Archiwum dla Luty, 2006

Monty Python Latino Power – bardziej niż kiedykolwiek

Moja Cholera na piwku z kolegą, ja w domu sama. Rekonwalescencja tudzież kwarantanna. Uspokajam się, wyciszam, odpoczywam.

Aż zanadto odpoczywam. Francuski leży odłogiem, prawo leży odłogiem, ćwiczenia na brzuch leżą odłogiem (ale dziś wieczorem na pewno będą), GENERALNIE aktywność fizyczna ogranicza się do przewracania kartek powieści Berlinga, dreptania do kuchni po rozgrzewające herbatki z miodem i spirytusem, zaciskania kciuków za naszych olimpijczyków, klikania dwoma palcami w klawisze oraz… no tak, do seksu (aż się sama dziwię… więcej o stosunkach naszych później). O przepraszam, wczoraj sprzątnęłam całe 22 mkw mieszkanka (gruntownie) i potańczyłam godzinkę w rytm naprawdę odmóżdżającej muzyczki. Opracowałam świetny układ choreograficzny do „Step by step” New Kidsów – ech, marzy mi się dyskoteka w stylu lat ’80, gdzie mogłabym ten układ zaprezentować szerokiemu gremium, hihi. Pamiętam przecież, jaką sensację wzbudziliśmy z kolegą w „Enklawie”, tańcząc „U can’t touch this” MC Hammera w starym dobrym stylu… Nic to, Karolina wraca już za tydzień (YES, YEES, YEEES!) i znów będziemy razem robić Tour de Pub :-)

Chociaż ostatnio pod względem wyjść nie mogę narzekac na Moją Cholerę. Ostatkowy weekend zapowiadał się naprawdę interesująco i pozadomowo, niestety nie po raz pierwszy moje choróbsko pokrzyżowało plany. Zatem wczoraj tylko kino („Capote” – dobry film, aż zechcę zapewne wrócić po latach do jego książek) i nie za długi wieczorny spacer, urodzinową wódeczkę w domu rozpiliśmy, znów napstrykał mi mnóstwo zdjęć („bo ty taka śliczna jesteś” – oczywiście musiałam dziś zapomnieć oddać film do wywołania, musiałam zapomnieć!) Myślę o aparacie cyfrowym, ale chciałabym odtwarzacz MP3 chyba bardziej… a na razie wstawiam nagrywarkę do komputera, nareszcie :-)

Chyba i JEMU, i mnie colokwiek dało do myślenia to wszystko złe, co ostatnimi czasy działo się między nami. Jesteśmy oboje inteligentnymi stworzeniami (chociaż moja pisanina tutaj bynajmniej niekoniecznie to potwierdza) i obyśmy wyciągnęli budujące wnioski z tej trudnej i smutnej lekcji ŻYCIA.
Kocham GO coraz mocniej (to widać) i – czego absolutnie ponoć nie widać – szanuję bardziej niż kogokolwiek.

Dość lenistwa. Francuski naprzód marsz. Potem potańczę, a co! Mam nadzieję, że jutro już będę w stanie poćwiczyć na siłowni. Nie mogę się już doczekać wiosny i biegania (o ile w okolicy znajdę tereny do biegania – może być ciężko). I oczywiście noszenia Starej ale Jarej skórzanej kurtki – za dwa tygodnie wielka akcja jej zwężania :-)

I pomyśleć, że kiedyś-hen-wcale-nie-aż-dawno-tak dołowałam się permanentnie.
Teraz nie potrafię długo być załamana czymkolwiek (to dobrze), ale mieć dobry nastrój przez dłuższy okres też nie (to źle). Pieprzona moja zmienność!

UPDATE, poniedziałkowy wieczór – don’t panic!
No i mam za swoje lenistwo. Jutro muszę się wypowiedzieć w kwestii dwóch reklamacji – a oczywiście lachę w ostatnim tygodniu na to położyłam. Od półtorej godziny siedzę w przepisach, analizuję te dwa przypadki – i głupsza jestem coraz bardziej. Skompromituję się jak nic. Do tego wściekłam się na Moją Cholerę, który oczywiście znów potraktował mnie jak worek treningowy. Mam serdecznie dość podnoszenia na mnie wiecznie głosu! Doświadczałam tego codziennie przez osiemnaście lat mieszkania z rodzicami. Oni przynajmniej jakieś prawa do tego mieli. ON nie ma żadnych. Nie pozwolę sobie.
Boję się jutra. Denerwuję się jak przed ustnym egzaminem.
Kiepsko się tydzień zaczyna. Jak tak dalej pójdzie, to w sobotni wieczór Karolinę powitają moje zdechłe doczesne szczątki :-(

UPDATE 2, wtorkowe południe – jest wszechstronnie gorzej.
Właśnie wyszłam na idiotkę. Wygląda na to, że ktoś już zadecydował o mojej przyszłości w tej firmie, ale mnie o tym poinformować nie raczył.
Teraz proszę uprzejmie zwariować, droga Arietto.

„KAŻDA JEST LEPSZA OD CIEBIE”

Usłyszałam wczorajszego poranka od mężczyzny z którym jestem ponad cztery lata, z którym od prawie trzech lat mieszkam, który prawie rok temu ofiarował mi zaręczynowy pierścionek i kwakwakwa, i brekekeks.
Najgorszemu wrogowi (nie mam wrogów… chyba) nie życzę znalezienia się w podobnej sytuacji.

Teraz to ja jestem zimna jak lód. Chociaż stara się jak może, opiekuje się mną w chorobie (a wczoraj wieczorem naprawdę podle się czułam – dziś wolne, kuruję się w domu), właśnie urwał się wcześniej z pracy i zaraz będzie ze mną.
A mnie to nie rusza. No do kurwy-nędzy-wędrowniczki, tytułowy tekst zwalił mnie z nóg – a jak wiadomo kawał baby ze mnie i zwalić mnie z nóg nie tak łatwo. Swoją drogą boli mnie każdy centymetr mego obfitego ciała i już dwa dni nie ćwiczyłam nic a nic. Nadrobię. Oby jak najszybciej.

Gniję dziś w domu zatem. „Dzieci Graala” skończyłam, teraz część druga, czyli „Krew królów”. W porę jednak oderwałam się od lektury, włączyłam TV i tę stronę… i MAMY MEDAL! Cieszę się ogromnie. Emocjonowałam się wielce, udzielałam na forum ;-) ech, potrzeba trochę radości, nie tylko mi…

Na pulpicie kompa nasze zdjęcie z Łazienek, zrobione w Wielkanoc roku 2004. Pocałunek czuły przedstawiające. Czas zmienić na cokolwiek bardziej neutralnego, nie wyciskającego łez z oczu…

Tyle na razie. Będą apdejty.

UPDATE 1, sweet eighties:

„Miało być lepiej – nam gorzej znów jest
Długo milczałeś lecz dziś
Chcesz mi powiedzieć że trudno ci znów znieść
Ten upór i głupie me łzy

Za pięć dwunasta ujrzałam twą twarz
Było wspaniale, lecz cóż
Pięć minut później wiedziałam już wszystko
Że nam może być tylko źle

Jak długo można komedię tę grać
Zerwij to wszystko – a dziś
Dziś jeszcze wspomnij ostatni ten raz
Co kiedyś łączyło nas

To nie do wiary, zimny jak lód
Jesteś po latach zaledwie czterech
Gdzie tamto ciepło, gdzie tamten żar
Byłeś jak piekło -
Dziś jak lodowy głaz”

(Klincz – To nie do wiary; lekko zmodyfikowany tekst)

UPDATE 2, JEGO esemes sprzed chwili:
„Kochany Króliczku, piszę do Ciebie bo chcę Ci powiedzieć, że bardzo Cię kocham. I to bardzo bardzo. Jesteś słodkim Królikiem, takim fajnym. Zaraz będę w domu. Całuję”.
Za mój komentarz niech posłużą dwa krótkie filmowe cytaty:
– „Piździu piździu zupa rybna” (Weiser)
– „Chuj nie skowronek” (Półserio)

UPDATE 3, sobota – drugi medal, kolejna desperacka próba poukładania sobie świata:
Pięknie się nam Igrzyska kończą.
Znów dyżuruję przed TV i śledzę relację Ekipy.
Staram się zdystansować do ostatnich wydarzeń. Racja – sobie zasłużyłam…

Dawno-dawno temu, gdy na podwórku bawiliśmy się w Smerfy, zawsze byłam Klakierem…

…dziś jednak przypisana jest mi rola Marudy.

Bo chora jestem, no. Trzymałam się bardziej niż dzielnie całą srogą zimę – tym dzielniej, że Moja Cholera wykurować się od listopada nie może; a ja wszelkie przeziębienia dusiłam w zarodku. Teraz jednak nie dało się zdusić. Angina dopadła mnie nagle niedzielnym wieczorem i trzyma w morderczym uścisku… brrr. Ledwo mówię, wszystko mnie boli, czuję się świetnie, ach jak wspaniale. Jutro lekarz.

Wczorajsze ważenie… totalna porażka. Mało się nie poryczałam przy wszystkich, widząc nienawistną siódemkę z przodu. Trener sam był wielce zdziwiony, że tak intensywnie ćwicząc (same aeroby praktycznie) i tak niewiele jedząc przytyłam zamiast schudnąć. Cóż, nie wtajemniczałam go w ponury fakt, że przy bliższym poznaniu każdy twierdzi, żem nie jest normalna (się potwierdziło i tu, a jakże). Uroniłam w domu kilka łez przy NIM, dostałam za to ochrzan i po raz kolejny usłyszałam „wolałem kiedy byłaś bardziej okrągła”…
Przejrzałam stare albumy ze zdjęciami – i właściwie rację MU przyznaję. Owszem – pyzate policzki, noszone od iks lat te same ciuchy (bo ciężko było dostać coś ładnego w rozmiarze XXL), monstrualnie grube uda, „oponki” na brzuchu… Ale – piękne loki, kwitnąca cera, uśmiech na ustach, biust jakiś tam niewielki, ale był. Od zawsze należałam do pulchniejszych dziewczyn, trzymałam wagę osiemdziesiąt kilka kg, kompleksów wielkich nie miałam.
A teraz? Co mi po stosie nowych ciuchów w rozmiarze M, skoro mam bardzo krótkie włosy, okrutnie mnie postarzające (musiałam ściąć, wypadały garściami i plątały się niemiłosiernie), pryszczata cera nastolatki, wiecznie spuchnięte powieki i sine cienie pod oczami (niewyspanie i płacz…), ściśnięty żołądek odmawiający przyjmowania „normalnego” pożywienia, obsesyjne myśli dookoła jedzenia, permanentne zmęczenie, itede, itepe? No fakt, nie wszystko to wina odchudzania się. Ale – jednak na złe mi ono wyszło.

Późną wiosną roku 2004 „wzięłam się za siebie” absolutnie nie w celu schudnięcia, raczej po to aby odzyskać utraconą wieki temu kondycję (byłam typem kibica w kapciach). Przez całe lato biegałam z Karoliną, na jesieni zaczęłam chodzić na siłownię. Pomalutku, niepostrzeżenie gubiłam kolejne kilogramy. W czerwcu 2005 ważyłam już mniej niż 70 kg i wygladałam już naprawdę nieźle (z tego okresu są zdjęcia w linku). I… chciałam więcej. Niestety. Ograniczyłam drastycznie jedzenie (od dawna moim podstawowym posiłkiem w roboczym tygodniu jest duży jogurt albo surówka, do tego owoce, czasem chrupkie pieczywko miodem maźnięte; w weekendy niestety czasem sobie pofolguję), coraz więcej ćwiczę, kondycji mogą mi już chyba olimpijczycy z Turynu pozazdrościć – a waga w miejscu stoi albo co gorsza w górę lekko idzie, jak teraz właśnie. Mam ochotę rzucić wszystko w pizdu, za przeproszeniem – znaczy się zacząć jeść „normalnie”, bo z aktywności fizycznej nie zrezygnuję na pewno, wiele radości mi ona daje (już się zastanawiam, gdzie będę biegać na wiosnę… blisko starego mieszkanka miałam stadion i trzy parki; tutaj tylko bloki-bloki-bloki). Tyle że boję się, że prędzej czy później wrócę do starej mojej wagi, że nie zmieszczę się w ukochane dżinsy…
No, nie wiem co robić, przyznam się bez bicia. Na razie na pewno odpuszczam siłownię. Trzeba gardło wyleczyć.

Plany na wieczór? Nie mam ochoty na Ligę Mistrzów w TV. Chyba naprawdę jestem chora ;-) Osiem minut na brzuch najpierw, oczywiście. Gorąca herbatka z miodem i cytryną (bo ja Miodowa Panienka jestem, hihi) i zaszycie się pod kołdrą z „Dziećmi Graala” (za przykładem Mojej Cholery zaczytuję się powieściami, których akcja rozgrywa się w średniowieczu).
I JEGO kochane ramiona…
Mimo wszystko.