Archiwum dla Kwiecień, 2006

jak się nie ma co się lubi…

Humor dopisuje, mimo fatalnej pogody za oknem.
Moja Cholera odbiera właśnie autko z warsztatu, lekko wyklepane zostało, z dokładniejszą naprawą trzeba będzie poczekać do wypłaty pieniędzy z ubezpieczenia. Najważniejsze, że powiezie nas dziś w siną dal :-)

Tak, mam wolny wtorek. Trzymano mnie wczoraj w niepewności aż do piętnastej trzydzieści ;-) w końcu ktoś coś szepnął, poleciałam po podpis do głównego dyr. (który mnie lubi trochę) – no i mam. Przy okazji dowiedziałam się w kadrach, że na ten rok mam jeszcze całe 26 dni urlopu – czym od razu esemesowo pochwaliłam się Mojej Cholerze „możemy jechać w dwutygodniową podróż poślubną”. Ach, jak ja GO lubię prowokować… dość się już napłakałam przez to nieszczęsne odkładanie ślubu, teraz NARESZCIE nabieram dystansu i pozwalam sobie na ironizowanie. I pięknie jest :-)

Pierwotnie miał być wypad do Zakopanego – cóż, „money, money, money”. Jedziemy zatem na wieś, jak co roku ;-) w sumie nawet się cieszę, lubię pracę na działce (chociaż nie tak, jak moi rodzice…), lubię włóczyć się na rowerze po okolicznych przysiółkach, zastanawiając się jakim cudem udało się zachować te tereny z dala od cywilizacji, lubię pić piwo przy ognisku… STOP, NIE TYM RAZEM! Tyle że pogoda nie najlepsza – śledzę od dni paru prognozy dla Opola Lubelskiego, niezbyt optymistyczne :-(

Pensja już od czwartkowego popołudnia na koncie jest. Cieszy mnie to niezmiernie, jako że dwie recepty niewykupione miałam. Dawno już się tak z pieniędzy nie wyprztykałam tak kompletnie, jak w kończącym się miesiącu. Doprowadziło to do zabawnej sytuacji we środę.
Wracam z siłowni, dzierżąc w torbie JEGO ulubione piwo (Warka Strong – błeee!) zakupione za ostatnie pieniądze. W dimu wręczam MU to piwo z promiennym uśmiechem oraz słowami „Mam do Ciebie wielką prośbę kochanie, ale obiecaj, że nie będziesz się śmiać”… i w tym momencie sama rechotać zaczęłam. Zdołałam wydusić z siebie „mógłbyć mnie poratować dwudziestozłotówką”, na co ON też histerycznym śmiechem wybuchnął. No bo żebym ja o pieniądze GO prosiła… szczyt wszystkiego :-)))

(gwoli ścisłości: dostałam 20 zł, a jakże – nawet więcej chciał mi dać, ale to uwłaczyłoby mej godności i zaadzie „radź sobie sama sobie radź”, hyhy)

Wczoraj przed południem mały kryzys. Zwątpienie w siłę JEGO uczuć do mnie, w sens dlaszego bycia razem „na zasadach ogólnych”… wysłałam MU wiele alarmujących esemesów, przestraszył się, fakt ;-) Humor poprawiła mi decyzja o urlopie; później na siłowni godzina wygłupów z ekipą ze starej pracy (i jak zawsze komplementy od współćwiczących… no nie powiem, cieszą mnie one bardzo). Wieczorem około pięćdziesięciu minut na oślej łączce – o właśnie, OFICJALNIE UZNAJĘ SEZON BIEGANIA W PLENERZE ZA OTWARTY - całkiem przyjemna ta łączka, największa zaleta to trawiaste pagórki i dolinki, całkiem inaczej się biega niż po asfalcie, no i podbiegi męczą trochę, wiadomo :-) Nawet nielubiane przeze mnie psy przyjaźnie się odnosiły. Wieczorem cokolwiek brzusznego jeszcze… i baaardzo mile spędzony czas przy muzyce Starego Dobrego Małżeństwa, i wszelkie obawy przeminęły w blasku świec – no dobrze, NIEMAL wszelkie.
Pozostała zazdrość, że inni potrafią kochać „tak po prostu”.

A dziś nie chce mi się sprzątać, oczywiście. Trochę poczytałam rano, trochę Trójki posłuchałam, aktualnie gapię się na zwierzaki… lenia mam, no :-)

Wszystkiego najlepszego z racji weekendu długiego!

coś mi ta wiosna nie służy

Jestem taka zmęczona, że nie kontaktuję niemalże. I to pomimo tego, że przecież już drugi tydzień pracy jest czterodniowy.

Co dzień po pracy zajęcia dodatkowe różne (sama sobie przecież ten los zgotowałam…), w domu późno jestem bardzo, a tu jeszcze ze zwierzakami się pobawić ;-) urywek meczu obejrzeć, opowiedzieć MU o wydarzeniach dnia (i wysłuchać JEGO opowieści…), pół godzinki ćwiczeń, przygotować ciuchy&torby na dzień następny, samograja zaprogramować, jakieś papiery powypełniać, w wannie prawie zasnąć… i po północy się robi. Potrzebuję więcej snu…

Zapomniałam o urodzinach bliskiej mi osoby. Wstyd i hańba. ON mi wczoraj wieczorem przypomniał, gdy już padnięta zasypiałam (czym skutecznie mnie rozbudził, spędziłam bezsenną godzinę na wymyślaniu sobie od różnych takich).

Zapominam o jedzeniu w miarę zdrowym, zatem waga uparcie pokazuje 68 kg (dieta cud pozwalająca schudnąć 3 kg potrzebna na gwałt!!!). Cóż, mój własny Narzeczony pocieszył mnie wczoraj „no przecież mogłoby być 78 kg i ja bym się tylko z tego cieszył”. Obłudnik!

No i nie biegam, chociaż pogoda zachęcająca. Niestety dzień w dzień wracam do domu po dwudziestej pierwszej i zwyczajnie nie mam siły na oślą łączkę wyskoczyć. Obiecuję jutro. Po siłowni :-)

Potrzebuję dłuższego wypoczynku jak kania dżdżu. Niestety we wtorek na 99% będę musiała stawić się w pracy (tu następuje stek wyzwisk). A tak się cieszyłam na kilka dni na łonie natury. Chyba za bardzo się cieszyłam.

Powiedziałam MU, co mnie męczy i dręczy. Musiałam, no. Zrozumienia nie oczekuję, spełnienia tym bardziej. Ale… niech wie. Niech ma nauczkę na przyszłość.

Moim jedynym marzeniem Tu i Teraz jest materac na Okińskiego.
SEN…

UPDATE, szesnasta dochodzi:
Ba! dumna z siebie jestem prawie że.
Otóż przezwyciężyłam nieśmiałość (bo ja nie umiem prosić o swoje) i – pomimo faktu, że wszyscy z mojego działu już na pewno będą się urlopować drugiego maja – i ja podchody pod wolny wtorek robię. A może się uda?
Kciukowanie w powyższej sprawie mile widziane!

szkoda

Miała rację Piękna Kobieta: na blogu to ja jestem wyszczekana jak stado kundli, zwłaszcza w kwestiach pomstowania na Moją Cholerę… natomiast „sam na sam” ciężko ze mnie cokolwiek wydusić sensownego. Taaak, jeszcze więcej alienowania się i znów stanę się istotą całkowicie aspołeczną. Alkohol dodaje mi pewności siebie i język rozwiązuje – zaleta to czy wada? – cóż z tego, skoro na razie nie spożywam go w ogóle, a w perspektywie ograniczyć zamierzam znacznie.
Ice Tea też dobra jest :-)
Pizza też dobra jest. Zwłaszcza w miłym towarzystwie. Mam tylko nadzieję, że dla drugiej strony moje towarzystwo było równie miłe – jak wcześniej wspomniałam, elokwencją się nie wykazywałam, o nie.
Ale cieszę się jak norka, o. Właśnie.
A perfumy, hm… – dałyśmy je sobie wcisnąć na ulicy. Dosłownie wcisnąć! Żeby nie było że z nas takie święte naiwne – po pierwsze primo: naprawdę ładny zapach, po drugie primo: naprawdę przyzwoita cena, po trzecie primo: naprawdę sporo kobiet dało się namówić :-)

W poniedziałek milcząca wielce byłam. Zrozumienie bez słów… I wtorkowy ranek też niemal bez słów, za to – za to spóźniłam się do pracy piętnaście minut ;-)
We wtorkowy wieczór już nie milczałam. I dziś rano też nie. Spóźniłam się do pracy pół godziny. Przez to. Przez mielenie ozorem po próżnicy.
Postanowienie wczorajsze uleciało hen.
Piękna tragedia.
A miałam naprawdę dobre intencje.
Którymi jak wiadomo piekło jest wybrukowane. Na rzeczonym piekielnym bruku ideał zakotwiczył.
Dokarmianie ryb na wznak, jak w starym przeboju Papa Dance.

Spróbujmy ożywić tę smętną notkę.
Futrzana niespodzianka to kolejny przykład perfidii Mojej Cholery. No bo miałam zwierzaka obiecanego na urodziny. Szóstego stycznia znaczy się. Nie dostałam – „no bo gdzie u nas klatkę postawić”. Niech będzie. A tu się okazało, że klatka się jednak zmieściła między biurkiem a drzwiami. A w klatce dwa czarne myszoskoczki :-)))
Wczoraj wieczorem chyba ze dwie godziny leżeliśmy sobie przy klatce i bawiliśmy się z nimi. Jak dzieciaki…

Tak. Jestem dzieciakiem.
Idiotycznym dzieciakiem.
Udowodniłam to znów do-bitnie.

Dzisiejszy wieczór będzie bardzo trudny. Ale – nie zrezygnuję.