Archiwum dla Sierpień, 2006

na rok następny starczy mi

Ot i jesień nadeszła.
Oczywiście nie ta „złota polska”, której oczekuję i dziewiątego, i szesnastego września. Na wszelki wypadek kupię biały sweter :-)

Zimno i pada, ergo: nie biegam. Fakt że w zamian zapodaję podwójną czy potrójną dawkę ćwiczeń na brzuch, ale… Niech już będzie ten przyszły tydzień i spektakularny powrót na siłownię!

Odchudzanie poszło w odstawkę właściwie. Ileż można się katować bez widocznych efektów, hę? Mam dość. Oczywiście nie oznacza to, że zaczynam obżerać się chipsami przed telewizorem ;-) Ćwiczyć będę nadal, jeść umiarkowanie też – ale nie dam się zwariować, nie warto.

Absolutnie nie mam pomysłu na spodziankowy prezent. Cóż można ofiarować parze, która zaraz po ślubie wyjeżdża daleko i na długo? Nie wiem. A czasu coraz mniej…

Krakowa jeszcze nie odespałam!!! Sama siebie nie poznaję. Za nie aż tak przecież dawnych czasów mogłam balować do białego rana, szybki prysznic, kawa, coś słodkiego – i na siódmą do radia bądź na ósmą na zajęcia ;-) W poniedziałek padłam przed dziesiątą wieczorem, wczoraj zasypiałam nad Empire Falls (fajna książka, mam chętkę na film), ale przeczytałam do końca, później zostałam zresztą skutecznie rozbudzona ;-) Pogoda śpiąca do tego…

Sprawa chyba najważniejsza, czyli moje weekendowe „rozmyślania”, przedstawione w poprzedniej notce. Faktycznie „na papierze” (na ekranie znaczy się) wygląda to nieciekawie, nie dziwią mnie Wasze komentarze. Właściwie „na żywo” jest niewiele lepiej.
Nie jest tak, że się nie kochamy. Że nie na zabój i do szaleństwa? Ten etap już za nami i przyznam, że nie chciałabym do niego wracać. Źle czułam się kochając tak bardzo mocno. Wolę tak jak teraz. Wydaje mi się, że oboje nareszcie dojrzeliśmy (no… tak trochę).
Jestem (dziwnie?) spokojna o nasz przyszły status. Wiem w co się pakuję ;-) wiem że nasze życie usłane różami nie będzie, prawdopodobnie nigdy nie pozbędziemy się problemów finansowych, może być nas nie stać nigdy na własny domek, a co za tym idzie nie będziemy mieć dzieci (i tak mogę mieć kłopoty z zajściem w ciążę), różnimy się od siebie tak bardzo, że wiele decyzji okupionych będzie łzami…

…ale jestem pewna. Pewna jak niczego innego nigdy w życiu.

Plany najbliższe? Dziś solarium ;-) jutro następna zaliczka na knajpę, w piątek kierunek Puławy – trzeba nareszcie dograć licencję…
I długie spokojne wieczory. Dobre wieczory. Bo wspólne.

„nie mam marzeń, nie znam bajek”

Po weekendzie panieńskim.
Do nas obu dotarło, że faktycznie TO JUŻ NIEDŁUGO.
Kraków magiczny. Niestety jakoś nie miałam „dnia na picie”, opuszczałam co drugą kolejkę. Naprawdę! Ci z moich wiernych Czytelników, którzy sa ze mną od studenckich czasów wiedzą, że była ze mnie pierwsza szklana we wsi ;-) BYŁA.
Poza tym w zeszły poniedziałek but obtarł mi prawą stopę, ale wielki pęcherz pojawił się dopiero w sobotni poranek. Nie przeszkodziło mi to przetańczyć całej nocy – jak baletnica, na paluszkach. Wczoraj już mocno utykałam, niestety.
Nawet pieniędzy aż tak dużo strasznie nie wydałam. Każda z nas miała stawiać kolejkę, do mnie kolejka jednak nie dotarła ;-) nic to, odrobię na kolejnym wieczorze, o ile zostanę zaproszaona oczywiście.
Bawiłam się dobrze, chociaż niestety alkohol działa na mnie smętnie. W ciągu sobotnioniedzielnej nocy miałam kilka kryzysów takich, że trudno było powstrzymac się od łez czy krzyku, ale dałam radę, chwała i cześć mi za to.

Roznowy na mniej lub bardziej poważne tematy i moje bardzo poważne rozmyślania.
Wnioski wyciągnięte z rzeczonych rozmyślań nie są zbyt budujące, to fakt.
Po pierwsze: wiem co nas przy sobie trzyma – piękne wspomnienia, jacy to kiedyś byliśmy dla siebie dobrzy. Teraz bywamy. Bardzo rzadko.
Po drugie: wiem dlaczego wychodzę za niego za mąż. Z wdzięczności, że „mnie wziął”, z tych pięknych wspomnień i z obawy że nikt inny ze mną nie wytrzyma (obawy uzasadnionej, co potwierdzają wszyscy nasi krewni i znajomi).
Po trzecie: wielkiej miłości z obu stron nie ma. ON i owszem, kochał do szaleństwa – jeszcze do niedawna. U mnie natomiast okres „zakochania
na maksa” datuje się na letnie miesiące roku 2002. Musiałam się po prostu w NIM zakochać, z czystej wdzięczności nawet i z zachwytu, że tak za mną szaleje, jak nikt dotąd. Zakochałam się więc – i to był koniec naszego szczęścia…
Po czwarte: mimo trzech powyższych punktów pewna jestem, że możemy być szczęśliwym małżeństwem. Nie ma mowy o różowych okularach. Przeszliśmy razem bardzo wiele, wiemy że może się źle dziać, nic nie będzie dla nasniespodzianką. Wiem również, że dziać się może i dobrze, sami mamy na to największy wpływ przecież, więc jeśli oboje starać się będziemy…

Sprawy bieżące?
Sprzeczki o podróż poślubną, zastanawianie się nas mieszkaniem (zaraz po ślubie wycieczka objazdowa po bankach… może udałoby się dostać kredyt już w przyszłym roku, wtedy wariant optymistyczny zakładałby zamieszkanie we własnym domu przed końcem 2008 roku!), płacenie rachunków, nagranie salonu piękności (DZIŚ IDĘ, koniecznie!) –

– i Martini wieczorem…

Udało mi się wczoraj dorwać w koszu z przecenami „Wesele Muriel” na DVD. Jakże ja się cieszę!!! Chciałabym, żeby ON obejrzał ze mną kiedyś ten film…

Życie ma smak truskawkowej margarity…

…zwłaszcza pitej ubiegłej niedzieli w lokalu, w którym ostatni raz byliśmy dzień po „pierścionkowych” zaręczynach ;-)

Dziwnie mi jakoś tak.
„Patrzę na wszystko jak zza wielkiej szyby”.
Niby funkcjonuję na starych zasadach – ale „coś” jest nie tak. Strasznie mi się nie podoba samowolne przestawienie się mojego organizmu na zasypianie przed dwudziestą trzecią i budzenie się przed piątą rano. No jeszcze trochę i oszaleję! Wiadomo że wieczorem wolałabym mieć trochę czasu dla szanownego przyszłego męża (o ironio losu, do niedawna przecież to ON szybko zasypiał, a ja miałam o to pretensje – teraz nie ma nic przeciwko siedzeniu do późna w noc), o piątej rano natomiast nie można robić nic innego jak przewracać się z boku na bok (ostatnio czytuję rankami komiksy, nabyte przez Moją Cholerę na jarmarku dominikańskim – głównie „Kajko i Kokosz”, ale specjalnie dla mnie kilka „Tytusów” kupił).
Jem i piję niestworzone rzeczy o równie niestworzonych porach – 65 kg było li i jedynie mgnieniem wiosny, a raczej lata, teraz grzeczne 67, oby nie więcej ;-)
A propos picia – we wtorek spotkanie, bardzo udane – MAM ŚWIADKOWĄ! Wprawdzie musiałam dwa piwka sobie strzelić, żeby prośbę wydukać wreszcie (nieśmiałości moja, przeklinam cię!!!) – najważniejsze że prośba rozpatrzona pozytywnie.

Niejako na siłę wmawiam sobie, że choćby się waliło i paliło, to i tak będzie to hit sezonu.
Z samego faktu, że będzie ;-)

UPDATE, popołudniem:
Mieszkanie mamy do przyszłego lata li i jedynie.
Jasny gwint, co robić? pustka w głowie…