Archiwum dla Lipiec, 2006

Blog -chcąc nie chcąc – monotematyczny staje się. Wybaczcie.

Osoby o słabszych nerwach uprasza się o niezaglądanie na tę stronę do połowy września :-)

W skrócie:
1) Mamy strój dla pana młodego. Garniak jest, koszula jest, krótki krawat (jakoś to się fachowo nazywa) jest – tu podziękowania dla pana z salonu, który wyperswadował Mojej Cholerze muchę – tylko z butami będzie problem że hoho, jako że garniak ma kolor dość oryginalny (beżowe paski na szarobrązowym tle – brzmi idiotycznie, ale wygląda REWELACYJNIE! może jednak mój Narzeczony nie jest aż tak brzydki jak mi się od czterech lat i siedmiu miesięcy niezmiennie wydaje…).
2) Nowy pomysł na knajpę – sympatycznie bardzo, ale drogo. Muszę pożegnać się chyba z nadzieją zorganizowania obiadu za mniej niż 100 zł od łebka.
3) Ilość łebków się zmniejsza, nie będzie rodziców chrzestnych Mojej Cholery… o właśnie, aż się pochwalę.
ZADZWONIŁAM DO CHRZESTNYCH!!!
Fakt że dopiero wczoraj wieczorem, znieczuliwszy się wcześniej alkoholem, puściwszy fajną muzyczkę w tle i wysławszy Moją Cholerę na grzybki.
Ale udało się mi.
I nawet się nie jąkałam!
Chrzestna zachwycona, chrzestny niedowierzający – będą na ślubie.
Ufffffff.
Z rozpędu zadzwoniłam jeszcze do siostry i przegadałyśmy dobrą godzinę ;-)
4) Obrączki wstępnie wybrane. Spieramy się tylko co do tekstu na odwrocie.
5) Marzą mi się „ciepłe kraje” w październiku…
6) Rodzice się do mnie nie odzywają. Wcale mnie to nie dziwi.

Nigdy więcej takiego roboczego tygodnia jak miniony.
Najpierw stres i obżarstwo, później doszło pijaństwo. Od czwartku codziennie alkohol w ilościach studenckich.
Jedno dobre: życie towarzyskie kwitnie… w ilościach studenckich takoż ;-)
Sobota & niedziela naprawdę UROCZE. Zasłużyłam sobie, ot co. Odpoczęłam tak troszkę.

Biorę się za siebie. Pijawki i dieta ścisła!!! Ileż razy ja już to obiecywałam… Z alkoholu nie zrezygnuję, ograniczę ;-) Przede wszystkim mniej jedzenia i regularne ćwiczenia (ostatni tydzień bimbałam radośnie). Przy moich skłonnościach do tycia „z niczego” muszę pilnować się non stop.

Już dawno nie byłam tak odseparowana od świata zewnętrznego. Polityka, gospodarka, kultura, społeczeństwo… wszystko daleko ode mnie. A zawsze byłam na bieżąco.

Nie dam się zwariować. Nie, nie, nie.

wykończona

W skali 0-10 moje samopoczucie oceniam na minus trzy. Dowodem na to niech będzie wczorajszowieczorny krótki dialog przedmałżeński. Romantyczna sceneria Starego Miasta, w okolicach „naszego” kościoła.
ON: (obejmując mnie czule, wielce rozmarzony, z autentyczną radością w głosie) – Ach… wreszcie będę miał żonę.
JA: (pragnąca tylko walnąć się do łóżka i spać trzy dni) – Tak. Wreszcie będziesz miał własną żonę, a nie cudzą.

(gwoli wyjaśnienia: swego czasu miał cudze żony na sumieniu…)

Dość mam życia, wszechświata i całej reszty. Przez cały roboczy tydzień spałam po cztery godziny co najwyej. Praktycznie nie ćwiczyłam. Codziennie obiad. Nawet nie staję na wagę, wystarczy sama niefajna świadomość że jeśli tak dalej pójdzie, to niedługo znów przebrzydła siódemka z przodu będzie. Przez to pocę się w długich spodniach, nie mam ochoty na krótkie spódniczki, tak chętnie noszone jeszcze do ubiegłego tygodnia. Nie mam ochoty na ćwiczenia, spacery, alkohol (piję owszem, ale bez smaku), na seks nawet – no dobra, w to słusznie nie uwierzyliście ;-) ochota jest i owszem, ale jak przychodzi co do czego, myślę totalnie o czym innym i wiadomo, jaki jest finał…
Przeraża mnie koszt całego przedsięwzięcia. Karolina opieprzyła mnie od stóp do głów za suknię ;-) no dobra, wiem że wiel-błąd popełniłam decydując się na nią… ale się nie odstanie. Pewna byłam, że kwota, którą obiecali mi rodzice będzie aż nadto – okazuje się że ledwo się w niej zmieścimy najprawdopodobniej.
Dziś muszę zadzwonić do wszystkich ewentualnych gości, łącznie z rodzicami chrzestnymi, z którymi od dawien dawna kontaktu nie miałam i właściwie to najchętniej bym ich nie zapraszała… Zadzwonić!!! A ja tak panicznie boję się telefonów!!!
Zna ktoś lekarstwo na nieśmiałość? Zapłacę każdą cenę…

W pracy mam sajgon. Dość, dość, dość wszystkiego.

Kupcie mi trumnę, bo zaraz umrę.

chilli na ostro

Od początku blogowania (niedługo pięć lat stuknie!) ze wszystkich sił swoich staram się przekonać wiernych Czytelników – i siebie też – że najważniejszą i najbardziej pozytywną cechą mojej osoby jest tak zwany ZDROWY ROZUM.
Uwierzył ktoś z Was?
Jeśli tak – przykro mi bardzo, albowiem wykazał się szczytem naiwności.
ZDROWY ROZUM uleciał hen wraz z wpłaceniem zaliczki na suknię ślubną w cenie niemal dwóch moich pensji.
Brawa dla tej pani.
Gratulacje, kwiaty, całuski, cukiereczki, ciasteczka itede, itepe – na cześć mojej głupoty – przyjmuję z otwartymi ramionami.
Nigdy w życiu nie podejrzewałabym się o „takie coś” – ja, skąpiradło do granic absurdu, jedzące produkty z logo hipermarketów, ubierające się na głównych halach tychże marketów albo w szmateksach i toczące prywatną wojnę z duchowieństwem (na tacę nie daję z zasady; za licencję w mojej rodzinnej parafii żądają minimum 300 zł, osobno zapowiedzi oczywiście – nigdy w życiu tyle nie dostaną!!!).
Wygląda na to, ze nigdy nie przestanę siebie samej zaskakiwać…

To było wczoraj. Natomiast weekend pod znakiem problemów zdrowotnych. W sobotnie popołudnie pewna wyjątkowo zjadliwa osa postanowiła użądlić mnie w lewą dłoń, tuż nad nadgarstkiem. Efekt: ręka spuchnięta aż do łokcia, brak możliwości poruszania palcami, ból niesamowity. Szprycuję się zatem lekami odczulającymi, smaruję łapkę mazidłami… dziś już prawie OK, opuchlizna jeszcze trochę jest, ale chociaż nie boli. Dobrze że to lewa dłoń, na którj pierścionków nie noszę – i że w ogóle dłoń!
W poniedziałek wizyta u ginekologa… i końska dawka hormonów w celu wywołania miesiączki. Oby się udało.

Lekka panika mnie ogarnia w kwestii hitu sezonu. No bo zostało siedem tygodni mniej więcej… A tu wszystko w proszku. Nie mam bladego pojęcia, jak „to” ma wyglądać. Knajpę na przyjęcie się znajdzie, gorzej z w miarę tanim hotelem… i ten hotel trzeba będzie zamówić jakoś już od rana, żeby tam się przygotowywać (nie wyobrażam sobie ubierania się i błogosławieństwa na naszych 22 metrach kwadratowych) i kierować przyjezdnych gości. No nie mam pomysłu nic a nic. A powinnam…
Przez to sprzeczki z Moją Cholerą. Od kilku tygodni idealnie między nami było, niestety miniony poniedziałek i wtorek z tych nieudanych. Wcale się MU nie dziwię, że wczoraj na spotkaniu z kuzynami wypił duszkiem trzy piwa (po dwóch godzinach padł nieżywy), też strasznie wszystko przeżywa…
Poza tym pierwszy raz odkąd się znamy, wściekam się na teściów. Oczywiście nie chce im się palcem kiwnąć, żeby przesłać Mojej Cholerze potrzebne dokumenty „bo nie mamy czasu pojechać, bo nie mamy pieniędzy” – i tak oto biedak straci dwa dni pracy i kilkaset złotych, żeby pojechać w rodzinne strony i sam wszystko pozbierać.
W weekend udajemy się na poszukiwanie ubrania dla NIEGO i butów oraz kreacji spodziankowej dla mnie. Wybredny jest ten mój Pan jak nie wiem co, zatem przewiduję kłopoty. Co mi pozostaje? Zacisnąć zęby i maksymalny spokój!

Upały nadal męczą-dręczą. Zdycham. A urlop prawdopodobnie dopiero w październiku. Oboje zawaleni pracą jesteśmy. Czyli z podróży przedślubnej nici, zatem może typowa poślubna?

Jeśli ja w ogóle dożyję do tego dnia…

UPDATE, dwunasta czterdzieści jeden:
Jakby wszystkiego było mało, w pracy wszystko się chrzani. Nowa umowa, nowe stanowisko, nowe obowiązki. Stara płaca.
Dobijcie mnie, proszę.

UPDATE, popołudniem:
No więc wyglądam i czuję się mniej więcej jak na załączonym obrazku.
Nowy wystrój bloga dziełem jest Kariny, zwanej nie tylko tu Piękną Kobietą. Nie dość że piękna, to jeszcze jaka zdolna, prawda?
Niniejszym dziękuję więc wylewnie. Osobiście już niedługo też :-)