Archiwum dla Marzec, 2006

w ustach sól

Sprawa na „nie” dotyczyła możliwości przygotowania przeze mnie pewnej dziewczyny do matury z angielskiego. Niestety tylko jedną lekcję z nią miałam – ponoć znalazła kogoś, kto mógłby do niej na lekcje przyjezdżać (fakt, do mnie się musiała przez całą Warszawę tłuc); a może moje niekonwencjonalne metody nauczania nie przypadły jej do gustu ;-) W każdym razie szkoda mi – nawet nie tyle możliwości dodatkowego zarobku, co zmierzenia się z nowym wyzwaniem (nigdy dotąd nie udzielałam płatnych korepetycji). Może kiedyś znów się okazja trafi ;-)

Druga ważna sprawa rozmywa się najprawdopodobniej. A już zdążyłam sobie nadziei narobić. Znów. Chociaż tak bardzo chciałam nabrać dystansu… Na razie koszmarne deja vu. Dokładnie przed rokiem miało miejsce wydarzenie, będące początkiem mego kolejnego załamania nerwowego. Dotąd nie mogę zapomnieć.
Wyglądało to tak, tak i tak.

Rok minął. Bardzo przykry rok.
I oto wszystko się ułożyło cudownie. Czego się nie spodziewałam, przyznam szczerze. Podobnie jak rok temu poważne plany ma wobec mnie. Podobnie jak rok temu chce powiedzieć o ych planach moim rodzicom.
Ale ja po prostu nie wierzę, że to by się udać miało. Przewiduję powtórkę z rozrywki wspomnianego powyżej scenariusza sprzed roku.
Nie dziwota zatem, że JEGO zapał osłabł zupełnie i jedziemy sobie na weekend ot-tak.

Wszystko to sprawia, że nastrój podły mam. Wyglądam okropnie, czuję się takoż kiepsko.
Przecież powinnam dziękować świętemu Zarkwonowi za drugą szansę. Nie miałam przecież nadziei żadnej, skoro od trzeciego kwietnia roku dwa tysiące piątego każdy wspólny dzień oddalał nas od siebie.
Nie potrafię.
Nie śpię od kilku nocy. Jem dziwne rzeczy. W pracy obecna ciałem tylko.

Czy tak zachowywać się powinna dziewczyna, którą Pewien Ktoś kocha ponad życie;który to Ktoś zrozumiał, jak bardzo zawiódł ją ostatnimi czasy;który to Ktoś nie chce już z nią żyć „na kocią łapę” i chciałby się ożenić jak najszybciej; który to Ktoś zaskakuje ją swą dojrzałością; który to Ktoś planuje budowę domu dla nich i ich dzieci?…(i wiele by jeszcze wymieniać)

Nie ufam.
Nie wierzę.

UPDATE, przed siedemnastą:
A mi pewna osoba właśnie dokopała.
A szlag by trafił i małe szlaczki.

Inaczej było wczoraj wieczorem.

Piłkę z doskoku ledwie oglądałam.
Wino zamiast piwa.
Mój Wariat Kochany zapożyczył się u byłego szefa i autko kupił. I dobrze, samochód jest MU niezbędny w pracy.
Tylko znów to pakowanie się w długi…

A ja?
Noc praktycznie bezsenna.
Sił witalnych brak. A po godzinie osiemnastej czeka mnie dziś długa praca umysłowa.
Chyba urwę się wcześniej z pracy i pójdę na siłownię, wysiłek fizyczny powinien dobrze mi zrobić.
I – co najważniejsze – niech się cokolwiek wyjaśni, w jedną lub drugą stronę. Bo życie w ciągłej niepewności zabija resztki optymizmu i nadziei we mnie. O ironio! jedna z tych spraw „do wyjaśnienia” powiązana jest właśnie z moim pozytywnym nastawieniem; z moją wiarą że może wszystko być tak, jak to sobie wymarzyłam; z przyjęciem do wiadomości faktu, że można zmienić swój pogląd na pewne sprawy z dnia na dzień pod wpływem jednego pozytywnego impulsu; z odzyskaniem zaufania i kolejną próbą zapomnienia o dramatycznych wydarzeniach okołolistopadowych…

…i w ten oto sposób właściwie wiadomo już, czego ważna sprawa dotyczy…

Jak bardzo brakuje mi teraz kogoś realnego, tak do wygadania się! Karolina zakuwa do najważniejszego egzaminu, nie chcę jej obarczać moimi problemami… A zatem – tradycyjnie, „jak trwoga to do bloga”.

UPDATE, wczesne popołudnie:
Dół całkiem pokaźny.
Pomyśleć, że wczoraj tak wszystko dobre mi się układało. Dziś – koszmar.
„Pozytywne nastawienie”???

UPDATE 2, później nieco:
Jedna z ważnych spraw rozstrzygnięta.
Na „nie”.

o! jaki dziwny, dziwny, dziwny…

Dzieje się tyle, że mój mały rozumek przestał to ogarniać.
Dwie bardzo ważne sprawy. Napiszę co i jak, oczywiście. Jeszcze nie teraz. Wszystko zmienia się jak… kobieta ;-) zatem pewnie bardzo szybko musiałabym sążniste dementi spładzać. Poczekam dni parę, aż cokolwiek pewnym się stanie. Powiem tylko, że jeśli chociaż jedna ze spraw się rozstrzygnie pozytywnie, będę zabiegana sto razy bardziej niż dotychczas. A jeśli obie… będę musiała sprawić sobie skrzydełka u nóg niczym Hermes (Hermes? o kurczę, wcale nie jestem pewna!), ale moje szczęście będzie nad poziomy wylatywać!

Pewna jest wiosna. Słońce świeci jak szalone (niestety już po południ ma pdać). I ciepło nareszcie. Dziś premiera skórzanej kurtki. Krótka spódniczka i stare kozaczki (zbyt szerokie się zrobiły… chodzę jak w klapkach). Uśmiech na usta i głowa uniesiona bardzo wysoko. Te męskie spojrzenia… bezcenne ;-)

Skoro jestem przy premierach – nowy image na siłowni. Mam. Otóż od początku mego romansu z halą sportową (wrzesień 2004) miałam jeden strój: czerwona bluzeczka z reklamą Coca-Coli w języku rosyjskim (ukradziona w pierwszej pracy), czarne spodnie z czerwoną lamówką (made by stadion), czerwone trampki (z przeceny, za 5 zł). Strój ten cierpliwie znosił prawie codzienne przepocenie i idące za tym pranie. W ostatni weekend stwierdziłam jednak, że czas na zmiany – bluzeczka nieco się zeszmaciła, spodnie są za duże, buty popękały. „A więc” kupiłam błękitne spodnie z żółtą lamówką, błękitną bluzeczkę z zieloną koniczynką (kolor dobrany przez Moją Cholerę – uważa że ładnie mi w niebieskim), dodałam stare granatowe adidasy – i frrru. Nikt ze współćwiczących mnie wczoraj nie poznał ;-) Wesoło było. Zważyłam się przy okazji, waga pokazała 68 z minimalnym ogonkiem (w stroju treningowym z butami włącznie). Znaczy się nie jest źle. Ponoć widać, że schudłam… no, akurat nie na wadze, ale sylwetka faktycznie coraz ładniejsza. Aż się odważyłam przymierzyć dżinsy kupione „na schudnięcie”. Będę je nosiła. Są niemal idealne. Myślę, że przy chodzeniu się dopasują do sylwetki. Już nie będą smutnie tkwić na dnie szuflady :-)

A dziś wieczorem piłka nożna w TV i piwko (JEDNO!!!).