Archiwum dla Grudzień, 2005

zmiennicy, czyli „rok 2005 był to dziwny rok”…

…zaczął się wspaniale, skończył pod psią gwiazdą. Wspominań tudzież podsumowań nie będzie. Bo nie, i już.

Chyba że muzycznie. Dziesiątka piosenek z roku mijającego, których jako-tako dawało się słuchać, kolejność przypadkowa raczej:
1. Hey – Mimo wszystko
2. Grabaż – BTW (mamy tylko siebie)
3. Komety – Bezsenne noce
4. Ilona – Un monde parfait
5. Goya – Mój
6. Hurt – Załoga G
7. Depeche Mode – Precious
8. Madonna – Hung up
9. U2 – All because of you
10. The Killers – Somebody told me

Nie chcę wracać do przeszłości. Teraźniejszość nie jest bowiem najgorsza.
Otóż nasza „biała sala” sylwestrowa nareszcie nie jest biała. Trzy ściany łososiowe, dwie ściany oliwkowe, sufit w łososiowo-oliwkowe trójkąty; tylko ściana z oknem pozostała biała (ale okno zajmuje całą długość ściany praktycznie).
Z malowaniem była zabawna sytuacja. Potwierdzenie powiedzonka „szewc bez butów chodzi”. Cztery miesiące GO prosiłam – a przecież na co dzień zajmuje się właśnie wykończeniem wnętrz ;-) Zresztą sama zachowuję się podobnie – ja, prawnik z wykształcenia, księgowa z zawodu (księgowa z Bożej łaski pełna…) co roku pod byle pretekstem proszę tatę, aby wypełnił moje roczne zeznanie podatkowe, hihi. O tym, że moja mama nauczycielka przez ponad czterdzieści lat pracy zawodowej „wyprowadziła na ludzi” tabuny uczniaków, którzy po latach jej dziękują i utrzymują z nią kontakt, a nie dałą sobie rady z wychowaniem własnych dwóch córek (poprawka – wcale nas nie wychowała), to już kiedyś wspominałam chyba.

Kręci mi się w głowie. Może od wczorajszego szampana (w ramach treningu przed dzisiejszą nocą sylwestrową), może od patrzenia na padający śnieg za oknem, może z nadmiaru uczuć – tych dobrych oczywiście.

Postanowienia noworoczne? Tylko jedno: NICZEGO NIE POSTANAWIAĆ ;-)

Żegnam się z Wami na rok starym przebojem Abby…

„No more champagne
And the fireworks are through
Here we are, me and you
Feeling lost and feeling blue
It’s the end of the party
And the morning seems so grey
So unlike yesterday
Now’s the time for us to say…

Sometimes I see
How the brave new world arrives
And I see how it thrives
In the ashes of our lives
Oh yes, man is a fool
And he thinks he’ll be okay
Dragging on, feet of clay
Never knowing he’s astray
Keeps on going anyway…

Seems to me now
That the dreams we had before
Are all dead, nothing more
Than confetti on the floor
It’s the end of a decade
In another ten years time
Who can say what we’ll find
What lies waiting down the line
In the end of eighty-nine…

Happy new year
Happy new year
May we all have a vision now and then
Of a world where every neighbour is a friend
Happy new year
Happy new year
May we all have our hopes, our will to try
If we don’t we might as well lay down and die
You and I”

Życzę, aby ten Nowy Rok zapisał się radosnymi tonami w dziejach „miasta i świata”.
Moim Czytelnikom… cierpliwości do mnie ;-)
A sobie samej – hm, dalszego budzenia się i chodzenia spać we mojocholernym niebie.
I nadziei, że lepiej będzie.
Poczekam.
W atmosferze wzajemnego (nie)zrozumienia.
Dojadę.

…coś być musi, do cholery, za zakrętem!

nie tylko o luzie

Osobiście swego związku za „luźny” nie uważam, chyba że biorąc pod uwagę brak aktu małżeństwa. Trwamy sobie cztery lata, od dwóch i pół roku razem mieszkamy, mamy wspólną kasę (właściwie, hihi), wspólnie urządziliśmy mieszkanie, żadne z nas nie ma chęci na skok w bok, całkiem poważne plany na przyszłość mieliśmy (że po raz kolejny ze ślubem nie wyszło – cóż…). Pewne wydarzenia splotły nas ze sobą mocniej niż księża (księżowska? trudny wyraz…) stuła ;-)

Mówiąc o przejściu do „luźnego” związku miałam na myśli nie traktowanie słów mego Narzeczonego tak do końca poważnie. Mieliśmy wczoraj rozmowę na ten temat, powiedziałam MU że ostatni rok to pasmo niedotrzymanych obietnic z JEGO strony (nie tylko obietnic mi złożonych); że z lekka to dziecinadą trąci i niech się zastanowi nad swoim postępowaniem.
Pożyjemy – zobaczymy.

Kac moralny a propos pierwszego dnia świąt coraz większy. Jest mi tak wstyd, że… nie umiem sobie z tym poradzić. Co z tego, że planowaliśmy ślub na 17 czerwca i nie wyszło? Przecież to nie znaczy, że cały świat ma żałobę przywdziać!!!
Jestem zaproszona na to wesele, swoją drogą. Może pójdę, kto wie? Ale zero alkoholu, na pewno ;-)

Przygotowania do Sylwestra rozpoczęte wizytą w solarium. Nowe lampy zaowocowały Lepperowską facjatą. „Do koloru” założyłam dziś sweter w czerwono-czarne pasy i spódniczkę w czerwono-czarną kratę – myślałam jeszcze o rajstopach w różyczki, ale na szczęście przeszły gładkie.
Aha, Sylwester na białej sali. Tylko we dwoje. I cieszę się niesamowicie, i boję przeogromnie…

Bolesne dojrzewanie Arietty, lat dwadzieścia sześć bez dziewięciu dni.

Święta ciężkie.

W noc przed-wigilijną esemes od Marty: „nie dzwońcie do mnie w święta, mam problemy, nie chcę i nie mogę rozmawiać, odezwę się później, wytłumacz to prosze rodzicom”.
Wytłumacz rodzicom, dobre sobie!
Jak łatwo się domyśleć, na takie dictum mama powtarzała co trzy minuty „ale co się mogło Marcie stać”, a tata krzyczał na przemian z obrażaniem się. I tak przez trzy dni świąt.

Wigilia bardzo udana, mimo Wielkich Nieobecnych. Zajęłam się przygotowaniami i może dzięki temu nie myślałam zbyt wiele ;-)
Jak zgrzyt żelaza po szkle: obiecał zadzwonić. Nie zadzwonił.

Pierwszy dzień świąt. Wystroiłam się na zawody, popijam drinka, jest fajnie. Telefon. Na szczęście nie ja odebrałam. Dzwoniła chrześnica mojej mamy. Zapowiedziała się wraz z narzeczonym na popołudnie z wizytą – w celu zaproszenia na wesele 17 czerwca.
Wstyd mi bardzo, ale nie zniosłam tego. Upiłam się i zamknęłam w pokoju (chwała dużemu mieszkaniu rodziców); do gości nawet nie wyszłam.
Tak, wiem że bardzo dziecinnie postąpiłam. Niestety… nie mogłam inaczej, nie mogłam i już, przepraszam raz jeszcze!
Powiedziałam mamie o wszystkim co być miało. Nie zrozumiała, ale próbowała uszanować…

Działo się i dobrze: magiczne chwile na Pasterce, nowa fryzura (obcięłam włosy niemal przy skórze, wróciłam do naturalnego ciemnego brązu, odmłodniałam o dziesięć lat), wymiana świątecznych życzeń z tak wieloma osobami…

Koniec roku zabiegany. Żeby nie myśleć.
Ultimatum dla NIEGO: albo zgodzi się na bardzo luźny charakter nasego związku – po prostu nie mogę GO już traktować poważnie, zbyt wiele mnie to kosztuje… albo – no, albo się nie zgodzi.

I znów dziwnie spokojna jestem. Mimo wszystko.