Archiwum dla Wrzesień, 2006

„szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie”

Em-żet pyta, jak to jest być szczęśliwym.
Hm.
Dziwnie i niepokojąco.
Dziwnie – bo to sytuacja nowa dla mnie jest. Dotychczas szczęśliwa jedynie bywałam, w myśl powiedzenia „w życiu piękne są tylko chwile”.
Niepokojąco – bo nie potrafię poddać się fali tego uczucia. Podświadomie czekam, aż coś się rypnie. Zawsze się rypało. Każdą drobinkę radości okupowałam wiekami bólu. To chyba nic dziwnego, skoro nie potrafię uwierzyć…

Tak jest nam dobrze! Niejako pluję sobie w brodę, że tak zwlekaliśmy ze ślubem. Przecież spokojnie mogliśmy co najmniej od dwóch lat małżeństwem być. Czy udanym jednak? Może właśnie trzeba było przejść wszystkie stopnie upodlenia i otrzeć się o zdradę, żeby teraz cieszyć się każdą dobrą chwilą naszego wspólnego życia.

Przed oczami duszy mojej przesuwają się obrazy jak z pięknego snu. A wszystko to zdarzyło się naprawdę. I ta niesamowita noc „popoślubna”, i rozmowy z minionego weekendu, i wczorajsze spontaniczne zachwyty nad moją urodą przy oglądaniu ślubnych zdjęć, i godzina piąta minut trzydzieści ;-) i to, jak przed chwilą przyszedł do mnie na kolanach i tak mocno przytulił…

Niszczę to. Podświadomie.
I tak bardzo się boję załamania nerwowego, gdy wszystko się zawali…

poniedziałek, dzień dziewiąty

Zbudziłam się dpiero na dźwięk budzika. Nie wcześniej. Spokojny sen. Przy NIM…
Pożegnanie. Na dłużej.
Praca. Się rozumie samo przez się.
Urząd Stanu Cywilnego. Odstałam swoje w kolejce, później kilkakrotnie powtarzałam nowe nazwisko… ech, to „R” niewymawialne!
Bank. Wpłaciłam na konto resztę ślubnych pieniędzy. Rozchodzą się w tempie ekspresowym :-(
Sklep spożywczy. Zdrowa żywność. Teoretycznie…
Fryzjer. Już nie muszę mieć dłuższych włosów. Na chłopaka zatem, a co.
Ośla łączka. Zaniedbałam bieganie. 45 minut, bez forsowania się.
Pranie. Wreszcie ślubną garderobę odświeżyłam. Sukni nie licząc. Przed oddaniem jej do pralni muszę odpruć wszystkie cekiny (na zdjęciach tego nie widać, ale jest usiana cekinami, że się tak wyrażę).

To za mną dziś.

Przede mną jeszcze ABS w podwójnej dawce 22 minut, kąpiel, z=czerwone wino, radio i książka. I esemes przed snem…

Czas najwyższy wrócić do rzeczywystości. Mam zwyczaj nazywać siebie starą żoną. Było – minęło. Ale zapomnieć trudno… jeszcze ofiarowane w prezencie kwiaty zajmują całą wolną przestrzeń pokoju, jeszcze stosy kartek z życzeniami na półkach, jeszcze zająknięcie się przy podawaniu nowego nazwiska (i powtarzanie go po wielokroć z racji „r”), jeszcze zerkanie z niedowierzaniem na obrączkę na palcu, już nie srebrną… W końcu hit sezonu nie może przejść bez echa i zniknąć w oddali, prawda?

W sobotę minioną „poprawiny” – de facto bardziej huczne od samego wesela. „Myśliwska” knajpa (łojezu, ileż ja zjadłam… ale dziczyzna była pyszna!). Tradycyjnie już piłam bardzo mało (trzy czy cztery kieliszki Martini Extra Dry), za to Moja Cholera… mówiąc krótko, szwagrowie GO spili równo. Film MU się urwał, ponoć po raz pierwszy w życiu, hehe – fakt że odkąd się znamy, nie widziałam GO aż tak pijanego. Grzeczny był jak zwykle „po kielichu” i kochany nad wyraz. Umierał całą niedzielę. Ale do rodziny przyjęty :-)

Jutro wraca do mnie… zostawił na miejscu nieskończoną robotę, chce ją podgonić trochę. Tylko jedna noc osobno, a dla mnie jak wieczność. Plany na jutrzejszy wieczór? Konwencjonalne: obejrzymy nasze ślubne zdjęcia (ON jeszcze ich nie widział), Martini, świece…
Tak mało – a przecież tyle!

„…I’m going through changes…”

Że niby jak się jest razem prawie pięć lat, z czego ponad trzy na wspólnym mieszkanku, to po ślubie nic się nie zmienia, taaak?
A guzik.
Zmieniło się wszystko.
Na lepsze, żeby było zabawniej.
I nic to, że Szanowny Mąż widywany jest nieczęsto. Znów robota podmiejska…
I nic to, że po dwóch z rzędu samotnych nocach ledwo żyję z niewyspania. Nadrobimy w nadchodzący weekend. I w następne weekendy też…
I nic to, że w pracy jest nieciekawie. Jestem Ponad Wszystko. Jak nie tu, to gdzie indziej. Dam radę…

Jestem szczęśliwa jak nigdy dotąd.
Dzień ślubu nie był najpiękniejszym dniem mojego życia, o nie. Wszystko przez to, że wesele wyglądało całkiem inaczej, niż sobie zaplanowałam. Chociaż z perspektywy sześciu dni nie jest to już aż tak straszne. Gościom się podobało? O taaak, bardzo. A zatem nie mam więcej pytań ;-)
Dla nas najważniejsza była ceremonia w Kościele i radosny spokój, jaki nam towarzyszył „już po wszystkim”.
Poczucie, że podjęliśmy słuszną decyzję.

Wczoraj oglądaliśmy działki budowlane. Nieważne, że tłukłam się autobusami w korkach, nieważne że wróciłam do domu bardzo późno, nieważne że zmarzłam okrutnie.
Wiem, że nasz dom to „tylko” kwestia zdobycia odpowiednich funduszy. Na razie szans na kredyt nie mamy żadnych. Może w przyszłym roku, bardziej za dwa lata. Ale… dom będzie.

Nigdy nie zapomnę pierwszego małżenskiego seksu – wcale nie w noc poślubną ;-) Mam wrażenie, że unieważnił on wszystkie poprzednie doznania.

Jak pieknie jest razem żyć…

UPDATE, po godzinie:
To co najgorsze pozostało.
W jednej chwili dół potężny, panika, trzęsące się ręce, kołatanie serca, pustka w głowie. Zgoła bez powodu.
Garść ziołowych uspokajających. Oby pomogło.
Chcę do Męża…