Archiwum dla Grudzień, 2006

„nikt nie mówił że będzie łatwo”

Niczego dobrego się po roku 2006 nie spodziewałam. Dlatego z pokorą i lekko tylko kwaśnym uśmiechem przyjmuję wszystko, co mnie w nim spotkało.
Fakt faktem tego, że pożegnam rok jako bezrobotna lecząca się psychiatrycznie, to chyba nawet skrajny pesymista by nie przewidział.

Z każdym dniem coraz wyraźniej i boleśniej uświadamiam sobie, że popełniłam wielki błąd wychodząc za mąż. Nie, nie chodzi o to, że wybrałam nieodpowiednią osobę. Mąż mój nie jest ani trochę piękny, nic a nic bogaty, mądry… hm, tak jak i ja ;-) ale dobry jest bardzo i kochany nad życie. Problemem jestem ja sama, a dokładniej moja wizja małżeństwa, a dokłądniej brak takowej wizji.
Większość z nas marzy o własnej rodzinie, naturalne jest że myśląc o przyszłości widzi się w niej współmałżonka, dzieci… U mnie zawsze było inaczej. Dorosłe życie wyobrażałam sobie w małym mieszkanku (koniecznie w kamienicy!!) do cna wypełnionym książkami. I radio. I kot. I ja. Dla innych osób miejsca tam nie było. Szczęście utożsamiałam z mieszkaniem samemu. Byle jak najszybciej wynieść się z domu rodzinnego…
Bycie żoną i matką? Nigdy w życiu. Nikt mnie do tej roli nie przygotował i ja sama nie widziałam siebie w niej. Co mi mówiła mama? „Musisz być samodzielna, zarabiać na siebie, rozwijać się”. Tak – dla niej praca była całym światem, dom był na drugim planie, dzieci na jeszcze dalszym. Może dlatego nie odpowiadało mi takie życie. Może dlatego chciałam być sama, wolna, niezależna od nikogo i niczego. Może dlatego kończyłam wszystkie związki z mężczyznami zanim właściwie się rozpoczęły. Żeby się nie angażować. Nie zakochać (broń Boże!)
Nawet będąc z Moją Cholerą nie wyobrażałam sobie naszej przyszłości razem. Podświadomie czekałam, aż coś się rypnie. Mieszkaliśmy razem parę ładnych lat bez większych zobowiązań właściwie, wszelkie JEGO deklaracje obracałam w żart – aż tu…
Tak, racja – to ja od pewnego czasu nalegałam na ślub, to ja odchorowałam odwołanie czerwcowego terminu… to ON zadecydował o wrześniu i to ja propozycję przyjęłam.
Moja wina. Mój błąd.
Nie odnajduję się w małżeństwie nic a nic. To bzdura, że gdy się razem mieszkało wcześniej, ślub to tylko formalność. O nie! Czuję się może nie jak w klatce, ale… ale źle. Bycie żoną kojarzy mi się z pewnymi obowiązkami, którym nijak sprostać nie mogę – i nie gotowanie mam na myśli (kiedyś się nauczę, no!), ale ogólnie wspólne dbanie o dom, wspieranie Męża itede, itepe.
Moi rodzice przykładu dobrego mi nie dali – ale praca zastępowała im życie rodzinne. Ja niestety nie „wykazuję się” w żadnej sferze.
Senność i głosów szum.
Wegetacja.
Patrzę na swe zdjęcia w bieli i welonie – nie, nie żałuję. Przykro mi tylko, że jestem na najlepszej drodze do zmarnowania MU życia.

Kicham i prycham. A pojutrze impreza na sto dwa przecież. Nie mam na nią ochoty nic a nic!!! Ech, ironia losu, sama przecież chciałam większej biby… a teraz zabawa mi nie w głowie wcale. Łykam witaminki, wieczorkiem grzane piwo – i mam nadzieję że się nie rozłożę.

Postanowień noworocznych tradycyjnie brak.

Życzenia?
Oby był lepszy. I tyle.

Powrót do przeszłości? O tak.

To były zdecydowanie najgorsze Święta w moim życiu. Dlatego zaledwie kilka słów o nich.
Wigilia po raz pierwszy poza domem rodziców lub ciotki. Rano w samochód i prawie 400 km we mgle na południowy zachód. Kolacja w piątkę: mama, siostra, siostrzenica, Mąż i ja. Co najwyżej połowa tradycyjnych potraw. Po kolacji alkohol – nigdy dotąd nie piłam w Wigilię. Dobrze, że ten alkohol był, atmosfera się rozluźniła co nieco.
Szczegół: szwagier spędzał Święta u swoich rodziców, mój tata natomiast w Wigilię był sam. Bez komentarza.
W poniedziałek droga powrotna.
Wtorek – kościół, „Targowisko próżności” w telewizorni, po południu imprezka na nowym mieszkaniu rodziców.
Dziś rano gołoledź jak ta lala, wywinęłam orła przed blokiem, a nasz samochód wywinął orła na rondzie. Koło będzie do wymiany. Oby na weekend ładna pogoda była!
Poza tym oczywiście jedzenia za dużo. Słodkości zwłaszcza.

Nie chcę więcej takich Świąt!!!
Następne spędzimy… kto wie gdzie i z kim. Wcale się nie pogniewam, jeśli bez rodziny. Dała mi rzeczona rodzina do wiwatu ostatnio… dziękuję, postoję.

Ostatnie chwile w pracy. Otulam się polarową chustą, jem świąteczny sernik (ale po południu siłownia!), porządkuję papiery, walczę z sennością.

Przybita jestem bardzo na koniec roku. Nawet wyjazdowy Sylwester mnie nie cieszy…

święta – dookoła wojtek

Uśmiałam się dziś z samego rana przeglądając świąteczną „Politykę”. Krajowe podsumowanie roku zaczyna się słowami „jak wiadomo, jedynym sposobem na nieudane narzeczeństwo jest małżeństwo” – chodziło tu o przekształcenie paktu stabilizacyjnego w koalicję, jednak ja oczywiście odniosłam to dosłownie do mojej sytuacji i ryknęłam śmiechem na cały autobus.
Zobaczymy, jak się to u mnie sprawdzi… na razie po blisko stu dniach małżeństwa jestem pewna – oboje jesteśmy – że podjęliśmy ze wszech miar słuszną decyzję.

Dziś pierwszy sen-koszmar związany z naszymi planami – coś mi się wydaje, że takie sny nawiedzać mnie teraz często będą. Najlepsze jest to, że coraz więcej z pozoru drobiazgów utwierdza nas w przekonaniu, że najlepiej bedzie pójść tą drogą. A ja boję się coraz bardziej…

Niezależnie od obaw spowodowanych nowym pomysłem na życie mogę stwierdzić, że ODROBINĘ lepiej się czuję, Poprawiła się jakość snu (wyjąwszy dzisiejszy koszmar) – nawet jeśli budzę się w nocy, jestem w stanie zaraz znów zasnąć. Może sprawia to fakt, że od dwóch tygodni mam Męża na co dzień (co noc też), może mniej stresów związanych z pracą… W każdym razie cieszę się przeogromnie, nie jestem już aż tak „zdechnięta” – chociaż wciąż daleka od formy. A chciałabym jak najszybciej do pionu się ustawić – z planowanego dłuższego odpoczynku nici prawdopodobnie.

Kołomyja że hoho.
Dziś przymiarka sukienki, siłownia, francuski, w domu po 22 – później pakowanie na jutro. Wyjeżdżamy z samego rana, ja w biegu robię zdjęcia i wio do Lublina złożyć wniosek o paszport i spotkać się z Piękną Kobietą… a później już szaleństwo świątecznych przygotowań, nie przepadam, ale trzeba, wiadomo :-)

Świąt życzę tradycyjnie zdrowych, wesołych i rodzinnych – a przede wszystkim SPOKOJNYCH.