Archiwum dla Październik, 2007

Ja się do życia nie nadaję.

Spalcie mnie żywcem (nie no, Radegastem), a prochami nakarmcie rybki. Na wznak. Nikt po mnie nie zapłacze.

Sama w domu. Moja Cholera nawiedza rodzinne groby, zabrał brata, mnie nie zabrał bo pracuję w weekend. W przyszły też pracuję. A potem mam nadzieję na dłuższy weekend. Oby.

Parszywie się czuję. Zmęczenie wszechogarniające. Tradycyjnie niedoceniana. W kolejnym miejscu pracy wszystko mi się wali. Jasny gwint, żebym to ja wiedziała gdzie błąd popełniam…

Zamykam oczy i wspominam wczorajszy wieczór. Musi mi wystarczyć to wspomnienie na kilka samotnych dni. Właściwie to z wyboru samotnych. Niby nic prostszego wziąć do ręki telefon i przypomnieć się którejś znajomej. Ale… nie mam ochoty. Dziwna sprawa.

Plan na dziś: W KOŃCU wrzucić na ruszt zdjęcia z Włoch (już zapomniałam że tam byliśmy). Jakby co będą w linkach :-)))

siła odrzutu

Mam nową fryzurę. Włosiska odrosły mi na tyle, że kręciły się na górze i wyglądałam jak typowa stara baba z trwałą ondulacją. Brrr. Podcięłam zatem i próbuję układać a la artystyczny mieład, co nie bardzo się udaje, jako że na me włosy nie działają pianki, żele itepe.

Jutro do pracy. OK, przeżyję jakoś. Gorzej że pierwszy weekend listopada też tu spędzę (a planowałam urlop na piątek i nawiedzenie grobów) z racji kontroli. Termin przepiękny, nie ma co. No nic, zacisnę zęby i maksymalny spokój, bo co mi innego pozostało???

Jakoś mnie ta jesteń przytłacza. Każdego października wspominam próbę samobójczą – wiadomo. Listopada to już na zaś się boję, bo odkąd jestem z Moją Cholerą, co rok w listopadzie szalenie nam się nie układa.

Szlag by to i małe szlaczki.

jesienne przesilenie? w każdym razie fatalnie się czuję

Po diecie kopenhaskiej (naginanej pod koniec) na wadze prawie 7 kg mniej – nic po mnie nie widać, aaa przepraszam – piersi wróciły do swojego stałego rozmiaru ;-) Pewnie zaraz odzyskam kilogramy z nawiązką, bo ze zmęczenia nie patrzę co jem.

Znów padam na twarz, znów nie mam siły na sport, naukę, życie tak ogolnie.
Długo tak nie pociągnę.

Zwątpiłam we wszystko jakoś. Nic mnie nie interesuje, zaniedbuję rodzinę, znajomych, że o świecie blogowym nie wspomnę. Nie cieszy mnie sfinalizowanie projektu domu ani to, że pozwolenie na budowę to kwestia bardzo niedalekiej przyszłości – Moja Cholera siedzi właśnie nad planami i oblicza ile materiałów potrzeba, a ja myślę tylko o tym że i tak nigdy nas nie będzie stać żeby chałupę wybudować.

Czuję się niedoceniana i niepotrzebna. O właśnie tak.
Patrzę w lustro i… No nie jest najgorzej, skoro jeszcze w lustro patrzę. Widok nieciekawy. Szara, wymięta, smutna.

Mąż tak jakby obok. Wierzę że swoje uczucie wyraża dając z siebie wszystko w pracy żeby jak najwięcej zarobić na nas, spędzając kolejne godziny nad projektem domu, witając mnie dziś pysznym obiadem i chwaląc mnie „przy ludziach”.

Coraz trudniej o uśmiech…