Archiwum dla Styczeń, 2007

z obowiązku

Oj, dzieje się.
A na blogi ochoty nie mam nic a nic. Czyżbym wyrastała z jakichkolwiek pamiętników? Nie chciałabym. Dzień dwudziestych siódmych urodzin spędziłam na przekopywaniu się przez full papierzysk zgromadzonych w moim dawnym pokoju u rodziców – większość wywaliłam (w tym notatki ze studiów i stosy materiałów do pracy magisterskiej), ale blisko setkę grubaśnych zeszytów, które aż do założenia bloga zapisywałam mniej lub bardziej konstruktywnie pieczołowicie umiesciłam w kilku kartonach i poleciłam przechować w piwnicy. Tata się krzywił, ale nic to. Nie pozbędę się ich za nic w świecie!
Jeszcze a propos staroci – słucham sobie właśnie przebojów disco z lat ’80 (wiwat Polska Stacja!) Że mało ambitna muzyka? No cóż, u mnie samej z ambicją ostatnio nie teges.

Oj, dzieje się.
Życiowa decyzja podjęta – na razie zostajemy w Polsce. Przede wszystkim z racji mojego zdrowia, a dokładniej braku rzeczonego zdrowia. Nie czuję się na siłach po raz któryś tam zaczynać od zera. Jeszcze nie.
„A więc” mój Mąż pracuje na razie za dwoje i na dwoje ;-) natomiast ja się przymierzam do szukania pracy, rzecz jasna idzie mi jak po grudzie. Na szczęście krewni i znajomi królika szukają za mnie (ja to mam dobrze!) i dlatego jutro po południu mam rozmowę. Ludzie ratujcie mnie!

Oj, dzieje się.
Znów nieco pieniędzy „na lewo”. Głupio mi, ale… skoro są, to dobrze. Na razie zamieniliśmy starego kompa na nowego laptopa i przymierzamy się do auta, resztę trzeba w jakimś funduszu ulokować… Mam czas, powinnam za tym wszystkim się rozglądać – ale senność, senność, senność :-(

Oj, dzieje się.
W sobotę nieplanowane wyjście do GP. Piwo smakowało mi bardzo. Dawno tyle go nie wyżłopałam. Zwyczajowo tańczyłam na ławie i nawet flirtowałam tak troszkę. Młode mężatki mają wzięcie – zwłaszcza u księdza. Hehe.

Oj, dzieje sie.
Wczoraj ksiądz po kolędzie. Nie ten z Piratów ;-) Sama w domu byłam. Wysprzątałam jak nigdy – jedyny zgrzyt to gacie suszące się na kaloryferze, ale nie przykuły uwagi plebana, zajął się naszymi ślubnymi zdjęciami (mam porozstawiane po całym pokoju) i zwierzakami, hihi. Poświęcił, pobłogosławił… i poszedł :-)))

Oj, dzieje się.
Najmniej między nami dwojgiem.
Cisza przed burzą?

leni się lenifer i dobrze mu tak ;-)

Jeszcze a propos poprzedniej notki: Mysz nie znosi takich jak ja, ale ja mimo wszystko – a może właśnie dlatego – życzę jej jak najlepiej. Aby nikt i nic nigdy nie doprowadziły Myszy do stanu, w którym nie można już ani płakać, ani modlić się, ani kląć. Żeby nic nie było, jak to Kononowicz mawiał. Później już tylko bezsenne noce, otępienie i gabinety.
I piosenka z dedykacją. Moja piosenka przewodnia ostatnio:
„To jest złoty łańcuszek i ogniwka do niego
I papier stwierdzający że jesteś już wolny
A jeśli masz przyjaciół to pomyśl też o nich
Że jutro sprzedadzą swą duszę za ogon

Chodzę i błądzę już tak z dziesięć lat
Domu swego szukam prawdy nie znam nic
Poszedłem do psychiatry on mi na to rzekł
Gdy będę pracować będę jadał chleb

Pytają mnie często czy już pracuję
I robi mi się słabo gdy prawdę znam
Dostaję zawału bo boję się sam
Jestem włóczęgą i pracy nie mam

Historia to dziwna można wzruszyć się
Lecz kto mi ją opowie kiedy nie mam siły
Nie jestem już taki taki jakim byłem
Pójdę swoją drogą to wy martwcie się

Prawda to o was w tej piwnej piosence
Mówię wam ją wprost w zdziwone wasze twarze
Wolę zamiatać nocą podłogi
Na tym cholernym wózku z wami nie pojadę”

Znów gorzej się czuję. Niepewność zabija kawałek po kawałku.
W weekend spokojnie porozmawiamy. Rozważymy za i przeciw, zliczymy plusy i minusy. Podejmiemy decyzję, mam nadzieję. I można będzie zająć się wreszcie czymś konkretnym. Bo na razie jestem jak dziecko we mgle i dalibóg, nie odpowiada mi ten stan.

Urodziny bardzo spokojnie minęły. Dawno już tak nie było. Co rok myśli „mam tyle a tyle lat i nic jeszcze w życiu nie osiągnęłam”. Tym razem nic z tych rzeczy, chociaż przecież weszłam w dwudziesty ósmy rok życia znów będąc na zakręcie…

„W uczuciach” też dawno już tak nie było. Jesteśmy jak para świeżo zakochanych nastolatków… i bardzo nam obojgu się to podoba. Aż dziwnie jest bez zwczajowych kłótni – przeze mnie zresztą najczęściej wywoływanch, jak wiadomo. Teraz nie mam ochoty na spory. Chcę się uśmiechać i wierzyć, że razem DAMY RADĘ :-)))

Dobrze się zaczął ten Nowy Rok :-)

Jestem taka „rozmemłana” ostatnimi dniami, że nie mogłam się zebrać do napisania czegokolwiek tutaj. Winna jestem długaśny opis tego, co działo się przez ostatni tydzień – ale zwyczajnie mi się pisać nie chce, o! Zainteresowanych odsyłam tutaj, niewiele ale zawsze coś.

Gdyby nie totalne lenistwo, jakie niestety mnie ogarnęło, byłoby jak najbardziej OK. Dobrze że chociaż na siłownię chodzę! Aż dziw, ze około południa jest tam tylu ćwiczących – hm, najwidoczniej nie tylko ja jestem bezrobotnym darmozjadem, hyhy. Fakt faktem nieco siebie rozgrzeszam – po przeogromnym napięciu listopadowo-grudniowym należy mi się odreagowanie, choćby i polegające na nicnierobieniu totalnym. Wiem, że długo tak nie wytrzymam – zatem niech na razie będę sobie tym darmozjadem, nikt nie ma o to do mnie pretensji.

Wciąż nie dowierzam, że to już pięć lat… a ja coraz bardziej zakochana i coraz bardziej wdzięczna za wsztsko, co dla mnie zrobiłeś :-)))