Archiwum dla Luty, 2007

Dziękuję serdecznie za życzenia urodzinowe – w imieniu Męża, bo to ON świętuje 19 lutego…

…mnie do trzydziestki jeszcze parę zim brakuje ;-)

Czytam po raz enty Adriana Mole’a, bolejąc nieustająco nad zanikiem mej tfu!rczej weny. Zawsze łatwość pisania miałam aż za dużą. A teraz ani woli, ani ochoty (w domyśle: bródno i włochy).
Żyję sobie pomalutku.

W piątek spotkanie ze starą gwardią na koncercie w GP. Nie widzieliśmy się kilka miesięcy. Moje kłopotliwe milczenie na pytania „co u ciebie”. Nie wiem, co odpowiadać. Ale i tak było przyjemnie. Potańczyłam na ławce (tym razem nie na stole), wypiłam prawie trzy piwa (tam jest klimat do picia…), pouśmiechałam się słodko do otoczenia (wizerunek chłopczycy robi nadal furorę) i poprzytulałam do Męża (wyjaśnień nie trzeba). I gapiłam się jak idiotka na własną obrączkę, jak nigdy dotąd.

Mamy pomysł na podróż z okazji pierwszej rocznicy ślubu (klasycznej podróży poślubnej jak wiadomo nie mieliśmy). Urlop wydębię, chocby i bezpłatny! Kto wie zresztą, gdzie ja we wrześniu będę pracować i czy w ogóle ;-) Teraz tylko kasę zbierać.

Czekam na wiosnę. Dziś długi spacer, zmarzłam porządnie. Marzy mi się bieganie po zielonej trawce…

Walka D. kontra D. trwa. Tę rundę niestety przegrywam – klasyczne „zejście”. Bywa. Podniosę się :-)))

Wypiłam sama prawie litr Martini. Bez komentarza.

Bo ja bym chciała być zdrowa. Zaraz. Teraz. Już.

Kiedyś napawałam się własną depresją, jeszcze wówczas nie zdiagnozowaną. Uwielbiałam te sygnały biorące swój początek w lewej skroni i stopniowo rozlewające się po całym moim tłustym ciele. A wtedy tylko zamykałam drzwi od pokoju na klucz i wyciągałam zeszyt spod stosu notatek w drugiej szufladzie od góry. Za studenckich czasów chowałam w tym samym miejscu papierosy ;-)
To w Puławach. W Toruniu natomiast brałam pod pachę jakąś książkę i szłam przed siebie. Park, las, blokowisko, Starówka. Wzrok wbity w ziemię. O tak.

Wtedy mogłam TAK żyć. A teraz?

Teraz denerwuje mnie mój stan niemiłosiernie. Jestem „mało wydajna” w każdej sferze życia, z pracą na czele. Wygadałam się, że z poprzedniej pracy zrezygnowałam ze względów zdrowotnych (bez szczegółów) – na razie mam taryfę z lekka ulgową, zresztą dział w którym pracuję dopiero się tworzy. Napisanie głupiego pisma czy sporządzenie zestawienia zajmuje mi tak wiele czasu…
Staram się. Staram jak chyba nigdy w życiu. Każdy dzień to walka już nie ze światem. Z samą sobą.
Jeszcze mam problemy ze snem.
Jeszcze trudno wstać z łóżka.
Jeszcze trochę lżejsze ćwiczenia.
Jeszcze łykam tabletki i odwiedzam lekarzy.
Jeszcze wszystko przeżywam o wiele zbyt mocno. Kiedy wreszcie nabiorę dystansu?

A jednak tak troszkę dumna z siebie jestem. Właśnie za to, że nie pozwoliłam sobie na zatracenie się w mikroświecie własnego obłędu.
Miałam odpoczywać przez kilka miesięcy – wróciłam do świata ludzi pracy po pięciu tygodniach.
Mam nowe dżinsy, kilka par wściekle wzorzystych rajstop i bardzo krótkie włosy. Przyciągają uwagę płci przeciwnej bardziej niż moje niegdysiejsze loki.
Chodzę z głową wysoko uniesioną. Dziwię się światu i staram się cokolwiek od niego uzyskać.

I już nie przeszkadza mi aż tak bardzo kompletna ignorancja Mojej Cholery w kwestiach zdrowia psychicznego. Może to i lepiej, że patrzy na to co się ze mną dzieje okiem sceptyka.
Miniony tydzień jak ze snu. Od koszmarnej soboty do niefajnej soboty przez wspaniałe pozostałe dni.
Walentynki urocze, naprawdę. Chyba zacznę poważać to „święto” ;-)
Rocznica pocałunku… miesięcznica ślubu… rocznica pierwszej nocy…
I świętowanie trzydziestych urodzin. To już jutro.

błagam, oddajcie GO!!!

Bogowie i demony, zaklinam was. Niech ten dzień, którego jedyną zaletą jest to, że skończy się za niespełna godzinę, okaże się tylko koszmarem sennym.