Archiwum dla Listopad, 2006

ledwo żywa

Od czwartej nad ranem ucisk w okolicach serca. „Z nerw” pewnie.
Dobrze że mogłam przytulić się do Męża. Ale teraz GO przy mnie nie ma oczywiście (byle do piątkowego późnego wieczoru…) i przy każdym głębszym oddechu ból przeszywający :-(
Najważniejsze że mam w NIM oparcie. nareszcie spokojnie porozmawialiśmy…

Wczorajsza wizyta – hm, pozytywnie. Umówiłam się na przyszły tydzień. Ale długo nie dam rady, wiadomo – finanse.

Urlop „dla poratowania zdrowia” potrzebny na gwałt.

ekspres byłej reporterki

Spotkanie udane bardzo. Ani jednej schizy i duchowych pytań retorycznych „i co ja robię tu?”. opis większy będzie, a jakże – niedługo.
Powitanie z Mężem (nie widzieliśmy się tydzień), dobra kolacja, zakup wina na wieczór, pokaźny bukiet róż, miłe chwile już od progu generalnie ;-)
Po trzech godzinach powiedział: „odchodzę”.
Nie pamiętam, co było dalej.
Dziś spóźniłam się 20 minut do pracy, co jak wiadomo rzadko bardzo się zdarza.
Umówiliśmy się na spokojną rozmowę w knajpie wieczorem, po mojej siłowni.
Jutro o 17 spotkanie z psycho-coś-tam. 150 zł wizyta.
Wiem, że sama sobie nie poradzę.

„święty, święty, święty”

Tak odpowiedziałam na forumowe pytanie o trzy słowa najlepiej opisujące naszych mężczyzn.
Bo taka jest prawda.
W środę popełniłam wiel-błąd. Jakich wiele ostatnio. Kolokwialnie mówiąc „psycha siada”. Przyznałam się do błędu Mężowi, przyjął to spokojnie i powiedział że sam wszystko załatwi i odkręci. No to ja w ryk oczywiście, że do niczego nie jestem MU potrzebna, że czego się dotknę to spieprzę, i kwakwakwa, i brekekeks, w końcu „rzuciłam słuchawką”, znaczy się skończyłam rozmowę…
Zadzwonił po dwóch godzinach z przeprosinami (chociaz to ja przeciez przeprosić powinnam!), mnóstwem ciepłych słów i obietnicą przyjazdu w niedzielę na dwa dni. Pierwotnie mieliśmy się zobaczyć dopiero na przyszły weekend. Ja rzecz jasna swoje „a po co przyjeżdżasz? żebym się w końcu zamknęła?” – „nie, bo tak bardzo za tobą tęsknię, że dłużej bez ciebie nie wytrzymam”.
No i jak tu GO nie kochać, hę???

To będzie dobry weekend. Musi być.
Już za chwileczkę, już za momencik wybywam na dworzec pekape, 6,5 godzin w pociągu plus pewnie ze dwie w samochodzie i ahoj przygodo! Tak się cieszę na to spotkanie, że w kąt rzuciłam obawy typu „a ja sie słowem nie odezwę”, „a ja tam pasować nie będę” i tak dalej. Powrót w niedzielę po południu – i dwa dni z Mężem, no żyć nie umierać. Przyszły weekend już też zaplanowany i przedłużony o poniedziałek :-)

Optymizm nieco na siłę tudzież wyrost – ale jest.
Do diabła, ileż może być tylko źle???