Archiwum dla Październik, 2006

„…wzrok mieć spokojny, liczyć tylko dobre dni…”

Mało mnie ostatnio w blogowym świecie. Owszem, na swoją stronę zaglądam, ale na znajome blogi już niekoniecznie. Czasu nie mam po prostu na wczytywanie się. Brakuje mi tego :-)

Głowa boli mnie od rana niemiłosiernie. Może przez zmiany pogody – szlag może trafiać i małe szlaczki. W sobotę jeszcze piękna pogoda, akurat groby rodzinne nawiedzaliśmy. W niedzielę już zimno i padało, dziś słońce znów pięknie świeci, ale jeszcze chłodniej. Ciekawe co jutro będzie ;-) na weekend natomiast już niemalże zimową aurę zapowiadają. A Moja Cholera akurat w rodzinne strony chce się wybrać…

Weekend dość udany. Niestety problemów coraz więcej moi najbliźsi mają. Rodzice zadłużyli się na maksa – trafiła się okazja kupienia małego mieszkanka za przyzwoitą cenę; wzięli więc szybki kredyt (szybki = oprocentowany nieziemsko!) i teraz jak najszybciej muszą sprzedać obecne lokum, żeby kredyt spłacić w całości od razu (rata to ponad 2000 zł!) i żeby nie płacić za dwa mieszkania. Wcześniej już zlikwodowali oszczędności, aby pomóc nam w zakupie działki… Ech, gdyby tak odważni byli lat temu kilkadziesiąt, żyłoby im się teraz zupełnie inaczej.
Poza tym kilkoro moich kuzynów znów za bardzo „używa życia” – a rodzice moi (mama zwłaszcza) pozwolili sobie wejść na głowę i akceptują fakt, że jak trwoga, to do nich w te pędy; zatem denerwują się jeszcze bardziej. Zaczynam bać się o ich zdrowie – nie są młodzi już przecież. Wygląda na to, że przez czas jakiś trzeba będzie często ich odwiedzać – pomagać w przeprowadzce, jesiennych robotach na wsi i tak dalej… i wspierać psychicznie przede wszystkim.

Chociaż ja sama wsparcia potrzebuję ;-) załamana jestem coraz bardziej cenami działek, w tym tygodniu mamy dostać info z dwóch miejsc, oby coś się ruszyło nareszcie… za bardzo nastawiliśmy się na Radzymin i okolice, jednak nie stać nas na tamten rejon. Jak dobrze, że Mąż wciąż optymistą jest, wciąż wierzy że marzenie o naszym domu ma szansę się ziścić. Kiedyś kochał za nas dwoje, teraz za nas dwoje wierzy.

Dziś znów samotne popołudnie, wieczór i noc… to już prawie koniec JEGO pracy poza Warszawą, na szczęście. Odebrałam nowy dowód osobisty, więc czeka mnie bieganko po instytucjach wszelakich w celu zmiany nazwiska. Ech, gdybym wiedziała, że rodzice tak się pospieszą z zakupem mieszkania… już niedługo czeka mnie przecież kolejna zmiana dokumentów, tym razem z powodu innego miejsca zameldowania. Szkoda, że to wciąż u rodziców meldunek – oby tylko przez kilka lat jeszcze. Z racji bieganka na siłownię dziś się nie wybieram, wieczorem zakupy pewnie w Reducie – odzwyczaiłam się od dźwigania siat i połączenia autobusowe nie bardzo, ale cóż skoro Mąż z samochodem poza domem ;-)

Dobre dni. Dobre mimo wszystko.

kolacja ze śniadaniem ;-)

Spóźniłam się dziś do pracy. Niby leciutko, dotarłam ósma pięć ;-) ale zwykle jestem grubo przed ósmą. Bo tak nam było trudno się rano rozstać… przetrzymał mnie w łóżku nieprzyzwoicie długo (zwłaszcza nieprzyzwoicie), fakt że później mnie odwiózł do pracy (rozpieszcza mnie, ech!). Wciąż nieprzyzwoicie rozmarzona jestem i ciężko zabrać mi się za robotę. Oj, ciężko.

Powoli kompletuję ślubne zdjęcia. Mamy w końcu płytkę z kościoła, dodałam kilka zatem do albumu w linkach ;-) Oglądałam je cały środowy wieczór i nie wierzyłam, Matko Boska i Józefie Święty – nie wierzyłam i nadal nie wierzę, że hit sezonu się odbył, że Męża mam (ha! kto by się tego spodziewał? ja sama chyba najmniej…), że szczęśliwi jesteśmy bardzo, choć życie nas nie rozpieszcza – więc rozpieszczamy się nawzajem :-)

Niestety rozpieszczam się słodyczami miedzy innymi. W tym tygodniu „faza” na żelki – jakieś 10 dkg dziennie! paranoja :-( muszę koniecznie się ograniczyć, spróbuję w ogóle wyeliminować słodycze z jadłospisu w Adwencie (dyspensa na miód jedynie, dla zdrowotności). Co z tego że poza tym staram się odżywiać racjonalnie i dużo ćwiczę? Dobrze że na szczęście nie tyję. Niech sobie będzie diabelskie 66 kg…

Staram się nie interesować za bardzo sprawą samogójstwa gimnazjalistki spod Gdańska, ale jest to od kilku dni jeden z głównych tematów wszelakich serwisów informacyjnych – chcąc nie chcąc przywołuje dramatyczne wspomnienia. Też upokarzano mnie w szkole (regularnie od klay pierwszej do ósmej), też nauczyciele udawali że nie widzą, też nie mogłam liczyć na pomoc rodziców… też skończyło się próbą samobójczą w wieku lat czternastu. Żyję – i obiecałam sobie, że nigdy więcej nie targne się na własne życie. Coraz trudniej jest dotrzymać obietnicy, od tamtej pory wielokrotnie życie dało mi po dupie mocniej nawet niż w tamtym czasie – ale już umiem się bronić, już nie biorę wszystkiego aż tak serio i mam dla kogo żyć, to najważniejsze! Mąż wie o wszystkim, nie rozumie mnie, ale wspiera jak może…

Weekend u rodziców moich spędzimy. Ech, dziś parę godzin jazdy w korku… Jutro wyjazd na rodzinne groby, przy okazji „zaliczenie” odwiedzin u ciotek, mam nadzieję że pokażemy się jako idealne małżeństwo (hehe). Od jutra ma się ochłodzić, więc pewnie zadam szyku w nowej kraciastej czapce z daszkiem (siostrzenica połasiła się na mój stary kapelusz… niech jej się dobrze nosi!).

Sześć i pół godziny mniej więcej – i znów zobaczę tę mordkę kochaną, brzydką jak nie wiem co ;-) ale chyba tym bardziej mi drogą.
No nie wierzę i już. Niech mnie ktoś uszczypnie!

proza życia

Wtorek-potworek okazuje się nie taki straszny, gdy w perspektywie coraz bliższej ma się spotkanie z Mężem. Ale łatwo nie było. Nic z poniedziałku na wtorek bardzo ciężką miałam. Praktycznie bez snu. Nic dziwnego zatem, że dzień podły. Nie pomagały kolejne kawy i słodycze „na pocieszenie”. Spałam żywcem… Po pracy sporo spraw do załatwienia na mieście, więc rozbudziłam się co nieco, godzinka na siłowni też dobrze mi zrobiła, na francuskim byłam już silna, zwarta i gotowa, a po francuskim wpadłam wprost w JEGO ramiona… no, tak to można żyć ;-)

Co nie zmienia faktu, że wtorki i czwartki potęgują maksymalnie moje zmęczenie. Bo siedzę dłużej w pracy zazwyczaj (albo wychodzę normalnie i latam po mieście za sprawunkami różniastymi), później siłownia – to akurat dni ćwiczeń aerobowych, więc nieźle się napocę, no i na koniec francuski do godziny co najmniej 21:15 (zwykle się przedłuża). Dobrze chociaż, że ostatnio Mąż nawiedza mnie w te dni właśnie, więc odbiera mnie z Senatorskiej i jesteśmy szybko w domu – gdy muszę korzystać z komunikacji miejskiej, docieram na mój kraniec Rakowca po 22. W domu wiadomo – jakieś porządki, przygotowanie ciuchów na dzień następny, zaopiekowanie się kwiatami (jako że Mąż o żonę dba i kwiaty wręcza bez okazji), kilkanascie minut gimnastyki, kąpiel, Trójka… na książkę nie mam już sił, pozostaje tradycyjne czytanie w autobusach (więc właściwie nie narzekam, że tyle czasu w nich spędzam, hihi). Albo wertowanie ofert w Internecie – tak jak wczorajm prawie do północy. Znaleźliśmy kilka ciekawych ogłoszeń, Moja Cholera prawdopodobnie w piątek robi sobie wolne od pracy (ech, w takim wypadku fajnie jest być sobie samemu szefem) i jedzie oglądać działki – fakt że na wiochach totalnych, ale o wiele tańsze niż w Radzyminie i okolicach. Ech, oby się udało jak najszybciej… w poniedziałek wieczorem miałam kryzys głęboki, wizje mieszkania kątem u obcych do końca życia itede, itepe. Chyba nic dziwnego, że potem w nocy spać nie mogłam ;-)

Dziś spałam spokojnie, chociaż krótko. Trzeba było się Mężem nacieszyć, wiadomo… Tak bardzo cieszyła mnie każda chwila razem spędzona. Dziś odwiózł mnie do pracy (choć nie było MU po drodze) – chciał po prostu być ze mną te pół godziny dłużej. Tak jakos fajnie się mi zrobiło. Niby drobiazg, a tak wiele – tak wiele dla kogoś takiego jak ja, na kogo przez pierwsze osiemnaście lat życia pies z kulawą nogą nie spojrzał i nawet koty kręciły ogonami z pogardą. Nic dziwnego zatem, że do tej pory nie umiem właściwie przyjąć komplementów – zarówno od obcych, jak tym bardziej od najbliższych.

Na przekór nijakiej pogodzie za oknem wyglądam reprezentacyjnie. Bluzka w kilku odcieniach bordo, różu i fioletu, krótka czarna spódniczka, pantofelki (miały być kozaczki, ale po co zimę przyciągać), ciemnoróżowy cień na powiekach, ciężkie kolczyki. I okulary. Chyba pod wpływem Mojej Cholery podobam się sobie z okularach i coraz częściej je noszę ;-)

Plany na samotną środę? Siłownia oczywiście, zapłacenie kilku rachunków, może jakiś film fajny jest wieczorem w TV? eee tam, pewnie znów skończy się na TVNowskim „Szkle kontaktowym”…

…i tęsknić będę jak nie wiem co!