Archiwum dla Sierpień, 2006

Blogowi strzeliło pięć lat…

…a mi strzeli chuj zaraz, za przeproszeniem. Bo zwyczajowo zapodawane w takich razach powiedzonko „szlag by to i małe szlaczki” zbyt delikatne jest.

Urlopu w poniedziałek niet. Mogłabym jechać do rodziców na dwa dni, mogłabym ściągnąć do Warszawy siostrę z siostrzenicą na dwa dni…
Trzecią drogę wybiorę chyba: sama zostanę. Będę spać do bólu, czytać książki i flanelować po mieście.

Po prostu nie mam ochoty nikogo teraz na oczy oglądać, nawet najbliższych. Nie chcę się tłumaczyć z worów pod oczami, opuszczonych kącików ust i tych nieszczęsnych zmarszczek. Z ponurej miny i braku elan vital. Z dodatkowego kilograma na wadze też nie. A już najbardziej z coraz większej ilości wydatków, nie tylko związanych z kitem sezonu. Niestety nie jest to już hit.
Nie zrozumcie mnie źle – to nie tak, że mam jakieś wątpliwości, że się odkochałam itede, itepe. Wręcz przeciwnie – z każdym coraz trudniejszym dniem coraz mocniej pewna jestem, że „robię dobrze”, że z tym właśnie człowiekiem resztę życia spędzić chcę, że jestem w stanie dać MU szczęście…
Tyle że nie mam siły ani ochoty ani „na dzień dzisiejszy”, ani na najbliższe pięć tygodni zajmować się organizacją hitu – i dlatego na kit się zanosi.
Tak bardzo chciałabym ślub z moich marzeń. Ksiądz, świadkowie i my. Po Mszy idziemy we czwórkę na jakieś fajne jedzonko i dobre wino do restauracji.
Koniec, finito, the end.
Niestety ON się nie godził nigdy na coś takiego :-(

O ile dobrze pamiętam, ostatnio tak długotrwale depresyjny nastrój miałam pod koniec studiów, trzy i pół roku temu znaczy się. Wychodziłam wówczas z założenia „OK, niech się stanie wszystko złe, ale pozwólcie mi studia skończyć”. Skończyłam.
A teraz – „niech się stanie wszystko złe, ale pozwólcie mi wyjść za mąż”?
Zdecydowanie nie.
Nie chcę, abyś został młodym wdowcem, jeśli próba samobójcza powiodłaby się.
Nie chcę, abyś odwiedzał mnie – bądź nie odwiedzał – w szpitalu psychiatrycznym, jeśli próba samobójcza nie powiodłaby się.

Chcę, abyś pamiętał mnie taką, jaką poznałeś Tamtej Zimy. Pełną werwy i dumy, lojalną i kochającą…

UPDATE, po siedemnastej.
Naskrobałam wypowiedzenie z pracy i zapisałam na pulpicie. Jeszcze nie złożyłam znaczy się.
Żadnych pytań, proszę.
Nie dziwota, że w tej kołomyi zawodowej na hit sezonu nie ma miejsca.
Teraz byle przebić się przez korki – i do domu. Wrzucam do torby majtki na zmianę i WYJEŻDZAM!!! na dwa dni, ale WYJEŻDŻAM. A jeśli ktoś „na wyjeździe” zapyta mnie „jak tam w pracy”, to ciemna mogiła, studnia głęboka, krater wulkanu, dno oceanu, kosmiczna przepaść!!!

tory wołają

Nic mnie już nie cieszy.
Każdy problemik urasta do rozmiarów tragedii antycznej.
Jem. Piję. O dziwo, nie tyję. JESZCZE NIE.
Nie kochalismy się od… długo w każdym razie. I zgoła dobrze mi z tym!
Przestałam kontrolować wydatki. Stówa w tę czy w tę – bez różnicy.
Nie wiem, czy dostanę urlop na przyszły poniedziałek. Jeśli nie, to Moja Cholera beze mnie nad morze pojedzie.
Wyglądam tak, że własne odbicie w lustrze mnie przeraża. Cienie pod oczami kolan niebawem sięgną. Skóra na twarzy się łuszczy. Włosy rosną jak głupie. Ochoty na ćwiczenia brak.

I tak dalej, i tak dalej.

Najbardziej mi szkoda jest Mojej Cholery. Tak bardzo się stara, tak mocno chce aby było jak najlepiej, jest przy mnie tak blisko jak nigdy dotąd…
A ja nie umiem tego docenić.

W poniedziałek ni stąd, ni z owąd (tak to się pisze?) ocknęłam się wychylona do połowy z okna na klatce schodowej między dziewiątym a dziesiątym piętrem.
Obietnica dana… ale boję się.
BARDZO SIĘ BOJĘ!!!

UPDATE, czwartek przed południem.
Urlop wisi na włosku.
Wczoraj poradnia rodzinna. Uśmiałam się jak norka! Długo zeszło, więc na siłownię tłuc mi się już z Wilanowa na Koło nie chciało… w zamian gofry z bitą śmietaną, bez komentarza! dziś ważenie :-(
Dziś rano telefon do mamy z prośbą o załatwienie pewnej drobnej sprawy. Ach, jaka milusia była. Na odległość. O tak.
Ubrałam się na czarno od stóp do głów. A bielizna czerwona…

Sił i czasu na pisanie brak.

Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję. Najpierw to co załatwione:
1) Odebranie obrączek – ubiegła środa.
2) Umowa + zaliczka na knajpę – jak wyżej.
3) Rezerwacja dodatkowych miejsc w hotelu plus zaliczka – miniony piątek.
4) Spotkanie z Piękną Kobietą – jeden z niewielu bardzo pozytywnych akcentów ostatnimi czasy – ubiegła sobota.
5) Ślubne buty siostry przymierzone. Pasują!!! – jak wyżej.
6) Mieszanie alkoholi i dyskusje po świt z siostrą, siostrzenicą i Moją Cholerą – weekend miniony.
7) Poinformowanie Babci o ślubie (chociaż ona się cieszy…) – niedziela.
8) USC – wczoraj.
9) Kabaret z nami i księdzem w rolach głównych – tyż wczoraj.
10) Piwko w Kazimierzu – a jakże, wczoraj.

Do załatwienia:
1) Przymiarka sukni plus kolejna na nią zaliczka – dzisiaj.
2) Poradnia rodzinna – oby jutro.
3) Zaproszenia – chyba czwartek.
4) Welon & rękawiczki – Internet chyba.
5) Umówić się na makijaż i paznokcie.
6) Starania o urlop na przyszły poniedziałek… potrzebuję wyjechać, nawet na te nieszczęsne trzy-cztery dni.

Z rodzicami regularna wojna. Powiem szczerze, nie spodziewałam się nic a nic. Wydawało się, że zmierza ku dobremu. A jednak… „Na dzień dzisiejszy” nie wiem nawet czy na ślubie będą…