Archiwum dla Czerwiec, 2006

Ucieczka.

Urlop wzięłam na dziś, na wariata.
Potrzebowałam czasu tylko dla siebie. Żeby W MIARĘ spokojnie pomyśleć o tym i owym.
I się dopieścić, jako że życie mnie nie pieści.
Duzo wina.
Wczoraj gruszkowa woda toaletowa i balsam do ciała. Dziś będzie fryzjer (najprawdopodobniej) – i coś jeszcze planuję, mam ochotę poszaleć… jak bohaterka mojego ulubionego filmu, dawno go nie oglądałam swoją drogą – a przecież tak jestem podobna do Muriel!
Weekend na łonie natury. Pola truskawkowe i samotne rowerowe eskapady.
Może zapomnieć jeszcze uda się?

„…ciało kocha sobą
kocha ciało brutalnie
najbardziej tęsknisz ciałem
i kłamcą jesteś kiedy mówisz nie…”

Sześć i siedem plus ogonek.

Waga moja, znaczy się. Wczoraj po południu, w stroju treningowym. Żeby było zabawniej, po jakichś dziesięciu dniach jedzenia ponad stan. Mała rzecz, a cieszę się jak nie wiem co. Chociaż pewnie liczba ta jest nieaktualna już, wieczorem wrąbałam pól kilo czereśni, piwem zapiłam, a rano poprawiłam wafelkiem w czekoladzie. I co z tego? Wagę mam prawidłową jak najbardziej, nie idealną oczywiście… teraz byle tylko utrzymać!

A piwo chodziło za mną wczoraj od samego rana! Gdyby egzamin był pisemny, strzeliłabym sobie kufelek przed – niestety, ustnie było. O mało się nie spoźniłam, wstąpiłam wcześniej do sklepiku Yves Rocher i utonęłam w świecie zapachów :-) Uśmiechnięta waniliowo śmiało przekroczyłam próg sali tortur, tematy ciekawe dostałam, dziesięć minut na przygotowanie się zleciało szybko… i do innej sali tup-tup – a w niej pan Francuz, z którym już kilka razy miałam okazję rozmawiać i nigdy dobrze nie mogłam go zrozumieć!
ZONK.
Nic to. Uśmiechnęłam się bezczelnie, bluzkę obciągnęłam, spódniczkę poprawiłam… i hajże na Soplicę!
Powiem tylko, że trwało wszystko góra sześć minut, z czego pięć oboje przechichotaliśmy. Pojęcia nie mam, jak takie coś można ocenić. Wyniki za dwa-trzy tygodnie. Powinnam zdać… chyba :-)

Piwo wypiłam wieczorkiem dopiero (po siłowni i zamiast biegania – za gorąco, nie mogłam się zmusić), na meczu jakimś takim dziwnym jak wszystkie ostatnio, bardziej niż na relacji TV skupiałam się na przekazie Z Czuba. Taką miałam na browarek ochotę, a w sumie jak doszło co do czego, to nie smakował mi aż tak. Samotne picie nie dla mnie…

Dziś sama już nie będę. Wpadnie na noc Moja Cholera ;-) Wczoraj spontanicznie zadzwoniłam do NIEGO po egzaminie, pogawędziliśmy jakieś dziesięć minut, sympatycznie bardzo, ale tym gorzej poczułam się po „odłożeniu słuchawki”… W ubiegłym tygodniu świetnie sobie sama radziłam, w tym natomiast smutno mi i źle, gubię się w natłoku niepokojących myśli, nawet wyżycie się w sporcie nie pomaga. I pomyśleć, że tak będzie do końca lata na pewno, a może i dłużej – ja nie wytrzymam, ja nie przeżyję!!!

Wakacje planuję. Jednak. Tydzień nad morzem w połowie sierpnia, tydzień w górach na koniec września – po hicie sezonu albo zamiast niego ;-) Przekonuję GO, że co jak co, ale wakacyjne wyjazdy to świętość i na nie pieniądze muszą być ZAWSZE, i koniec, i kropka.

Moi rodzice mają jutro czterdziestą trzecią rocznicę ślubu… niepojęte jak dla mnie, że dwoje ludzi tak do siebie niepodobnych (fakt, że Moja Cholera i ja jeszcze bardziej się różnimy) może stworzyć tak stabilny związek – a że dzieci wychować nie umieli, ba – wcale nie wychowywali? cóż, kiedyś im wybaczę…

nie-tak

Piątkowe wczesne popołudnie. Notka Rosy i błysk decyzji: nie chcę być dziś sama! ON nie pracuje przecież na końcu świata… Uzbrojona w rozkłady dziennych i nocnych tras w „wesołym” kierunku, wyszłam z pracy nieco później niż zamierzałam, na siłownię późno dotarłam, poćwiczyłam swoje, na 186 też się swoje naczekałam :-( W domu szybkie jedzonko, ulubione dżinsy i draczna blizeczka z Crazy Frog, którą sam mi kiedyś kupił, kilka piw zakupionych w monopolowym naprzeciwko, zamknięcie chałupy na cztery spusty… Spóźniłam się na autobus, jechałam innym ponad godzinę, zamiast 15 minut od przystanku szłam jakieś czterdzieści minut, przez las (a już się zmierzchało) – szłam? biegłam raczej, każdy skrawek ciała i duszy wyrywał się do NIEGO…
Niespodzianka kompletna. Mało GO nie zatkało, JEGO pracownika tym bardziej. Mnie też zatkało – pierwsze co ON powiedział: „ale jak ty wrócisz do domu” – ja automatycznie „mam nocne obczajone”… Powiem szczerze: planowałam nie wracać, mimo że wiedziałam że nie ma warunków do przenocowania mnie. Spędziliśmy we trójkę bardzo miłe dwie i pół godziny przy piwku i rozmowach, ON nie chciał mnie wypuścić z objęć… wypuścił jednak, i wracałam nocnymi liniami z dwoma przesiadkami, prawie dwie godziny. W połowie drogi dostałam esemesa, bał się o mnie, uspokoiłam, obiecałam odezwać się jak będę w domu… ale ON zdążył zasnąć do tego czasu…
Nie jestem tchórzem, o nie. Nocne powroty niestraszne mi od zawsze, zarówno piesze jak i (pod)miejskokomunikacyjne. Nie brawura, po prostu spokój. Bez chodzenia na skróty, jak za dnia ;-) i bez strachu.
Co nie zmienia faktu, że będąc facetem nie pozwoliłabym swojej już prawie żonie wracać nocą spod Sulejówka na kraniec Rakowca (dwa bloki dalej jest już Okęcie), ot co.
Na konto wielkiego rozczarowania wsunęłam w środku nocy batonika. Ot co. Diety i tak się aktualnie nie trzymam nic a nic.

Sobota: od rana dziękczynne esemesy od NIEGO, że taka niespodzianka, że taka ja kochana… Trochę poleżałam, trochę poczytałam, trochę pogadałam, mieszkanie sprzątnęłam, podwójną dawkę A6W zapodałam – czekałam na informację od NIEGO, co robimy wieczorem; mieliśmy z kuzynostwem się spotkać, niestety kuzyn pracował za-wzięcie. ON wrócił około osiemnastej, szczęśliwy bardzo, dziękował mi za niespodziankę raz po raz, ja niczym się nie zdradziłam z moim rozczarowaniem… Po meczu zakupy (z małym zgrzytem, niestety), później drugi mecz przy winku, zasnął szybko (zmęczony jest bardzo pracą), ja zasnąć nie mogłam…

Niedziela: obudziłam się przed siódmą (jak zwykle), JEGO nie budziłam, niech odpoczywa… „Zaliczona” kolejna powieść Fleszarowej-Muskat (odkrywam na nowo tę autorkę), zaliczony sklepik, przygotowanie sałatki greckiej, komsumpcja (stanowczo za wiele jej zjadłam). Około południa wypad do Lasu Kabackiego. Bardzo miłe kilka godzin na przemian w słońcu i cieniu, dwa piwka wypite (ajajaj!), po siedemnastej ewakuowaliśmy się ku cywilizacji z zamiarem zjedzenia pizzy… i się zaczęło. Ni z gruszki, ni z pietruszki wspomniał (a raczej wypomniał) późnostyczniowy epizod mój knajpiany. Że mi wybaczyć nie może. Że mi nie wierzy. Że na pewno doszło do czegoś więcej.
Aż mnie zatkało, dosłownie.
A rzadko mnie zatyka. Zwykle mam „odzywkę” – mniej lub bardziej stosowną – na każdą okazję.
Droga powrotna zatem w milczeniu moim absolutnym. Przy pizzerii się nie zatrzymaliśmy. W domu spakowałam do torby samograja, francuskie notatki oraz dużo picia i nadal bez słowa wyszłam, kierując się na Park Szczęśliwicki, z zamiarem powrotu późnym wieczorem. Wróciłam jednak dużo wcześniej. „Odetkało” mnie i wygarnęłam MU i te bezpodstawne oskarżenia mnie o zdradę oraz kłamstwa, i to pozwolenie na nocny powrót… zwłaszcza to ostatnie zdziwiło GO bardzo, „no przecież ty nigdy nie boisz się chodzić po nocach, no przecież sama wiesz że nie było warunków żebyś mogła przenocować, no jeśli tak to ja już nie chcę żadnych niespodzianek od Ciebie”… i kwakwakwa, i brekekeks, i dzika namiętność przy szeroko otwartym oknie z na wpół odsłoniętą firanką (zauważyłam to dopiero po wszystkim… a mieszkamy na parterze!), i pizza o dwudziestej (dotąd leży mi na żołądku), i pozwolenie na to, aby ON „Ducha” oglądał (ja śledziłam relację z meczu „mojej” Holandii tutaj – uwielbiam ten serwis!), końcowka meczu już razem śledzona w TV, i „podziw” dla kartukącego sędziego, i smutek (komu ja mam teraz kibicować?), i przytuliłam się tak bardzo-bardzo-bardzo mocno, i te najpiękniejsze słowa, i znów poczułam się piękna-kochana-pożądana, i zaspokojenie pożądania, i tak niesamowicie bezpieczna w JEGO ramionach…

…i dziś rano znów tak trudno było się rozstać, znów do środy co najmniej…

Jutro ustny DELF.
Idę na przysłowiową „rybkę”.
Kupiłam w sobotę dwie bluzeczki idealnie pasujące do kwiaciastej spódniczki (tej z telewizji, jeśli ktoś kojarzy). Będę wyglądać młodzieżowo i letnio.
Będę szeroko się uśmiechać.
Oby udało mi się coś sensownego powiedzieć :-)))

Żeby aż takiej rybki nie było, dziś zamiast siłowni porozmawiam sobie w zaciszu domowym sama ze sobą w języku Balzaca. Wcześniej zapłacę (przeterminowane o dwa tygodnie! jak nigdy… ale cóż, kasy nie było) rachunki. Przed wieczornym meczem ośla łączka.
Postaram się jedzenie ograniczyć w tym tygodniu. Ubiegły do zapomnienia. Ograniczenie nie będzie dotyczyło weekendu na wsi. Strawberry fields forever!!!