Archiwum dla Maj, 2007

Są takie dni w tygodniu…

…gdy nie śpi się dwie noce z rzędu, gdy wypłakuje się oczy, gdy pobija się rekord szybkości w czytaniu, gdy je się sute posiłki późnym wieczorem, gdy każdy ruch sprawia nieznośny ból, gdy odrzucane są wszystkie próby pomocy, gdy wszystko jest ważniejsze niż to co najważniejsze być powinno, gdy wypija się jedym haustem drinka 50/50, gdy nadziei nie widać, a sensu brak.

A pani psycholog zadowolona jest bardzo z moich postępów.

Show must go on.
Do lepszego.

zmęczenie oddam za darmo :-(

Trzymałam się dzielnie do wczoraj. Teraz niestety znów wegetacja. Wczoraj wieczorem ostatkiem sił obraziłam się na Moją Cholerę, gdy żartem (fakt, nie za mądrym) powiedział że nie podobam MU się z tak krótkimi włosami. I miłe chwile szlag trafił. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że naprawdę jestem padnięta maksymalnie. ON rozumie…

Upał w pracy doskwiera mniej, bo koleżanka odkryła na szafie wiatraczek. Parę miesięcy już tu jestem, a nie zwróciłam uwagi że ustrojstwo tam stoi. Bez komentarza :-) Jutro jedziemy na wieś, mam nadzieję na opalanie, rowerowe eskapady i… nie, wcale nie seks na łonie natury, hyhy.

Obrączka ciśnie. Trzeba było jednak numer większą wziąć… ale przecież kupowaliśmy w lecie, palce też miałam spuchnięte i było OK. Wolałam dopasowaną, bo noszona przez kilka lat srebrna obrączka wciąż mi spadała mimo zmniejszania. Okazuje się że za bardzo dopasowana… A z powiększeniem może być problem, bo i dwa rodzaje złota (a może to nie złoto, sądząc po niewysokiej cenie obrączek?), i kamyczek w środku… Nic to, najwyżej będę nosić na łańcuszku na szyi.

Próby odchudzania chyba sobie daruję. Silnej woli brak. Ćwiczyć owszem ćwiczę, gorzej z jedzeniem. W sumie nie wyglądam najgorzej, mimo słoniowych nogasów noszę spódniczki plus minus do kolan (bo chłodniej). Ale Męża muszę odchudzić koniecznie. Tylko jak???

ruby-ruby-ruby-ruby! ;-)

Żyje mi się całkiem przyjemnie.
Po ubiegłotygodniowej apatii zostały tylko zaległości w robocie ;-) Fakt że jeszcze na weekend przyplątał mi się lustrowstręt, no nienawidzę takich dni kiedy wydaję się sobie strrrrrasznie brzydka! Na szczęście mimo to spędziliśmy bardzo miły weekend z Moją Cholerą. Pracował i w sobotę, i w niedzielę, mieliśmy więc niewiele czasu dla siebie, ale owocnie wykorzystaliśmy go ;-) Sobotnie popołudnie w Lesie Kabackim, przy lesie znaleźliśmy wielką willę na okazałej działce do sprzedania – cena 3,5 miliona złotych, a to ledwie stan surowy zamknięty… Noc w muzeach – rzecz jasna wojskowych, bo to nas oboje interesuje. Mąż rozczulił się przy śmigłowcu, który jeszcze dziesięć lat temu był na stanie w JEGO jednostce wojskowej, hihi. Niedziela w ZOO – ze dwadzieścia lat nie byłam w warszawskim Zoologu, wrażenia pozytywne, nie licząc rozwrzeszczanych dzieciaków dookoła. Gdy któryś raz potknęłam się o małego histeryka rozłożonego na środku drogi, bo mama nie chce loda kupić, moje i tak znikome macierzyńskie instynkta zmalały do zera absolutnego!
Poza tym dużo zakupów, dużo wina, dużo rozmów. Prawdziwie odpoczęłam.

Tydzień obecny pod znakiem upałów – niestety. Wyskoczyły jak diabeł z pudełka. A ja praktycznie bez letnich butów – wczoraj naciągnęłam Męża na zakup czarnych sandałków, dwie stare pary wywaliłam, wyglądały… no, kiepsko wyglądały. Klapki zaginione odnalazły się na szczęście u rodziców, więc mam nadzieję że pozostały do kupienia tylko w miarę eleganckie białe sandałki na obcasie. Letnich ciuchów sporo mam, jedynie jakby się jakieś lekkie wierzchnie okrycia trafiły to można kupić. I dobrze, bo wszelkie zakupy ubraniowe to moja zmora od zawsze i na zawsze…
Najgorsze, że w pracy sauna :-(

Wróciłam do bardziej intensywnych ćwiczeń – dwa kg, które przybyły mi po weselnych przysmakach nie chcą zginąć. Wczoraj odważyłam się wystąpić na siłowni w BARDZO krótkich spodenkach. Bez negatywnych komentarzy, na szczęście. Owszem, towarzycho się na moje nogi gapiło i wątpię że z aprobatą, cóż… Najwyżej kilku wielbicieli straciłam, hyhy.

Sprawy budowlane do przodu. Nasz projekt nabiera rumieńców. Fajnie mieć zdolnego Męża :-) Tylko niestety kasa, kasa, kasa… z pensji nie da rady, trzeba będzie naruszyć fundusz, ale w sumie przecież na budowę mamy tam trochę pieniędzy odłożone. Do kredytu jeszcze bardzo daleka droga – ale dumna z siebie jestem, że się w końcu z tym pogodziłam. Co by mi dało wieczne wypominanie tego Mojej Cholerze? Przecież „widziały gały co brały”.

Dobrze nam razem. Już dawno nie było poważniejszej sprzeczki, chociaż niełatwo o nią w naszej zdecydowanie niebajkowej codzienności. Oczywiście ja to jestem straszna maruda i za często zadaję pytanie „nie żałujesz że się ze mną ożeniłeś?”. Nic dziwnego, że miał wczoraj dość i odpowiedział „Tak, żałuję”. Zanim zdążyłam strzelić focha, dodał „Żałuję że tak późno” :-)))