Archiwum dla Styczeń, 2006

Kota nie ma – mysz harcuje. I żałuje…

Z pełną świadomością tego, że zostanę przez Czytelników odsądzona od czci i wiary – jak najbardziej słusznie zresztą – zdaję relację z wczoraj.

Z pracy urwałam się o wpół do czwartej. Uwinęłam się dość szybko ze sprzątaniem, oglądnęłam skoki w TV (wspominając jak cztery lata temu byłam w tłumie kibiców na Wielkiej Krokwi…). O zawaleniu się dachu mówili w wiadomościach, a jakże. Jednak nikt nie spodziewł się wtedy, że katastrofa przybierze takie rozmiary…

Zatem wprowadziłam w czyn pomysł Karoliny – „idź do fajnej knajpy i zamów ulubione piwo”. Poszłam, a jakże. Wystrojona na zawody. Biały sweterek z mega dużym dekoltem, czarna apaszka na szyi dla zatarcia śladów czułego pożegnania z Moją Cholerą, czarna krótka spódniczka, „urodzinowe” rajstopy w biało-czarne paski, mocny makijaż, kropla perfum.
Początkowo nawet nie miałam na piwo ochoty. Łaziłam po Starówce, łaziłam, łaziłam… w końcu jednak trafiłam do „fajnej knajpy”. Usiadłam przy barze, zamówiłam piwo. Facet siedzący obok sam zaczął rozmowę. Niezobowiązującą. Wypiłam piwo bardzo szybko… w sumie myslałam już o powrocie do domu. Kolega zaproponował jednak zmianę lokalu – niedaleko stąd miał być koncert. No dobrze, co mi szkodzi? Pub okazał się faktycznie bardzo miły, zespół grał bez większych fałszów, atmosfera przyjemna bardzo.

Nie będę ukrywać, ja też byłam przyjemna bardzo.
Pozwoliłam sobie postawić piwo i kupić kwiaty.
Pozwoliłam sobie przyjąć z łaskawością księżnej pani tony komplementów dotyczących piękna mej twarzy oraz wspaniałości mej figury.
Pozwoliłam sobie na słodkie uśmiechy.
Pozwoliłam sobie na wzniesienie się na szczyty sprawności intelektualej. Ach, jakaż byłam dowcipna, ironiczna, oczytana i wszystkowiedząca.

Pozwoliłam sobie na zbytnią bliskość. Dopiero teraz to do mnie dociera, tak właściwie. Jak uparcie broniłam się przed pocałunkiem w usta, mówiąc „jestem jak Julia Roberts”. Na jego słowa „ale na wszystko inne pozwolisz?” odpowiedziałam „nie”. „Dlaczego?” – „bo tylko prawdziwa Julia Roberts może na to pozwolić”.
Do niczego zdrożnego nie doszło tak naprawdę. Ale…

Najważniejsze: pozwoliłam sobie go spławić.
Wróciłam ostatnim dziennym autobusem,drogę od przystanku do domu pokonałam w dwie minuty zamiast zwyczajowych ośmiu, w biegu pastwiąc się nad otrzymanymi kwiatami, w domu włączyłam TV…
…i zatonęłam w relacjach ze Śląska, szok i niepokój mieszał się z żyłką reporterską (której nigdy się nie pozbędę).
Dziś od rana chłodno analizuję relację w mediach, jednocześnie łącząc się w bólu ze wszystkimi, których ta tragedia dotknęła…

Ale – chcąc nie chcąc – wracam myślami do wczorajszego szaleństwa (bo jak to inaczej nazwać?) Szaleństwo… ale przecież byłam w pełni władz fizycznych i umysłowych, w pełni świadomie odpisywałam na miłosno-tęskne esemesy od Mojej Cholery (w równie miłosno-tęsknym tonie… bo tak właśnie się czułam!). Nie przeszkadzało mi to jednak być adorowaną przez kogoś innego.
Jak się czuję? Nijak. Ani mi dobrze nie było, ani odrażająco. Ot, brak emocji.

Odkąd poznałam Moją Cholerę, nie zdarzyło mi się nic podobnego. Wszelkie „awanse” ze strony panów ucinałam w pół słowa. A teraz…

Czy to znaczy że tak może być częściej?
Czy mój związek z NIM ma jeszcze sens?
Czy ja jestem kurwą/szmatą/dziwką?

(na pewno strasznym dzieciakiem)

Oglądam TV. Płaczę.
Tak bardzo chciałabym, żeby ON był teraz obok mnie…

UPDATE, poniedziałek, około południa.
Telefon od NIEGO.
Siedem minut pięćdziesiąt jeden sekund narzekania, że nie może wszystkich spraw pozałatwiać tak jak należy i że prawdopodobnie wróci później niż zamierzał.
Ani jednego pytania w stylu „co u ciebie”.
Ani jednego miłego słowa.
Ergo: JA SIEBIE ROZGRZESZAM.

frustracja, prostracja, obsesja, koncesja…

Zjadłam właśnie dwa jajka na twardo, kilka plasterków szynki, zagryzłam waflem ryżowym i poprawiłam surówką.
Znaczy się nic dziwnego że nie chudnę.

Usprawiedliwieniem nie będzie na pewno fakt, że w pracy miałam dziś czas tylko na dwa kawałki chrupkiego z miodem. Szkolenie od rana, w międzyczasie opieka nad nową współpracownicą… zaległości mam potężne, pierwszy raz mi się zdarza tak totalny burdel, korespondencja zagraniczna leży odłogiem, dokumenty nie poksięgowane… Mam nadzieję, że jutro choć częściowo uda mi się opanować bałagan.

Właśnie – miał być to tydzień ostrrrych ćwiczeń, zamiast tego był ostrrry zapieprz w pracy. Zmęczona jestem bardzo. Jutro zapowiada się regularna dniówka. Mus to mus.
Znów namiastka weekendu zatem. Miałam wziąć wolne na poniedziałek i jechać z Moją Cholerą w JEGO rodzinne strony. Dawno nie widziałam się z teściami ;-) Nic to, pojedzie sam – a ja (za radą Karoliny) mam sekretne plany na sobotni wieczór… a może na niedzielny… ale ciiiiiii, nie zapeszajmy!

Układa się nam nie bardzo przez kilka ostatnich dni. Fakt, że wina w dziewięćdziesięciu iluś tam procentach po mojej stronie leży… Mszczę się mimo woli – pamiętając, jak byłam odtrącana permanentnie jeszcze do niedawna, teraz ja odrzucam jego „awanse”, skutkiem czego znów o seksie mowy (a tym bardziej uczynku) nie ma. Co tam seks! nawet rozmowa się nie klei, bo zawsze do kłótni dochodzi.
Wczoraj zachował się bardziej niż dziwnie. Otóż rozmowa zeszła na temat małżeństwa… powiedziałam MU wprost, że po tej całej aferze z odwołaniem ślubu nie mam już najmniejszego zamiaru zostać JEGO żoną, „choćby z pistoletem zaszedł mi drogę”. Reakcja: prawie załamało się chłopisko.
-To znaczy że mam się wyprowadzić, że nie chcesz być ze mną?
- Ależ skądże, kocham Cię coraz mocniej i chcę żeby nam było dobrze razem jak najdłużej – tylko temat ślubu zamykamy, i tak go nie chciałeś, więc ja też nie chcę.
- Przecież ja nigdy nie mówiłem że nie chcę się z tobą ożenić!!!
(ja w duchu: „idź serdeńko, bo Cię trzepnę! a kto dwa miesiące temu przekreślił czerwcowe plany, hę?”
głośno:)
- No to ja mówię, że nie chcę wyjść za Ciebie. Oszukałeś mnie, zraniłeś, wystawiłeś do wiatru – nazwij jak chcesz, mam nauczkę na resztę mojego parszywego życia. Wolę staropanieństwo.

Prawie się popłakał.
A ja dopiłam wino i zasnęłam słodko.

Zemsta? Raczej postawienie sprawy jasno.
Spory ciężar spadł mi z serca. Szkoda, że na wadze tego nie będzie widać (ach, jakiż wysublimowany dowcip).

Jak się do tego wszystkiego ma mój optymizm? Nieco to skompliwowane. Z jednej strony zdecydowanie nieco na wyrost się uśmiechałam i wmawiałam sobie, że wszystko w idealnym porządku jest – zawsze sprawa się rypnąć musi. Z drugiej strony – jeszcze do niedawna takich kilka ciężkich dni z NIM wyprowadzało mnie z równowagi na długo. A teraz? Wstaję, otrzepuję piórka, głowę do nieba unoszę, resztki piersi do przodu – świat jest mój :-)
Jeśli „to” utrzyma się przez dłuższy czas, śmiało zostanie uznane za mój największy sukces życiowy! Od zawsze byłam skrajną pesymistką, dołowanie się było jedynym celem i sposobem na życie… nie no, ćwierć wieku takiego speudożycia wystarczy, wystarczy, wystarczy!
Teraz będzie lepiej. Wierzę bardzo.

A teraz godzinka tylko dla mnie. Nie w starym dresie jak zwykle! Założę ulubione dżinsy i bluzeczkę ledwie biust zakrywającą. I będę skakać pod sufit. I się wydzierać. I głośno śmiać…

„…gdy chcę się napić to piję
a kiedy senna to leżę
świętem radości jest życie
kiedy chcę grzeszyć to grzeszę…”

I nikt (czytaj: Moja Cholera) nie będzie patrzył na mnie jak na wariatkę i mówił „odbiło ci z tym tańczeniem kobieto”!!!
Wraca z pracy dopiero późnym wieczorem…

balonówka z coca-colą, romantyczny sen…

Fajnie jest?
Bywa.

Sonda na Gazeta.pl – „jaki jest najlepszy sposób na mróz”; jedna z odpowiedzi to OPTYMIZM i oczywiście tę zaznaczyłam (wcale nie była popularna). Staram się tryskać optymizmem, co tak średnio mi się udaje. Wysmarowałam do Karoliny wielce radosnego maila z opisem polskiej zimy, która to zima mi niestraszna albowiem uśmiecham się od rana do wieczora i nawet wiadomości o ślubach bliższych i dalszych znajomych przyjmuję spokojnie…kłam Pinokio kłam

Ano właśnie.
Milion myśli zmierzających ku wypadkowej „po coś ty się kobieto tak na ten ślub nastawiła”, i kwakwakwa, i brekekeks.

„…wczoraj mi obiecywałeś
Będę z toba do końca twych dni
Dzisiaj płaczę, świat się śmieje
Co się z toba Aniu dzieje
Moje serce krwawi
Bo mój chłopak się nie zjawił
Stoję sama w sukni białej
Przed ołtarzem…”


Brakuje mi siłowni bardzo. Sobie człowiek dał wycisk, się spocił jak ruda mysz i wolny był od wszelkich myśli oprócz „czy 186 przyjedzie na czas” ;-) Cóż, z uwagi na warunki mrozowe tudzież nie najlepszy stan zdrowia odpuszczam bieganie na Koło w tym tygodniu. Niestety efektem wracania do domu tuż po pracy jest jedzenie… nieduże, na szczęście. Dżinsy jakieś luźniejsze dziś mi się wydały… pewnie to złudzenie, ale daj Boże więcej takich złudzeń!

Tańczę (czytaj: podskakuję jak wróbel na nitce) około godziny dziennie. Łydki mnie bolą. Pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu mogłam przetańczyć całe noce… (będąc cięższą o 10-15 kg). Ale naprawdę wciąga mnie taka aktywność ruchowa. Biedna Moja Cholera znosi cierpliwie nie tylko moje akrobacje, ale też podśpiewywanie w tańcu (a ładnego głosu Bozia mi poskąpiła). Sąsiedzi nie reagują, jak na razie przynajmniej. A ja przypominam sobie dawne czasy. Ech, gdyby tak w Warszawie znaleźć dyskotekę w zupełnie starym stylu… byłabym stałym bywalcem ;-)

Fajnie jest?
Powiedzmy…

Aha, sprawa such a small amount zakończona ze wszech miar pozytywnie. 400 dolarów z ogonkiem jest już na firmowym koncie, hihihi. Ze stosownymi przeprosinami oraz nadzieją, że nasza dalsza współpraca będzie bardziej harmonijna.
Nie ma to jak powody do zadowolenia. Mieć.