Archiwum dla Czerwiec, 2007

Przybieżeli do Betlejem pasterze!

Czytaj: szwagier z dziewczyną.
Jest wesoło. To znaczy jak dla kogo wesoło…

Pierwszą noc (środa/czwartek) spędziliśmy z nimi (rany, jak to brzmi!) na nowym mieszkaniu, żeby im raźniej było. Wypiłam dwa piwa, wkurzyłam się na Moją Cholerę za to że pozwolił mi iść z trzema torbami po schodach na siódme piętro (aaa, no bo ja nie pisałam jeszcze o windach w tym wieżowcu? i nie napiszę, bo nawet mojego niewątpliwego talentu pisarskiego nie starcza… w skrócie: z rzeczonych wind nie będę korzystać!. Nie spałam prawie całą noc (chociaż łóżko bardzo wygodne), za to mojemu Mężowi śniła się wojna polsko-ruska (czy pod flagą biało-czerwoną to nie wiem), w ferworze walki z sąsiadami zza Buga rzucał się przez sen wściekle po łóżku i przyfasolił mi łokciem w oko. Natychmiast się obudził i przeprosił, bardzo mile zresztą. I tak minęła noc.

A jeśli już przy nocach jesteśmy – wczorajszo-dzisiejsza (jedna z ostatnich na starym mieszkaniu) udała się nad podziw. Lampka wina, cynamonowa świeca i pocałunek, przy którym ten trwający pięć minut i czterdzieści jeden sekund z jakiegoś opowiadanka J.L.Wiśniewskiego (kumpela kiedyś próbowała mnie zachęcić do tego autora – aaa tam! nie moja bajka, zupełnie nie moja) w proch i pył obraca się. Bez końca. Ponoć działy się bardziej nieprzyzwoite sceny, ale ja się skupiłam na pocałunku. Więcej takich doznań proszę, bogowie i demony.

Mówił kiedyś w takich – excusez le mot, cóż, pasuje – wypadkach „ty lda mnie ludzka, to i ja dla ciebie ludzki”. Brzmiało moim zdaniem jak… tak jakoś uwłaczająco. Już tak nie mówi.

Dziś wybieramy się na „Shreka”, cieszę się bardzo bo kino lubię, nie pamiętam już kiedy oglądałam film w telewizorni, baaa, kiedy w ogóle oglądałam telewizję (nuuudzę się, książki wolę). Oczywiście szwagier ze szwagierką pierwsze co zrobili na nowym mieszkaniu, to podłączyli telewizor… no tak, należą do grona tych którzy TV oglądają non stop. Mój Mąż też zdradzał takie zapędy, na szczęście trochę się przy mnie powstrzymuje. Chociaż ja MU nie bronię, niech ogląda jak chce.

Optymistycznie mnie ten pocałunek nastroił… No i dobrze.

Po kolei do ogonka, tak na żer wychodzi stonka. Mama, tata, dzieci stoncze…

Sama. Na szczęście tylko do jutrzejszego wieczora najprawdopodobniej. Puszka piwa, garść chipsów (ajajaj!). W głośnikach „Cała ty” – nie, nie Sylwia-jakaś-tam-chyba-Wiśniewska-czy-inna, tylko stary dobry VOX. Trzy złote plus VAT wybuliłam za tę piosenkę!

Właściwie to dobrze mi tak.

Na początku czerwca pisałam, że z naszym mieszkankiem trza się pożegnać niedługo, że namawiamy szwagra na przyjazd do Warszawy… od kilku lat go zresztą namawiamy, ale chłopak bał się zostawić pracę (ta sama firma od kilku lat, jeden z większych pracodawców w tantym regionie, praca zmianowa ale bogaty pakiet socjalny i zarobki większe od moich warszawskich). Telefon, że właśnie rzeczoną pracę rzucił, zaskoczył nas bardzo. Cóż, zabieramy się za szukanie chałupy. A wymagania mamy spore: dwa pokoje nieprzechodnie, częściowo umeblowane, raczej lewa strona Wisły, cena za wynajem do 1200 zł. Rzecz jasna dupa blada i nic nie ma. Oglądnęliśmy kilka mieszkań, wszystko większe czy mniejsze porażki. W miniony piątek wieczorem ostatkiem sił (znaczy się ostatkiem wzroku – nie powinnam już po pracy siedzieć przy kompie, ale poruszam się w Internecie z o wiele większą wprawą niż mój Mąż, do tego umiejętność hiperszybkiego czytania bez żadnych kursów…), wypatrzyłam ogłoszenie – 48 mkw, 3 pokoje, Targówek, 1200 plus opłaty. O dziwo, nie agencja. Umawiamy się na dzień następny. No i co tu dużo gadać – bierzemy tę chałupę :-))) Trzy osobne pokoje, OSOBNA kuchnia (to ważne dla osób, które przez 3,5 roku mieszkały w lokalach z kuchnią w korytarzu), sporo mebli, do odmalowania (ma się fachowca, no nie?), wprawdzie „za Wisłą”, ale tuż przy Trasie Toruńskiej, dobry dojazd mam i do pracy na Muranów, i na siłownię na Koło. Cena… znośna ;-)
Podpisaliśmy wczoraj umowę na rok. Pełnię szczęścia zakłócił telefon od szwagra.

A to osobna historia.

Szwagier (chłopak w moim wieku) ma dziewczynę (młodszą o dwa lata). Od lat sześciu ją ma. Dziewczynę, podkreślam – nic bardziej poważnie brzmiącego, ilekroć on o ślubie wspomina, ona go wyśmiewa (bez komentarza). Zakochany w niej miłością piękną, dziką i wspaniałą. Coś w stylu tej, jaką mój Mąż mnie obdarzał wieki temu. Ostatnio coraz częściej mówił o tym, że chce mieć z nią dziecko – „ona byłaby taka wspaniałą matką, ja tak bardzo chcę byc ojcem”. Babka skończyła liceum i jakąś szkółkę policealną nawet. Nie pracowała NIGDY, staży kilku nie licząc. Po co, skoro znalazła sobie jelenia, który zarabia na nią i jej rodzinkę? (mieszkali kątem w jej domu rodzinnym). Oczywiście nosem kręciła na wieść, że jednak przenosiny do Warszawy, krzyczała że do pracy nie pójdzie itede, itepe…
Tydzień temu wspaniała wiadomość: zerwała z nim. Od razu się przeniósł do rodziców. Dwa dni później znaleźliśmy chałupę, Mąż nagrał bratu pracę u kolegi (większa stawka niż miałby u NIEGO, zresztą najgorsze co moze być to praca z rodziną)… i cudnie-świetnie, ja tylko kraczę i kraczę że dziewczyna się opamięta i będzie chciała wrócić, ale wierzę że szwagier to chłop z jajami i nie pozwoli.
Pozwolił. Wróciła. Przyjeżdżają razem do Warszawy już jutro albo we czwartek, znaczy się Mąż ich przywiezie (pojechał na pogrzeb dziadka), na szczęście od razu na nowe mieszkanie. My się będziemy pakować pomalutku, mamy czas.

Dziadek zmarł. Przyszywany dziadek. o zmarłych nie mówi się źle, prawda? Prawda. Mimo że zakałą rodziny był, niejednemu żal serce ściska. Śmierć to śmierć. I dlatego wymigałam się od pogrzebu, jak zawsze. Rodzina od-Mężowska w końcu mnie wyklnie za to wymigiwanie się… Mam wytłumaczenie „nie dali mi wolnego w pracy”. Fakt, że nawet o to wolne nie prosiłam. Za to dziś poznałam warunki nowej umowy – o pracę, na dwa lata i ze stawką o 100 zł brutto większą. Komentarze zbyteczne. Już i tak za bardzo swym emocjom upust dałam.

Nowe mieszkanko zatem. I nie sami. Ale zawsze to trzy pokoje… Największy to będzie „salon”, mniejszy zajmą brat i (tfu!) bratowa, najmniejszy (mieszczą się tylko szafki i łóżko) będzie naszą sypialnią (bez telewizora, hurrra!). Miejsca wydaje mi się od groma i ciut-ciut. Cieszę się jak dziecko nową zabawką.

I nadzieję mam na zmianę na lepsze. Między nami na lepsze.
Powiedziałam MU kilka dni temu „nic nas nie łączy”. Zamurowało GO na moment. Po chwili: „jak to nic, jesteś moją żoną, łączą nas te obrączki” i zbliża nasze prawe dłonie do lustra, a ja udaję że patrzę…

dwa tysiące, dwa tysiące, dwa tysiące…

Falowanie i spadanie. Do krwi ostatniej.
Dziś rano sen tak przerażająco realistyczny… Obudziłam się z płaczem.
Wokoł wszystko się zmienia.