Archiwum dla Maj, 2006

Żeby nie było, że teraz tylko słodkości i różowości.

Po raz sama już nie wiem który postanawiam uczyć się na własnych błędach. Poniedziałek i wtorek pełne błędów były. Wnioski wyciągam, a jakże.

Obiecałam się uczyć, taaak? I owszem, się uczyłam. Całe popołudnie i o wieczór zahaczyłam nawet. Efektownie to brzmi, mało efektywnie jednak. Po pierwsze: Moja Cholera akurat też wcześniej pracę skończyła. Wiedząc, że czasu dla NIEGO mieć nie będę, postanowił zrobić sobie dzień filmowy i „zapodał” obie części „Kill Bill”. Dla przypomnienia: egzystujemy w mieszkanku o powierzchni 22 mkw. Zatem ON filmy oglądał, ja się uczyłam w tym samym pomieszczeniu. Oczywiście skupić się nic a nic nie mogłam. Nauczka: w celach naukowych muszę z domu wybywać. Tylko gdzie jest ta wiosna??? Przyjemnie byłoby wyjść z książkami na zieloną trawkę, tylko zimno odstrasza.
Kończąc wątek naukowy: test oczywiście zawaliłam i nie bardzo mnie pociesza fakt, że nikomu z grupy dobrze nie poszło. Bimbałam sobie w tym semestrze i choćbym warunki do nauki idealne nawet w poniedziałek miała, to tak czy tak w kilka godzin materiału nie opanowałabym.
Nauczka: płacisz za naukę – wymagaj. Przede wszystkim od siebie. Ucz się zatem i zdaj DELFa!!!

Jedzenie. Oj, źle bardzo. W poniedziałek przy nauce chipsy podgryzałam, zapijając Red Bullem (że mój żołądek to wytrzymał…). Oczywiście wieczorem siły wystarczyło mi tylko na 40 minut biegania, miała być godzina :-( Wczoraj trzymałam się dzielnie do popołudniowego spotkania z Moją Cholerą – spontanicznie poprosiłam o batonika… Po kiepsko napisanym teście doprawiłam się czekoladowymi drażetkami. I pomyśleć, że potrafiłam wytrzymać półtora miesiąca bez słodyczy!
Kończąc wątek jedzeniowy: zakończyłam wtorek połową butelki wermutu. Drugą połowę ON wypił. Wstawiliśmy się lekko i na rauszu snuliśmy plany na resztę życia. A jacy zgodni byliśmy!
Nauczka: słodycze kuszą. I niestety nie potrafię poprzestać na kostce czekolady. „A więc” trzeba się hamować. I zrezygnować ze słodkich win (za którymi i tak nie przepadam, za to uwielbia je Moja Cholera – ja dodaję do wermutu sok z całej cytryny, żeby był zdatny do picia).
W ogóle z jedzeniem problem mam spory, trwa „wojna postu z karnawałem”. Z jednej strony pamięć o piętnastu zgubionych kilogramach dzięki m.in. dość drakońskiej diecie, z drugiej strony pamięć o pysznych obiadach, jakie kiedyś gotowała dla nas Moja Cholera i pogląd Karoliny, że jedzenie to jedna z przyjemniejszych czynności, jakie można wykonać, z trzeciej strony tryb życia jaki prowadzę niejako zmusza do dziwnego odżywiania się…
Nauczka: jeść z głową. Nie mam zamiaru wpędzić się w jakiekolwiek ED.

Mecz z Kolumbią… akurat test pisałam, w radiową relację włączyłam się od około 70. minuty. Bez komentarza. I jeszcze uwaga Boruca, że kibice wiochę odstawili – dostosowali się poziomem do naszych kopaczy, i tyle. I jak tu nie pocieszać się słodyczami i alkoholem, hę? Na mistrzostwach może być tylko lepiej, mam nadzieję. Jakby co, i tak dwóch pierwszych meczów naszej reprezentacji nie obejrzę :-)

Wracając do błędów… najbardziej cierpię za miliony pomyłek, jakie popełniłam „w związku ze związkiem”. Zastanawiam się, czy ślub będzie jakimkolwiek lekarstwem. Tu nasuwa się powiedzonko mojej mamy: „dlaczego małżeństwa się rozpadają? bo ona myśli, że on się po ślubie zmieni, a on myśli, że ona się po ślubie nie zmieni”. Akurat u nas to ON chciałby zmian we mnie; pół żartem pół serio mówi, że nie będzie już wielogodzinnego przebywania w hali sportowej na przykład. A dupa, bo będzie ;-) Swoją drogą faktycznie ten papierek niewiele w naszym przypadku zmieni – mieszkamy razem od dawna, kasa jest praktycznie wspólna (tyle tylko że każdy z nas ma własne konto bankowe, później będzie jedno). Ale sama świadomość posiadania męża to już coś. Przyznaję, że dusić się zaczynałam w objęciach kocich łap.
Nauczka: powtarzam za Karoliną „bądź dla NIEGO dobra”…

„sto zim i ani jedno lato”

Kayahowskim Bregovicem katuję się drugi tydzień już, jako że mysza komputerowa mi zdechła (mam talent do uśmiercania myszy – trzecia w ciągu dziewięciu miesięcy) i nie mam jak zmienić repertuaru w samograju. Moja Cholera obiecuje dziś myszę zakupić, a nawet dwie myszy żeby na zapas było ;-) Zresztą całkiem przyjemnie się tej płytki słucha. Przypominają mi się wczesnostudenckie czasy…

Przepraszam niniejszym wszystkich, których miałam poinformować o przebiegu weekendu. Komórka padła mi już w sobotę około południa, ładowarki oczywiście niet. Zresztą nie była mi komórka w głowie. Przyznaję. Kajam się.

Jak było?
Oczywiście wszystko nie tak.
Oczywiście.
Jedno pewne: hit sezonu się odbędzie w terminie zaplanowanym, i koniec, i kropka.
Kościół – ten który chcieliśmy – zaklepany (akurat na ten dzień full luda już było zapisanych, ale i dla nas miejsce się znalazło). Rodzice – to gorzej. Tata dziwi się, że przez tyle czasu życie na kocią łapę nam nie przeszkadzało, a teraz tak się nagle do ołtarza spieszymy… Mama natomiast zaczęła płakać, że jak to tak nawet bez oficjalnych zaręczyn, że tak nie wypada… tu pięknie wkopałam Moją Cholerę, bez namysłu mówiąc że ja to takie zaręczyny chciałam i bardzo GO o to prosiłam, tyle że ON nie chciał (w domyśle: bo uważał że to głupie – bardzo dobrze że chociaż tego nie powiedziałam). Cóż, byłam tak zdenerwowana że nie kontaktowałam z bardzo. W kazdym razie rodzice uznali że my właściwie to pewni nie jesteśmy i mamy sobie to wszystko raz jeszcze przemysleć. Dodatkowo mama wolałaby, żeby ślub odbył się w Warszawie – bo jak to będzie wyglądać nie zaprosić nikogo z rodziny i znajomych, wszyscy się poobrażają itede, itepe. Przyznam że w pierwszej chwili skłonna byłam jej rację przyznać – po co mam być przyczyną kłótni, ja tam nie mieszkam na co dzień i „mi to lotto”, ale czemu mają rodzice cierpieć, jakby co…
W drodze powrotnej jednak (w całości przegadanej z NIM na wiadomy temat) stwierdziłam, że ja chcę w Puławach ślub jednak. W tym kościele, który od zawsze pozytywnie mi się kojarzy i w towarzystwie osob naprawdę najbliższych. Co mi po Warszawie? nie czuję się z nią związana, mam nadzieję że najpóźniej za trzy lata zamieszkamy poza miastem ;-) A jeśli niezaproszenie na mój ślub kogoś urazi – to już nie mój problem, sorry. Bądźmy poważni, Drodzy Państwo. Zresztą chcę jak najtaniej wszystko urządzić, a gdy pomyślę o cenach knajp i hoteli w Warszawie… bez komentarza. Boję się tylko, że może być problem z lokalem, czasu mało i skoro tylko w „moim” kościele na ten dzień zaplanowano już cztery śluby… Tyle że przecież wesela nie robimy, wielka sala jest niepotrzebna, wystarczy naprawdę kilka stolików. Najgorsze jest to, że teraz zamierzam nawiedzic rodzinne miasto dopiero za trzy tygodnie, a głupio mi prosić rodziców o rozejrzenie się za lokalem…

Dzień dzisiejszy na ołtarzu nauki poświęcam (znaczy się popołudnie i wieczór). Prosto z pracy do domu i do książek (zero siłowni… buuu!). Sama sobie winna jestem, bo weekend przebimbałam radośnie mniej lub bardziej. Nawet w sobotę na wieś książki wzięłam, ale po godzince nauki uznałam, że mózg mi się zlasował i wybrałam się na około trzydziestokilometrową rowerową wycieczkę, samotną oczywiście. Samotną do czasu, bo Moja Cholera wybrała się mnie szukać – daleko leniuszek nie ujechał, zatrzymał się na rozstajach dróg i czekał, słusznie mniemając że z którejś strony w końcu nadjadę. „A więc” dziś kawa, może Plusz Active nawet jak na studiach, hyhy… i do przodu. Oby wieczorem nie padało, to oślą łączkę przed snem zaliczę (w razie deszczu zamienię na dzikie hołubce w rytmie italo disco).
Nie no, test końcowy zaliczę, z DELFem gorzej. Oj, dwa najbliższe weekendy będą ściśle naukowe. Przede wszystkim „gotowce” na ustną część musze porobić, jakieś wyrażenia które wszędzie można wcisnąć sobie zanotować. No i wypracowanka tworzyć. Najgorsze że pisemny 20. czerwca, po „długim” (no, mój pewnie długi nie będzie) weekendzie, który będzie zalatany bardzo. Z drugiej strony może właśnie taka odskocznia od nauki potrzebna mi będzie.

Odliczam dni do koncertu DM. Jeszcze dziesięć. Cieszę się jak norka. Inna sprawa że nadal nie mam z kim iść. Nic to, doczepię się do kogoś już na miejscu ;-) Najlepsze jest to, że dzień po koncercie mamy przed południem stawić się w kościółku (dzień skupienia, czy jak to się nazywa). Hyhy, już widzę jak się skupiam…
Poza tym żałosne popisy naszych orłów na mistrzostwach mnie ominą. Mecz z Ekwadorem w terminie koncertu Depeszów, mecz z Niemcami w ostatnim dniu moich nauk przedmałżeńskich ;-) mecz z Kostaryką obejrzę li i jedynie, ale to już pewnie nie będzie o co walczyć. Na szczęście Pomarańczowe mecze mnie nie ominą. Wczoraj towarzysko z Kamerunem, nawet nieźle.

Kurcze, żałuję że nie udało się z rodzicami wszystkiego dograć. Cóż, nerwy mnie zjadły nie po raz pierwszy. Najważniejsze, że my dwoje zdecydowani jesteśmy.
Czas zacząć powoli oswajać się z faktem, że już niedługo stan cywilny zmienię. A jeszcze do niedawna pewna byłam, że nikt mnie nigdy nie zechce ;-)

Wysiadam. Nie mam siły pisać „ciurkiem”.

1. Łóżko nowe-stare trzeszczy. I na samym środku ma wielce niewygodną dechę. Czyli śpimy albo każdy na swojej połowie oddaleni od siebie wielce, albo na sobie leżymy prawie (to rzadziej niestety).

2. A łóżka fragmenty można zobaczyć na moich zdjęciach sprzed roku (robionych przez Karolinę u Karoliny), które w linkach są.

3. A propos linków – trochę się z nimi wczoraj pobawiłam. Nie zaglądałam do nich wieki całe, sporo było nieaktualnych. Teraz jakoś ma to ręce i nogi. Może nawet bloga do oceny zgłoszę. Hyhy.

4. Pogoda przeżywa wahania nastrojów znacznie poważniejsze od wahań moich. Nigdy rano nie wiem jak się ubrać, dlatego albo z zimna się trzęsę, albo z gorąca pocę. Ot, teraz właśnie zimno jest i pada.

5. Zimno i pada… A na Placu Piłsudskiego tłumy. I ja miałam tam być, jednak Moją Cholerę przeraziła perspektywa tak długiego „stania na baczność” (starość nie radość…). Pracę zatem markuję i zerkam na iTVP – wiesza się co chwilę niestety.
Swoją drogą denerwuje mnie postawa większości naszych rodaków, którzy chcieliby aby Benedykt XVI był wierną kopią swego poprzednika, klonem nawet…

6. Ręce mi się trzęsą coraz bardziej. I w głowie pusto. Denerwuję się weekendowymi planami. Po raz kolejny zastanawiam się, czy wiązać się na całe życie z kimś, kto BYWA oziębły…

7. Grzeszę może nie tyle obżarstwem, co łakomstwem. Wczoraj wieczorem chipsy na przykład. Tylko patrzeć, aż znów siódemka z przodu będzie (TYLKO NIE TO!!!)

8. Wciąż nie wiem, czy jutro do pracy. To znaczy tak czy tak nie przychodzę, wniosek urlopowy mam wypełniony. na śmierć zapomniałam o teście z francuskiego we wtorek. Trzeba się pouczyć. W poprzednich semestrach zawsze test końcowy zaliczałam najlepiej z grupy, teraz mi to absolutnie nie grozi. Olałam naukę, wstyd się przyznać. A DELF już 20 i 27 czerwca…

9. Dałam sobie wczoraj popalić na siłowni. To lubię. O właśnie tak. Będę mieć zgrabną sylwetkę (chociaż niestety nie szczupłą) i jeszcze lepszą kondycję. A narzekaniami Mojej Cholery, że przez te ćwiczenia to czasu dla NIEGO nie mam nie przejmuję się nic a nic.

10. Sytuacja w pracy nieciekawa.

Mało optymistycznie na zakończenie – no cóż.
Mam nadzieję, że już w poniedziałek napiszę tu same pozytywne rzeczy, nie tylko odnośnie hitu sezonu…