Archiwum dla Sierpień, 2007

chorowania ciąg dalszy

Śmiem twierdzić, że nigdy w życiu tak się nie nudziłam.
Liczyłam bardzo na weekend, że spędzę czas z Moją Cholerą – wywalczyłam prawie dziesięciokilometrowy spacer po Kampinosie w sobotę oraz kilka godzin nad jeziorkiem w niedzielę plus wieczorny spacer po osiedlu. Reszta praca i zamykanie się w pokoju z bratem… Okej, brat ma problemy z dziewczyną, rozumiem że trzeba mu pomóc, ale przede wszystkim sam sobie musi pomóc, a nie topić smutki w butelce piwa – najgorsze że tak jakby nikt oprócz mnie nie widzi tego problemu, jak wczoraj zwróciłam Mężowi na to uwagę to zareagował bardzo emocjonalnie „no co, może mi nie pozwolisz zadawać się z własnym bratem”. Taaa, rozmawiała gęś z prosięciem. Ale dziś „młody” naprawdę przegiął, nie był w stanie pracować więc naściemniał szefowi (kumplowi Mojej Cholery zresztą) że musi jechać do domu coś załatwić – no tak, załatwił sobie kilka puszek piwa, pokłócił znów z dziewczyną i teraz śpi. Ma być wieczorem poważna rozmowa, koniecznie bez alkoholu, moim zdaniem Mąż ma pewne poważanie u brata i kilka ostrych słów powinno podziałać, tylko czy przypadkiem JEGO ostre słowa nie są dla mnie tylko zarezerwowane?

Jutro kontrola u okulistki. Miałam w ogóle wielkie szczęście w nieszczęściu że do niej trafiłam w zeszły poniedziałek – to klientka mojego Męża, wcześniej tułałam się pół dnia po Warszawie, mimo że jestem ubezpieczona i zapisana do konkretnej przychodni, nigdzie nie zostałam przyjęta, trafiłam w końcu na ostry dyżur, kolejka była taka że po prawie trzech godzinach wyszłam wściekła… Początkowo chodziłam sama – kaleka ze wściekle bolącym okiem mimo opatrunku fatalnie reagującym na światło, ech! w końcu schowałam hasło „sama sobie radź” do kieszeni i wydzwoniłam Męża z roboty, woził mnie po lekarzach i opiekował do końca dnia, we wtorek rano wsadził mnie w pociąg i pojechałam na kilka dni do rodziców (to był zły pomysł… ale jakoś wytrzymałam). Teraz czuję się już nieźle, przede wszystkim ustąpił okropny ból głowy (chociaż dziś łepetyna dokucza znów, ale to dlatego że ekipa ocieplająca nasz blok dotarła dziś do naszych okien, wiercą namiętnie), w domu już bez opatrunku chodzę, no i dochodzę do mistrzostwa w aplikowaniu sobie różniastych ustrojstw do oka ;-) Najgorsze że nie ćwiczę… jutro spytam lekarki kiedy mogę zacząć chodzić na siłownię, czuję się strasznie ociężała, no i ubrania coraz ciaśniejsze.
Wiadomo na razie, że ze szkłami kontaktowymi mogę się pożegnać na czas długi, co bardzo cieszy Moją Cholerę (podobam MU się wielce w okularach), mnie znacznie mniej. Jeszcze gorsze jest to, że żegnam się NAJPRAWDOPODOBNIEJ również z urlopem – fakt mój błąd, mogłam go sobie wcześniej zaklepać, ale czekałam aż wyjazd będzie nagrany i właśnie miałam 20 sierpnia podać termin urlopu, zamiast tego wylądowałam na zwolnieniu. I co teraz, przyjdę po dwóch tygodniach zwolnienia i powiem ot tak że w dniach 14-24 września wypinam się na robotę? Już nie mówię o tym ile zaległości mi się narobiło, dzwonią zresztą do mnie codziennie z różnymi tam sprawami, ech…
A tak się cieszyłam na te Włochy wrześniowe. Za bardzo najwidoczniej.

Matkoboskozielny weekend trójmiejski udany tak sobie. Pogoda do bani. Najmilej wspominam czwartek spędzony w „naszej” Gdyni, wspomnienia sprzed pięciu lat, nasze najpiękniejsze dni, nigdy już TAK nie będzie :-( Z jarmarku tym razem kolczyki. Miałam szaloną ochotę na tańce, cóż – obyłam się smakiem. Z soboty na niedzielę zaatakowało oko… reszta wiadoma.
Tym bardziej zatem czekam na weekend najbliższy – Jastrzębia Góra, będzie ZGODNIE, musi być!

U nas jakoś spokojnie. Owszem kłótnie o byle co jak zawsze, ale szybciej się kończą niż zaczynają – jak nigdy, to jest wielkie zwycięstwo i niech tak zostanie! Głupio to zabrzmi, ale warto było się rozchorować aby się przekonać, że naprawdę MU na mnie zależy…
Rocznica coraz bliżej. Z nudów (hehe) często wracam myślami do przygotowań do hitu sezonu i samej uroczystości, wzruszam się przy tym niemiłosiernie, o wiele bardziej niż wtedy ;-)
Tak właściwie to jeszcze nie wierzę.

by cię choroba wzięła…

No i wzięła. Konkretnie prawe oko. Konkretnie zapalenie rogówki. Zaczęło się z soboty na niedzielę… i tak sobie trwa. Zwolnienie lekarskie, pierwsze w mej zawodowej karierze, co najmniej do przyszłej środy. Nudzę się niemiłosiernie…

Pamiętacie tę piosneczkę? ;-)

No to sobie słucham. Bo mi wesoło. Bo tak wolę, o. Pozbyłam się siódemki z przodu (oby na stałe), pouśmiechałam do współćwiczącej braci patrzcie jeno, przeglądam ofertę studiów podyplomowych na tym jednym jedynym od lat pięciu interesującym mnie kierunku (teraz finansowo nie dam rady, ale za rok… oby!), snuję wielce bardzo ambitne plany na przyszłość i staram się nie myśleć o tym, że z planowanego wyjazdu matkoboskozielnego nici. A pies to drapał, do roboty i tak iść nie mam zamiaru, będę przez pięć dni sobie kiwać giczołami, a morze się zobaczy na przełomie sierpnia i września. I już. Relax. Take it easy. A raczej de musique en reve…

UPDATE, wtorkowym popołudniem.
A jednak jedziemy. Boję się cieszyć :-)))