Archiwum dla Lipiec, 2007

„po co ci te emocje, niepotrzebne emocje, opanuj krzyk, to tylko trick”

Ciężki tydzień za mną – za nami. Obecny jeszcze cięższy. Damy radę.
Program włączyli mi dopiero co. Zabieram się zatem do roboty, starając się nie przejmować koszmarnym bólem głowy (ech, te poniedziałki…)tudzież tym co mnie czeka po powrocie do domu (pełno papierowych spraw) oraz siódemką z przodu (winię nowe tabletki hormonalne).
Między nami lepiej – weekend na wsi bardzo spokojny, tego nam było trzeba.

Słucham Rubika, co zdecydowanie nie świadczy najlepiej o mojej kondycji.

Chociaż wyniki badań niezłe. Morfologia jak u mężczyzny (ha! przerzucanie iluś tam kg na siłowni robi swoje – oj zrobiło, wczoraj nadwyrężyłam sobie nogę, więc dziś dzień luźny).

Afera weekendowa skończyła się tak jak myślałam. Teraz cisza nad trumną, a ja nie z takich co by się przypominali na siłę.
„Za domem połamana lalka płacze, dobrze jej tak”.
A w skrytości ducha cieszę się i nawet dumna jestem tak trochę.

Fakt że nie odpoczęłam przez to nic a nic. Jestem jednym wielkim kłębkiem nerwów. Sytuacja w pracy jeszcze mi ten kłębek zapętla – w piątkowe popołudnie serwery padły, mniejsza o to że nie ma dostępu do Internetu (chociaż wiadomo, praca się opiera na mailach służbowych), ale poniekąd „przy okazji” nie działa też program na którym pracuję – po trzech dniach zaległości mam masakryczne, nie wiem jak to nadrobię, dodatkowo do 31 lipca muszę wysłać komplet dokumentów gdzieś tam, bez netu, „mojego” programu i poczty jestem jak bez ręki. A weekend najbliższy zaplanowałam na wsi, nie chciałabym poświęcać go na siedzenie w pracy…
Że nie wspomnę o pierwszym weekendzie sierpniowym – Poznań :-)))
I urlop na 16 i 17 sierpnia zaklepany. Morze nasze morze…
I wrzesień trzeba już dogrywać. Jak znów nic nie wyjdzie z planów, to… zła będę jak osa, ta co mnie użądliła na Okęciu w niedzielę!!! Szczęśliwie opuchlizna już schodzi.

„Prywata” jakoś też nie bardzo. Ale taka zmęczona jestem, że przestaję się tym przejmować. Padam co dzień wieczorem na pysk i mało mnie własny Mąż obchodzi. Nareszcie. Bo że ja GO obchodzę wielce niewiele, to od dawna wiadome.

Szufladencja wzywa do wyspowiadania się z nałogów… no to jazda z tym koksem. Skrótowo będzie i w kolejności przypadkowej:
1) Internet, zwłaszcza co poniektóre fora, zwłaszcza z wyłączeniem jednego już ;-) A co, chociaż tutaj sobie poużywam.
2) Słodycze… co widać po mej figurze, niestety! Chyba już nie wyrosnę :-(((
3) Aktywność fizyczna – nie wyobrażam sobie dnia bez szeroko pojętego „ruszania się”, choćby to miałaby być przebieżka po schodach czy szybki spacer po Warszawie (taki jak wczoraj… Muranów i Powiśle, moje ulubione dzielnice). Najchętniej „solowe” formy tejże aktywności, dlatego odpada np. aerobik, a uwielbiana ponad wszystko jest siłownia…
4) Nauka – tak tak, proszę się nie śmiać! Nie takie stricte podręcznikowe rycie. Po prostu ciągle chciałabym umieć coś nowego, choćby drobiazg – i cieszę się niezmiernie mogąc zdobywać nowe umiejętności. Lubię się uczyć, serio :-)
5)hm, jak by to powiedzieć – „seks” to byłoby za proste i wypaczające słowo. Powiedzmy bliskość tej najważniejszej osoby. Zanim GO poznałam, traktowałam panów z dystansem, wszelkie klejenie się ważyłam sobie lekce – a teraz cóż, chora jestem gdy traktuje mnie jak powietrze…

„dobre miejsce dla naiwnych”, hłe hłe…

Ależ jestem wściekła na siebie! Ludzie trzymajcie mnie!!! Roznosi mnie od środka, zaraz mam nadzieję wyżyć się przy sprzątaniu.
Cholibka, nie pierwszy raz wyszłam na koncertową idiotkę, ale do tej pory psm swędem udawało mi się utrzymywać jako tako pozytywny wizerunek w sieci (śmiałam się nawet że nie wiem jak to się stało że jestem tu tak bardzo inna niż „w realu”). Okazało się że jednak nie inna, co z jednej strony jest dobre bo chyba za mocno uwierzyłam żem taka sprytna i wybitna, z drugiej złe, bo fajnie było mieć taką odskocznię.
Ech.
Mam za swoje, odpokutuję – ale mimo wszystko cieszy mnie ta święta moja naiwność, przecież dzięki niej trwa jeszcze moje małżeństwo. Co tam małżeństwo. Trwam ja sama…