Archiwum dla Marzec, 2007

nicmisieniechceizm przewlekły & tumiwisizm postępujący

Siedzę sobie w domu sama. Mąż woli w samochodzie dłubać niż spędzić ze mną wieczór… Powiecie (słusznie!) że przecież wszystkie wieczory dla siebie mamy. Taa, jasne. Teoretycznie. Teorie mijają, a żaba pozostaje. I muszę ją zjeść.

Tak się cieszyłam, że znów pełna energii jestem, energii dającej wiarę, nadzieję i – last but not least – siłę, która jest mi teraz najbardziej potrzebna, żeby wydostać się z tego bagna. Energia kilkanaście dni temu przepadła bez wieści. Coraz trudniej żyć. Znów kop potrzebny.

Od zawsze mówię, że dzień w którym stracę poczucie humoru i umiejętność posługiwania się ironią będzie ostatnim dniem mego życia. Na szczęście jeszcze daleko do tego. Ot, dziś śmiałam się z własnej starej fotki, a raczej z komentarza do niej. „Duże niebieskie oczy” – hłe hłe, zgadza się tylko to że oczy.

Lata ’80 w głośnikach (czy ja kiedykolwiek wysunę nos poza ten okres w muzyce? wątpię…), głowa pełna dziwnych myśli, wzrok wbity w jedno z niewielu ślubnych zdjęć, gdze ładnie razem wyglądamy.
Czekam. Co innego mi pozostało? Wcześniej czy poźniej naprawi ten samochód.

over the hills and far away

Mam o czym pisać, a jakże. Każdy dzień przynosi niespodzianki, lepsze i gorsze, tęsknię za spokojnym życiem.
Tyle że wena tfu!rcza nadal na wyspach Hula-Gula.

Stanowczo za wcześnie wróciłam do pracy.
Pierwszy miesiąc to była euforia że coś robię, że jestem potrzebna, że sobie radzę mimo tej cholernej przypadłości. I co? I pstro. Już sobie nie radzę. Może wpływ na to mają godziny pracy (wolałabym zaczynać wcześniej i wcześniej kończyć), może półśmieszne wynagrodzenie, może też to że pełna optymizmu zdecydowałam się jednak na kurs francuskiego… Nie wiem. Groch z kapustą, dupa-kwas i po kądzieli. Kiedyś przynajmniej mogłam się „wypisać” – a teraz?

No, niefajnie jest, no.

nie lubię łańcuszków, ale…

Jezusicku! Sześć lat prawie bloguję, wszystko o mnie wiecie, a tu jeszcze pięć faktów z życia? No dooobraaa, spróbuję sobie coś ciekawego przypomnieć.

1. Fakt odważny: w II klasie ogólniaka na wycieczce szkolnej piłam jabola na tylnym siedzeniu autokaru. Szczegół: na przednim siedzeniu siedział mój tata (jako opiekun jeździł z nami na wszystkie wycieczki). Drugi szczegół: nie byłam w szkole popularna i mało z dumy nie pękłam, gdy mi zaproponowano przyłączenie się do grupy trzymającej jabola. Trzeci szczegół: nawet mi ten jabol smakował, ale i tak wolę piwo ;-)

2. Fakt tajemniczy: tuż po maturze obiecałam sobie, że jeśli dostanę się na studia, powiem facetowi w którym się beznadziejnie kochałam o swoim uczuciu. Na studia się dostałam, do faceta napisałam list. Do dziś nie wiem, czy go otrzymał. Spotykamy się do dziś, nigdy słowem nie wspomniał, ja tym bardziej.

3. Fakt zabawny: depresja to moje drugie imię (w porywach nawet pierwsze – tak jak wczorajszego wieczoru, ale tak się wstydzę tego co zrobiłam, że nic o tym nie napiszę), ale w najbardziej podniosłych momentach życia śmiałam się jak głupi do sera:
- I Komunia – niosłam dary do ołtarza, potknęłam się po drodze i rechotałam jak głupia
- bierzmowanie – dziewczyna obok mnie wybrała sobie imię „Perpetua”, jak biskup to powiedział to ryknęłam śmiechem, aha – swojego imienia z bierzmowania za nic nie pamiętam!
- „pierwszy raz” – no tutaj bez szczegółów, ubaw po pachy w każdym razie, faceta kompletnie zbiłam z tropu
- oświadczyny nieoficjalne – mało się nie posikałam ze śmiechu, Moja Cholera wręcz przeciwnie i nic dziwnego, ze na oficjalne oświadczyny musiałam prawie rzy lata poczekać
- ślub – a to już wiecie, wszyscy się pytali co ćpałam, gęba uchachana chociaż w duchu wcale do śmiechu mi nie było

4. Fakt wstydliwy: odkąd pamiętam, gadam sama do siebie. Zwłaszcza na ruchliwej ulicy. A ludzie rysują kółka na czole…

5. Fakt okołosportowy: w czerwcu 2000 roku pojechaliśmy kupą mości panowie na żużlowy Grand Prix do Pragi. To były dwa niesamowite dni. Najbardziej pamiętam, jak:
- kibice Sparty Praga nas chcieli lać (tego samego dnia były derby Pragi, Slavia Praga miała klubowe barwy biało-czerwone, a my się szlajaliśmy po mieście z naszymi narodowymi flagami)
- w środku nocy śpiewaliśmy „Hej sokoły” na Moście Karola, a potem uparliśmy się odwiedzić Havla, strażnik wpuścił nas pod same drzwi pałacu ;-)
- na stadionie zapaliły mi się włosy (wtedy miałam półdługie loki) od zimnego ognia.

Fakt poza konkurencją: a teraz idę się napić wina z Mężem, o!