub lekko ponad nią, futerko w środku, gruba „ząbkowana” podeszwa. I cena niewygórowana oczywiście ;-) Moja Cholera też buty zeszłej zimy zniszczył, poza tym przy przeprowadzce zgubił gdzies czapkę i rękawiczki. To się obkupimy, mam nadzieję :-)

7. No właśnie… ON i ja, temat-rzeka. Dziś powiem tylko, że zatraciłam się w miłości. Zachowuję się jak małolata. Bo dobry jest dla mnie jak… jak zawsze, tylko zaczynam nareszcie to doceniać, nie dorabiam zbędnych ideologii, nie analizuję wszystkiego „szkiełkiem i okiem”. Doczekałam się we środę słów: „wiem, że bardzo cię skrzywdziłem”… automatycznie zaprzeczyłam! Środowy wieczór szalony był zresztą, autentycznie nie spodziewałam się, że mój Narzeczony potrafi mieć tak szczeniacko romantyczne zapędy; na środku pokoju ułożył serce z palących się świeczek, staliśmy razem w tym sercu z kieliszkami szampana w dłoniach, wpatrzeni w siebie jakbyśmy byli zakochani do szaleństwa… śmiałam się przez łzy, sytuacja z harlekina rodem!

A co na to mój zdrowy rozum? Hm… czmychnął gdzieś w ubiegły piątek i dotąd jak czmychał, tak czmycha.
I – jak się domyślacie – wcale nie jest mi z tym dobrze. Wszelkie moje zatracenia się w czym/kimkolwiek niefajnie się kończyły.

Nic to. Na razie się cieszę. Weekendem zwłaszcza. Snu mi potrzeba!!!